Nigdy Cię nie oddam. Opowieść Ojczym nigdy ich nie skrzywdził. Przynajmniej nie wyrzucał im chleba, nie wyzywał za szkołę, tylko czasem na Anię krzyczał, gdy wracała później niż ustalono. – Obiecałem Twojej mamie, iż się Tobą zaopiekuję! – wrzeszczał, gdy Ania nieśmiało przypominała, iż jest już pełnoletnia. – Ja wiem lepiej, co Ci wolno! Dorosła się znalazła! Myślisz, matura i wolność? Najpierw znajdź porządną robotę, a dopiero dorosłą zgrywaj! Potem, gdy już ochłonął, mówił spokojniej. – On Cię zostawi, zobaczysz… Widziałem, kto po Ciebie przyjeżdża. Samochód drogi, buźka ładna, po co mu taka zwykła dziewczyna jak Ty, Ania? Jeszcze się zapłaczesz, zapamiętaj moje słowa. Ania ojczymowi nie wierzyła. Olek był przystojny, studiował na trzecim roku, płatne co prawda, ale Ania też by tak chciała. Ona nie dostała się na konkurs, w technikum jej się nie podobało – rozdawała ulotki, roznosiła gazety, uczyła się do matury. Tak właśnie poznała Olka – podała mu ulotkę, wziął jedną, drugą, trzecią i powiedział: – Proszę Pani, ja wezmę wszystkie, a Pani idzie z nami do kawiarni? Nie wiadomo co w Anię wstąpiło – zgodziła się. Ulotki nie wyrzuciła po drodze, upchnęła w plecaku, potem będąc w domu wrzuciła do zsypu. W kawiarni Olek przedstawił ją swoim znajomym, poczęstował pizzą i lodami. One z siostrą takie smakołyki jadły tylko na urodziny – pieniędzy nie mieli, a ojczym nie pozwalał ruszać emerytury, mówił, żeby zachować na czarną godzinę. Pensję miał w porządku, ale połowę wydawał na samochód, drugą przegrywał. Ania nie narzekała – ważne, iż nie wyrzucił ich z mieszkania, dom był jego, maminy sprzedali, gdy zachorowała. Chciała czekoladek, pizzy, słodkiej coli, ale jak coś dostawała, oddawała siostrze. choćby u Olka w kawiarni pytała – czy może zabrać kawałek pizzy dla siostry? Olek się zdziwił, ale kupił jej całą pizzę i wielką czekoladę z orzechami. Ojczym się mylił, Olek był dobry. Przy nim Ania czuła własną „niemożność”, zaczęła się jeszcze mocniej przygotowywać do egzaminów, znalazła pracę jako kasjerka. Tam płacili dobrze – kupiła sobie porządne jeansy i fryzurę w prawdziwym salonie, żeby Olek ją nie wstydził. Gdy zaprosił ją na działkę, wiedziała, co się wydarzy, ale się nie bała – przecież nie jest dzieckiem. Kochała go, on ją. Tylko ojczym się bał, nie chciał puścić, ale sam potem wracał coraz później, albo wcale. Wiedziała, gdzie nocuje – u sąsiadki, pielęgniarki, którą próbował poderwać od lat. To choćby jej się opłaciło – siostra wprawdzie płakała, gdy została sama na noc, ale Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i colę, więc się pogodziła. Że jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Nigdy nie pilnowała cyklu, nikt jej nie nauczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zażartowała: – Co się świecisz, brzuch zaokrąglony – nie w ciąży czasem? Śmiechem na żart, a wieczorem kupiła test. Dwie kreski – nie wierzyła! Niemożliwe! Olek się nie ucieszył. Powiedział, iż to zły moment, dał pieniądze na lekarza. Ania przepłakała noc, poszła – ale za późno, szesnasty tydzień. Stało się podczas działki, a myślała, iż pierwszy raz „nie