Opowiem wam historię Jadwigi, dziecka, które od pięciu lat nosiło piętno sieroty. Najpierw zmarła jej mama, a już niedługo pożegnała się z tatą. Po pół roku odszedł dziadek, a babcia wytrzymała najbliższych rok.
Do Jadwigi trafiła ciotka Stanisława, mieszkała w odległej wiosce nad Wisłą i samotnie wychowywała troje własnych dzieci. Dom ciotki nie był dla Jana słodki pani nie szczędziła kopań, krzyczała na wszystko, co się ruszało, i biła bez litości. Czasem jednak klękała przed ikonami, ociekając gorzkimi łzami. Dzieci podchodziły ostrożnie, obejmowały ciotkę i smuciły się razem z nią, a w domu na chwilę zapadał kruchy pokój.
Jadwiga unikała tej niespokojnej rodziny, bała się popaść w gorącą rękę wściekłej ciotki i marzyła, by jak najszybciej dorosnąć i wyjechać stąd. Często wspominała własną rodzinę, w której panowały miłość i zrozumienie.
Mój drogi chłopcze, naprawdę odejdziesz po mnie? wymamrotała chora matka, głaszcząc Jadwigę po głowie, wyczuwając swój nieuchronny koniec. Lata minęły.
Kiedy Jadwiga skończyła osiemnaście lat, pożegnała się z ciotką i jej wnukami. Nie miała pojęcia, dokąd zmierzyć się ma, chciała tylko wyrwać się z tego nienawistnego domu. Przyjechała do Krakowa, miasta, z którego wyjechała się z wioski. Powietrze zdawało się słodsze, gwiazdy jaśniejsze, a ludzie bliżsi. Wróciła do małego mieszkania, w którym kiedyś mieszkała z najbliższą rodziną. Wszystko było znajome i na ubój miłe, a zapach przywoływał wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Ciotka od lat wynajmowała to mieszkanie innym lokatorom.
Jadwiga podjęła pracę w kawiarni jako kelnerka. Dostawała hojnych napiwków, miała podniecających adoratorów i wino lało się strumieniami. Jak mała dusza nie mogła oprzeć się temu wirze namiętności.
Rok później trafiła się sama z małym dzieckiem w ramionach. Musiała wrócić do wioski po ciotkę. Ta nie szczędziła słów:
Nie zdążyłaś jeszcze zeskoczyć ze schodów, a już masz w ramionach maleństwo!
Mimo to przyjęła Jadwigę i od razu zaproponowała ochrzcić noworodka w miejscowym kościele: Niech anioł stróż rozpostrze skrzydła nad tą dziewczynką. Dziecko nazwano Wierą.
Jadwiga płakała dniami i nocami, czuła, iż jej młodość została zrujnowana. W wiosce nie brakowało jednak roboty zawsze coś do zrobienia. Po jakimś czasie uspokoiła się, ale nie zapomniała o marzeniu o ucieczce. Gdy Wiera podrosła, Jadwiga znów myślała o wyjeździe. Ciotka dała jej ostatnią radę:
Uważaj, kochana, by grzechy nie zaprowadziły cię na przepaść. Bądź wybredna w ludziach.
W Krakowie Jadwiga posłała Werę do przedszkola, a sama podjęła się pracy jako pomoc domowa u Arabaka Marka, który handlował orientalnymi słodkościami na rynku. Marek obdarzał ją niejednoznacznymi zalotami, obiecywał małżeństwo, wyjazd do rodzinnych stron, poznanie krewnych.
Jadwiga, przekonana o przyszłości, urodziła mu córkę, którą Marek chciał nazwać Jaśminą, na cześć swojej matki. Niedługo po tym ojciec zaczynał ją unikać, a w końcu zwolnił i zerwał wszelkie kontakty.
Jadwiga nie chciała już dręczyć ciotki. Gdyby przyszła z dwójką półsierot, czułaby się upokorzona.
Panie Boże, dlaczego wciąż skaczę z bagna w bagno? gniewała się na siebie. Postanowiła wydostać się z tej błoto samodzielnie.
Jedyny Bóg znał ciężkie losy młodej kobiety. Gdy ręce opadały, chciało się wywać z gorzkiej samotności. Ciotka wciąż powtarzała: Jesteś teraz bez rodu, bez plemienia. Licz się tylko na siebie. Może wpadnie choć promień słońca w twoje okno.
Ciotka, choć była uciążliwa, stała się dla Jadwigi przykładem wytrwałości. Samotnie wyrosła dzieci, a sama przygarnęła sierotę, mimo iż miała sporo krewnych. Dopiero teraz Jadwiga mogła w pełni zrozumieć tę kobietę, nie osądzając jej.
Lata mijały. Jadwiga stała się ostrożna w relacjach a tak naprawdę nie było ich wcale. Dzieci rosły, trosk coraz więcej. Jadwiga postawiła na siebie ciężki krzyż, nazywając swój los gorzką piołuną. W wieku trzydziestu siedmiu lat spotkała Waldemara w domu wypoczynkowym. Zachwycił się jej troską o córki, rozmową i uśmiechem.