można”. Przez pewien czas ukrywała przed ojczymem, ale brzuch gwałtownie rósł. Musiała powiedzieć. Jak krzyczał! – Gdzie ten Twój chłopak? Zamierza się żenić? Ania spuściła wzrok. Olek zniknął – gdy dowiedział się, iż dziecko trzeba zostawić, zniknął. – Wiedziałem, Ania… – mruknął ojczym. – Musisz urodzić i zostawić w szpitalu. Dodatkowa buzia mi niepotrzebna. Poza tym… Żenię się. Lubie też w ciąży, bliźniaki będą. Trzy małe dzieci w jednym mieszkaniu? Niemożliwe. – Ona tu zamieszka? – zdziwiła się Ania. – A gdzie? Będzie moją żoną. To nie żartował. Zapowiadał, iż je wyrzuci, jeżeli przyjdzie z dzieckiem. Ania wiedziała, iż to Lu­ba mu włożyła do głowy, ale to nie zmieniało faktów – nie mogła zostawić dziecka. – Nie martw się… – powiedziała Luba. – Takie dziecko zaraz znajdzie rodziców, będą je kochać. Ania płakała, dzwoniła Olkowi, próbowała znaleźć dla nich miejsce, ale nie mogła. Wtedy pani Weronika, wskazując na żałobną parę, powiedziała: – Tyle lat minęło, a oni wciąż w czerni. Całe życie w żałobie… Powinni mieć kolejne dziecko. Albo zaadoptować. Ania często ich widziała. Byli mili, tylko smutni. Potem dowiedziała się – ich córka zginęła w autobusie na wycieczce, była o tym głośna sprawa. On lekarz, ona nauczycielka angielskiego. Wszyscy znosili im aniołki – ich córka kupiła figurkę anioła na tej wycieczce, trzymała w dłoni gdy zginęła. Potem wszyscy zaczęli przynosić im aniołki. Pani Weronika mówiła, iż z początku bała się, czy to nie jeszcze boleśniejsze, ale wydaje się, iż im to pomagało. Ania oglądała kiedyś film, w którym dziewczyna oddaje dziecko bezdzietnej parze. Ci mogli mieć dzieci, pewnie nie chcą już, ale myślała o nich nieustannie. Była już w ósmym miesiącu, pracowała, nie chciała tracić stanowiska. Ta para stała przy jej kasie. Mężczyzna powiedział: – Proszę pani, nie czas na urlop macierzyński? Jeszcze pani tu urodzi! Było jej ciężko, bolały plecy, nogi puchły. Nikt nie pytał, jak się czuje – tylko lekarz, ale to się nie liczyło. Troska tego pana wydała się Ani wzruszająca, łzy napłynęły jej do oczu. Kilka dni później mężczyzna pomógł jej z zakupami. Przeszła przez murę skrępowana, ale miła. Poczuła, iż jest dobrym człowiekiem. Aniołka zobaczyła w sklepie na wyprzedaży. Kupiła, potem spytała panią Weronikę o adres i poszła. Gdy zadzwoniła, przestraszyła się – może nie powinna, może to nie na miejscu… Ale kobieta rozpoznała ją, uśmiechnęła się. Ania wręczyła figurkę, głowa schowana w ramionach, bała się, iż zostanie wyrzucona albo zwyzywana. Ale nie – kobieta przyjęła aniołka i powiedziała: – Wchodź. Chcesz herbaty? Przy herbacie opowiedziała Ani całą historię, którą już znała, ale z jej ust brzmiała boleśniej. – Dlaczego nie adoptowaliście? – wyszeptała Ania. – Miałam bardzo ciężki poród. Usunięto mi macicę, nie mogę mieć dzieci. Nie wypadało pytać dalej, ale dodała: – Próbowaliśmy adopcji, choćby ukończyliśmy kurs. Ale w ostatniej chwili nie mogłam. Prosiłam córkę o znak. Nic się nie wydarzyło. W tym momencie spadł dźwięk jakby rozbitego szkła. Kobieta zadrżała. Poszły do pokoju. Ania bała się, iż zastanie tam „grób”, mnóstwo świec i fotografii. Ale była tylko jedna fotografia, światło, ani świec, ani „grozy”, tylko figurki aniołków. Jeden spadł – rozbił się właśnie ten, który kiedyś trzymała córka. To był znak. Ania donosiła ciążę. Luba mieszkała już u nich, jej bliźniaki były w szpitalu – dwa piękne łóżeczka z kokosowym materacem. Dla Ani nikt nic nie kupił – miała zostawić dziecko w szpitalu. Siostra wieczorem szeptała: – Nie można by jej ukryć? Żeby nikt nie wiedział, iż to Twoja córeczka. Będę pomagać. Ania chciała płakać, ale przy siostrze się powstrzymywała. List napisała wcześniej – opisała, iż nie może wychowywać dziecka, iż jest zdrowe, niech się nie martwią. Przypomniała o znaku – figurce aniołka. Dołączyła wszystkie swoje oszczędności – tyle, ile mogła, ludzie porządni, to wystarczy. Ze szpitala wypisywali rano, ale zostawić dziecko od dnia było trudno. Cały dzień siedziała w centrum handlowym, choć bolało ją siedzenie, kręciło się w głowie. Najważniejsze było znaleźć jej córce kochających rodziców. Gdy centrum zamknięto, jeszcze siedziała na ławce, czekała na zmrok. Gdy zapadły ciemności, weszła do klatki – przecisnęła się za panem z psem. Córeczkę niosła w nosidełku, kupionym z własnych pieniędzy, przyniesionym przez panią Weronikę na wypis. Ułożyła nosidełko tak, by drzwi nie uderzyły, wsunęła pod kocyk list i pieniądze, chciała już zadzwonić i uciec, kiedy drzwi otworzyły się same. Stał w nich pan – ojciec zmarłej dziewczynki. – Co tu robisz? Ania podskoczyła ze strachu. Zauważył nosidełko. – Co to? Łzy popłynęły same. Ania opowiedziała wszystko – o Olku, który ją porzucił, o ojczymie, który trzymał je z siostrą przez siedem lat, teraz się ożenił, ma bliźniaki, o Lubie, która kazała zostawić dziecko. Pan wysłuchał. Potem powiedział: – Galina śpi, nie chcę jej budzić. Porozmawiamy rano. Chodź, pościelę Ci w salonie. Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Ania zasnęła od razu, tuląc córeczkę. Obudziła się – córki nie było. W tej chwili zrozumiała, iż nie może jej zostawić. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać ją… Gdy ruszyła do wyjścia, pojawiła się Galina z dziewczynką na rękach. – Masz, nakarm ją. Ukołysałam, chciałam Cię dać spać, ale długo nie wytrzyma. Ania nie patrzyła jej w oczy – bała się, iż już podjęli decyzję, iż ją adoptują. Jak powiedzieć, iż się zmieniło? – Ile lat ma Twoja siostra? – spytała Galina. – Dwanaście – zdziwiła się Ania. – Myślisz, iż zgodzi się zamieszkać z nami? Ania spojrzała na Galinę – co? – Saszka wszystko mi powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, ojczym Was wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli siostra zostanie, zrobią z niej służącą. Niech zamieszka z nami. – Co znaczy „też”? – wyjąkała Ania. Galina skinęła głową na figurkę – posklejana, dziwna, ale rozpoznawalna. – Myślę, iż to był znak. Że powinniśmy Wam pomóc. Miejsca dużo, przychodźcie. Pomogę Ci z córeczką. A takie głupoty zostaw. Matka i dziecko nie mogą być rozdzieleni. Ani było tak radośnie, i tak wstyd, iż znów płonęły jej policzki. – Więc zgadzasz się? Ania pokiwała głową, chowając twarz w kocyku córki, by Galina nie zobaczyła łez…