Pierwszego wieczoru Jana wyznała mu swoją trudną historię, po prostu chciała się wylać. Waldemar słuchał uważnie, kiwając głową. Po jej wyznaniu powiedział:
Jadwigo, wyjdź za mnie za mąż. Nie pożałujesz.
Waldemar i Jadwiga stworzyli rodzinę. Wiera i Jaśmina zaprzyjaźniły się z Waldemarem, który ich szczerze pokochał. Waldemar adorował Jadwigę, kręcąc się wokół niej niczym trzmiel wokół kwiatu. Jadwiga była jednak chłodna, nieufna, obawiając się ponownego poparzenia. Nie potrafiła otworzyć serca przed Waldemarem, uważając, iż jako żona spełnia już wszystkie obowiązki: Mąż nakarmiony, prany i wyprasowany, czego jeszcze chcieć?
Waldemar często sugerował wspólne dziecko, ale Jadwiga odrzucała wolała podnieść już istniejące córki. Pewnego razu, w gniewie, wykrzyknął:
Królowo śniegu, przynajmniej raz spojrzyj na mnie z czułością!
Jadwiga odpowiedziała obojętnie:
Co ty, krowa na sznurze? Niech odprowadzają! Nie płaczę.
W końcu wróciła do domu i nie znalazła rzeczy Waldemara odszedł na zawsze.
Czemu mu czegoś brakowało? zastanawiała się Jadwiga. Początkowo lubiła życie samotne: jeść, co chce, spać, kiedy chce, nie było za nią surowości brudne naczynia, nieprane skarpetki czy obuwie. Wolność!
Lata minęły, córki wyszły za mąż, odleciały z gniazda i założyły własne rodziny. Jadwiga została sama, ze swoją wolnością i wspomnieniami. Pragnęła znów zobaczyć Waldemara, choć minęło dwadzieścia lat. Chciała choć raz spojrzeć, jak mu się żyje.
Dzięki wspólnym znajomym dowiedziała się, iż mieszka na przedmieściach. Postanowiła pojechać w odwiedziny, myśląc, iż przedstawi się jako dalsza krewniczka.
Otworzyła furtkę kobieta około czterdziestu pięciu lat.
Kogo szukacie? zdziwiła się gospodyni.
Dzień dobry, czy tu mieszka Waldemar? zapytała Jadwiga.
Mieszkał A wy kim mu jesteście? dopytała kobieta.
Jestem siostrą, kuzynką Anią wymyśliła Jadwiga w biegu.
No cóż, wejdźcie. Ja jestem Łucja, jego wdowa przywitała ją gospodyni.
Jadwiga osłabła, zapadła na nogi. Łucja podniosła ją na łóżko, podała wodę.
Kiedy to było? wyszeptała Jadwiga.
Rok temu. Walderek był bardzo chory. Miał tajemnicę kochał inną kobietę, którą w snach przyzywał Ja go kochałam, wybaczałam, ale nie mieliśmy dzieci. Walderek nie chciał ich mieć. I w końcu przybyła ona, Jadwiga, i go wezwała.
Łucja wzdychała:
Gdyby mnie nie obdarzał opieką, byłbym gotów przenieść ją z gwiazd na tęczę i podziwiać.
W szpitalu Waldemar leżał ciężko, zdawał się umierać. Łucja rzekła:
Walderek, znajdę twoją Jadwigę i porozmawiamy.
On odmówił.
Nie, nie rozumiesz odpowiedział.
Łucja zasmucona zamknęła oczy, wymawiając imię Jadwiga.
Po chwili Jadwiga nie wytrzymała, łzy popłynęły. Łucja, ze łzami w oczach, powiedziała:
Jadwiga to ja.
Co? zdziwiła się Łucja.
Tak, to ja. Chciałam zobaczyć Waldka, ale już za późno. Zniszczyłam jego miłość. Żałuję, nie umiałam kochać, nie umiałam litości Byłam sierotą od pięciu lat, przyjętą przez ciotkę, żyjącą w wiosce. Nie potrafiłam zaakceptować tego życia. W snach uciekam, a gdy dostanę dowód tożsamości, wszyscy mnie widzą. Chciałam czystej miłości, a życie nauczyło mnie twardość i brud. Nie ufałam nikomu, Waldek czuł to.
Byłaś dla niego świętością! westchnęła Łucja. Gdybyś przyjechała rok wcześniej, Walderek mógłby się wyleczyć. Niestety, los sprawia, iż słucham twojego wyznania Szkoda, iż nic nie wyszło. Myślę, iż jesteś niewinna, nie miałaś miłości w dzieciństwie.
Jadwiga wzruszona pokręciła ramionami.
Obie kobiety objęły się, jakby były siostrami, i ponownie zapłakały gorzko.