newsempire24.com 23 godzin temu

Ojczym nigdy ich nie krzywdził. Przynajmniej nie wypominał im chleba czy nie robił awantur za szkołę, jedynie czasami, kiedy Agnieszka wracała później niż powinna, potrafił zrobić awanturę.

Obiecałem twojej mamie, iż będę się tobą opiekował! krzyczał w odpowiedzi na nieśmiałe protesty Agnieszki, iż przecież jest już pełnoletnia. I to ja wiem najlepiej, co możesz robić, a czego nie! No patrz ją, dorosła niby! Myślisz, iż jak maturę zdałaś, to wszystko ci wolno? Najpierw znajdź porządną pracę, a potem udawaj dorosłą!

Później, już trochę spokojniejszym tonem, tłumaczył:

On cię zostawi, zobaczysz. Widziałem, jaki chłopak cię odwozi. Auto z wyższej półki, twarz jak z plakatu po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Agnieszko? Jeszcze będziesz płakać, pamiętaj moje słowa.

Agnieszka nie wierzyła ojczymowi. Jasne, Piotr był przystojny i studiował na trzecim roku Politechniki, na płatnych studiach co prawda, ale Agnieszka też wcale nie pogardziłaby studiami, gdyby ją było stać. Zabrakło punktów, do technikum nie była przekonana i teraz pracowała rozdawała ulotki, roznosiła gazety, a przede wszystkim uczyła się do następnych egzaminów. To właśnie wtedy poznała Piotra podała mu ulotkę, a on wziął jedną, potem drugą, trzecią i powiedział:

Proszę Pani, może tak ja biorę od Pani wszystkie ulotki, a Pani idzie z nami na kawę?

Nie wiadomo, co ją wtedy podkusiło, ale się zgodziła. Nauczyła się już, żeby nie wyrzucać ulotek w okolicy, więc wcisnęła je do plecaka, a potem wyrzuciła do zsypu, wracając z kawiarni.

W kawiarni Piotr przedstawił ją swoim znajomym, poczęstował pizzą i lodami. Z siostrą Jadwigą jadły takie smakołyki wyłącznie na urodziny pieniędzy nie miały za dużo. A emerytury tata nie pozwalał ruszać, mówił, by zostawiły ją na czarną godzinę, gdyby coś mu się stało.

W rzeczywistości miał przyzwoitą pensję, ale połowę wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a resztę przepuszczał na totka. Agnieszka nie narzekała ważne, iż nie wyrzucił ich z mieszkania, bo lokum było jego, mamę sprzedała swoją, gdy zachorowała. Oczywiście, Agnieszka też by chciała czekoladki, pizzę czy słodką oranżadę, ale wszystko, co dostała, oddawała Jadwidze. choćby Piotra w kawiarni zapytała czy może zabrać kawałek pizzy dla siostry? Spojrzał na nią zdziwiony, ale kupił jej całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami dla Jadwigi.

Ojczym źle myślał o Piotrze. Był dobry. Przy nim Agnieszka czuła jeszcze silniej własną nieporadność, zaczęła się lepiej uczyć, dostała pracę w supermarkecie jako kasjerka. Pracowita była, zarabiała nieźle, kupiła sobie porządne jeansy i zrobiła fryzurę w prawdziwym salonie, chciała być dumą Piotra.

Zaprosił ją na działkę, od razu wiedziała, co się wydarzy, ale nie bała się już była dorosła. On ją kochał, ona jego. Bała się tylko, iż ojczym nie pozwoli, ale ten coraz częściej wracał późno do domu albo nie wracał wcale. Agnieszka wiedziała, iż nocuje u cioci Barbary, pielęgniarki z ich osiedla. On od dawna się do niej zalecał, ale ona nie chciała się związać z mężczyzną z dwójką dziewczynek z poprzedniego małżeństwa. Sama była już raz po rozwodzie, ale teraz nie wytrzymała i wreszcie przyjęła jego niezdarne zaloty.

Dla Agnieszki okazało się to wygodne, choć Jadwiga płakała, gdy dowiedziała się, iż będzie nocować sama. Agnieszka kupiła wtedy chipsy, czekoladę i oranżadę, by siostra się uspokoiła i pogodziła z losem.

O tym, iż jest w ciąży, Agnieszka dowiedziała się późno. Miała wiecznie zaburzony cykl, nigdy tego nie pilnowała, nie było komu nauczyć. Dopiero druga kasjerka, Weronika Janowska, zażartowała:

Dlaczego tak promieniejesz, już zaokrąglona może jesteś w ciąży?

Zaczęły się śmiać, ale wieczorem Agnieszka kupiła test. Zobaczyła dwie kreski nie chciała wierzyć. Niemożliwe, myślała.

Piotr nie cieszył się. Powiedział, iż wszystko nie w porę i wręczył jej pieniądze na lekarza. Agnieszka przepłakała całą noc, potem poszła do przychodni. Okazało się, iż już za późno szesnaście tygodni. Wyszło, iż na działce wszystko się wydarzyło, a była przekonana, iż za pierwszym razem niemożliwe jest zajście w ciążę.

Przez jakiś czas udawało jej się ukrywać wszystko przed ojczymem, ale brzuch gwałtownie rósł. Musiała się przyznać.

Ależ on krzyczał!

A gdzie twój chłopak? Zamierza się z tobą żenić?

Agnieszka spuściła wzrok. Piotra nie widziała już od miesiąca; kiedy dowiedział się, iż nie może usunąć ciąży, zniknął.

No widzisz, uprzedzałem cię, Agnieszko

Nie powiedział od razu, pewnie naradził się z Barbarą.

Tak wyszło to musisz urodzić. Ale dziecko zostawisz w szpitalu, nie potrzebuję dodatkowego domownika. Sprawa jest taka Żenię się, Agnieszko. Barbara też jest w ciąży. Będziemy mieć bliźniaki. Sama rozumiesz, troje maluchów w jednym mieszkaniu, to za dużo.

Barbara będzie tu mieszkąć? zdziwiła się Agnieszka.

A gdzie ma mieszkać? Przecież teraz będzie moją żoną

Chciało się wierzyć, iż żartuje, ale mówił to codziennie, groził, iż wyrzuci je z Jadwigą na bruk, jeżeli pojawi się z dzieckiem. Agnieszka wiedziała, iż powtarza słowa Barbary. Ale sprawy to nie zmieniało nie potrafiła zostawić dziecka.

Nie martw się powiedziała Barbara. Takie niemowlęta wszyscy chcą, gwałtownie je adoptują, będą kochać jak własne.

Agnieszka płakała, dzwoniła do Piotra, myślała, gdzie zamieszkać z siostrą i dzieckiem, ale nic nie wymyśliła. Wtedy Weronika Janowska, wskazując na znaną parę, powiedziała:

No patrz, tyle lat minęło, a oni przez cały czas chodzą w czerni. Całe życie w żałobie podobno był wypadek, ich córka zginęła. Mogliby mieć kolejne dziecko. Albo adoptować.

Agnieszka często ich widywała razem i osobno. Kulturalni, sympatyczni, tylko odrobinę smutni. choćby nie wiedziała, co ich spotkało.

Córka zginęła, była głośna sprawa autobus szkolny miał wypadek? Jechali na wycieczkę do innego miasta, kierowca chyba zasnął. Zginął on i ich córka, przykro mi. Dobrzy ludzie on lekarz, ona anglistka. Mieszkałam kiedyś niedaleko, gdy byłam jeszcze mężatką. Wszyscy wtedy do nich przychodzili przynosili jej aniołki. Wyobraź sobie, córka kupiła na tej wycieczce figurkę aniołka, miała ją w ręce. Ledwo ją wydostali. Tak się zaczęło, ktoś pierwszy przyniósł aniołka, potem inni. Myślałam, iż to jej jeszcze bardziej zaszkodzi, ale chyba przeciwnie pomagają jej.

Agnieszka w jakimś filmie widziała, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko parze, która nie może mieć dzieci. Oni mogli, prawdopodobnie już nie chcą dziecka, ale Agnieszka ciągle o nich myślała. Była już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowała, nie chciała stracić pracy. Akurat ta para trafiła na jej kasę, a mężczyzna zapytał:

Pani Agnieszko, to nie czas na urlop macierzyński? Jeszcze Pani tu na kasie urodzi.

Nie narzekała, ale powiem szczerze ciężko jej było pracować. Bolały plecy, dokuczała zgaga, nogi puchły pod koniec dnia. Nikt nie pytał, jak się czuje, tylko lekarka w przychodni narzekała, ale to się nie liczy. Miłe, troskliwe pytanie tak ją wzruszyło, iż od razu oczy jej się zaszkliły ostatnio często się wzruszała.

Dwa dni później, gdy wracała z zakupami po pracy, mężczyzna dogonił ją i zaproponował pomoc. Było jej niezręcznie, ale jednocześnie zrobiło jej się ciepło na sercu uznała, iż to dobry człowiek.

Aniołka zobaczyła w sklepie, na wyprzedaży lato w pełni, najwyraźniej nie schodziły. Poddała się impulsowi i kupiła, potem poprosiła Weronikę Janowską o adres i poszła.

Stojąc pod drzwiami, dopadł ją strach może to nie wypada, przecież tyle lat minęło? Pewnie już nikt im nie przynosi aniołków.

Drzwi otworzyła kobieta. Chyba od razu ją poznała, bo zaskoczona uniosła brwi. Agnieszka gwałtownie podała figurkę, schyliła głowę, czekając, czy kobieta zamknie drzwi przed nosem lub nakrzyczy.

Ale nic takiego się nie wydarzyło. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała:

Wejdź. Napijesz się herbaty?

Przy herbacie opowiedziała Agnieszce swoją historię, którą ta już znała od Weroniki, ale z ust kobiety wszystko brzmiało boleśniej.

Dlaczego nie zdecydowaliście się na kolejne dziecko? zapytała Agnieszka prawie szeptem.

Miałam powikłania przy porodzie, usunięto mi macicę. Nie mogłam więcej rodzić.

Zrobiło się niezręcznie co ona ma do cudzych spraw? Bardzo chciała zapytać o adopcję, ale zabrakło słów.

Myśleliśmy o adopcji powiedziała kobieta, jakby czytając jej myśli. Przeszliśmy szkolenie dla rodziców adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili nie dałam rady. Poprosiłam córkę daj mi znak. Nic się nie wydarzyło, ani trochę.

Wtedy w pokoju rozległ się brzęk, jakby szklanka spadła i się rozbiła. Kobieta wzdrygnęła się, Agnieszka spojrzała przestraszona sądziła, iż nikogo więcej w domu nie ma.

Obie poszły do salonu. Agnieszka bała się, iż to miejsce przypomina kaplicę ciemno, wszędzie świeczki, zdjęcia. A tymczasem było jasno, jedno zdjęcie, żadnych świec. Tylko mnóstwo figurek aniołków. Jedna leżała na ziemi, rozbita. Kobieta długo oglądała odłamki porcelany, potem cicho powiedziała:

To ta sama figurka. Jej.

Agnieszce zrobiło się gorąco na twarzy. Czy to nie znak?

Córkę urodziła o czasie. Barbara dawno już mieszkała u nich i wcześniej też urodziła przed terminem. Bliźniaki przez cały czas były w szpitalu, ale niedługo mieli wracać do domu, już kupili dwie nowe białe łóżeczka z kokosowymi materacykami. Dla jej dziecka nikt nic nie kupował, miała je zostawić w szpitalu. Tylko wieczorami Jadwiga pytała szeptem:

Może da się ją ukryć? Żeby nie wiedzieli, iż jest tu, twoja córeczka. Pomogę ci.

Na te słowa Agnieszce zbierało się na płacz, ale przy siostrze się wstrzymywała.

Treść listu Agnieszka zakończyła wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowa, nie muszą się martwić. Przypomniała o znaku rozbitej figurce. Do koperty włożyła pieniądze całą własną zbieraną rentę. Powinno wystarczyć, byli to dobrzy ludzie.

Ze szpitala wypisywali rano, ale zostawić dziecko w biały dzień strasznie się bała. Cały dzień przesiedziała w galerii handlowej, choć siedzenie drogo ją kosztowało, kręciło się jej w głowie. Najważniejsza była jej córeczka, dla której szukała kochających rodziców.

Gdy już galeria została zamknięta, Agnieszka siedziała jeszcze godzinę na ławce, szczęśliwie było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmierzch, odważyła się wejść do klatki, przenikając, gdy pan z psem wychodził na spacer.

Córeczkę miała w nosidełku, kupiła je ze swoich pieniędzy, poprosiła Weronikę Janowską, by ją przyniosła na wypis. Weronika nie pytała. I teraz, ustawiając nosidełko tak, by nie potrąciły go drzwi, włożyła pod kocyk kopertę z listem i pieniędzmi, już miała zadzwonić do mieszkania i uciec, gdy drzwi nagle się otworzyły. W progu stanął mężczyzna, ojciec zmarłej dziewczynki.

Co ty tu robisz?

Agnieszka aż podskoczyła.

Zaraz zauważył nosidełko.

Co to?

Łzy popłynęły same. I Agnieszka wszystko powiedziała o Piotrze, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał ją i Jadwigę przez siedem lat, a teraz żeni się, i będą bliźniaki, o Barbarze, która wymyśliła, żeby Agnieszka podpisała w szpitalu dokument zrzeczenia.

Słuchał uważnie, potem powiedział:

Galina już śpi, nie chcę jej budzić. Rano porozmawiamy. Chodź, przygotuję ci posłanie w salonie.

Spać wśród dziesiątków aniołków było osobliwe doświadczenie, ale Agnieszka niemal od razu zasnęła, tuląc mocno córkę.

Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tej chwili zrozumiała, iż nigdy nie zdoła się z nią rozstać. Nigdy, przenigdy. Chciała biec, szukać, odzyskać ją

Już chciała ruszyć, gdy do pokoju weszła Galina. Trzymała dziewczynkę.

Proszę, uśmiechnęła się. Nakarm ją, usypiałam ją, chciałam dać ci się wyspać, ale długo nie wytrzyma.

Gdy Agnieszka karmiła córkę, nie mogła spojrzeć Galinie w oczy. Co powiedział jej mąż? Co jeżeli już podjęli decyzję, iż zaadoptują dziewczynkę? Jak powiedzieć, iż się rozmyśliła?

Ile lat ma twoja siostra? niespodziewanie zapytała Galina.

Dwanaście odparła Agnieszka, zaskoczona.

Jak myślisz, zgodzi się do nas przeprowadzić?

Pytanie było tak nieoczekiwane, iż Agnieszka spojrzała na Galinę.

Słucham? nie rozumiała.

Sławek mi wszystko opowiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, ojczym was wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli twoja siostra zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też zostanie z nami.

Co znaczy też? zaczątkiem płaczu zapytała Agnieszka.

Galina wskazała na figurkę w ramce ze zdjęciem posklejana wyglądała dziwacznie, ale była rozpoznawalna.

Myślę, iż to był znak. Że powinniśmy ci pomóc, powiedziała po prostu. Dom duży, przeprowadzajcie się do nas. Pomogę ci z dzieckiem. A to twoje wątpliwości zostaw. Matki nie wolno oddzielać od dziecka.

Agnieszka poczuła takie szczęście i taki wstyd, iż policzki znowu się jej zaczerwieniły.

Więc zgadzasz się?

Agnieszka kiwnęła głową, kryjąc twarz w kocu córeczki, żeby Galina nie zobaczyła jej łezAgnieszka wzięła w ramiona Jadwigę i córeczkę, czując, jak serce bije szybciej niż kiedykolwiek. Nie potrafiła mówić, tylko przytulała je mocno, jakby bała się, iż zaraz wszystko się rozpadnie aniołek w ramce przypominał jej, jak kruche bywa życie. Galina nalała herbaty, Sławek przyniósł jeszcze jeden kubek.

Jesteście u siebie, powiedział łagodnie. Już zawsze.

W pokoju zapadła taka cisza, jakiej Agnieszka nigdy nie znała nie była to cisza pustki, ale spokoju i ciepła, które rozlewało się po kątach, z każdą chwilą mocniejsze, jakby aniołek w końcu znalazł nowy dom.

Jadwiga zaczęła rozpakowywać plecak, a Agnieszka przyglądała się swojej córeczce, czując, jak świat powoli układa się na nowo. Wiedziała, iż czeka ich wiele trudnych chwil będą łzy, będą tęsknoty, będzie nauka dorosłości od początku. Ale ten jeden wieczór, pachnący herbatą, spokojem i nadzieją, zostanie z nimi już zawsze.

A gdy malutka zasnęła wtulona w ramiona mamy, Galina nakryła ją kocem i cicho powiedziała:

Każdy nasz aniołek przynosi odrobinę światła. Ty przyniosłaś go najwięcej.

Agnieszka wiedziała, iż nie musi już uciekać, prosić, błagać. Wreszcie była w domu.

Za oknem zakwitły pierwsze czerwone kwiaty tej wiosny cicho, nieśmiało, jakby mówiły: To początek. Teraz wszystko może być dobrze.

Idź do oryginalnego materiału