Nigdy jej nie oddam. Opowiadanie. Ojczym nigdy ich nie skrzywdził. Przynajmniej nigdy nie wytykał kromki chleba, za naukę nie beształ, tylko gdy Ania wracała później niż powinna, potrafił nakrzyczeć. — Obiecałem twojej matce, iż będę nad tobą czuwał! — krzyczał, gdy Ania nieśmiało tłumaczyła, iż przecież już jest pełnoletnia. — I ja lepiej wiem, co możesz robić, a czego nie! Uważasz, iż skoro masz świadectwo, to wszystko wolno? Najpierw idź do prawdziwej pracy, a potem zgrywaj dorosłą! Potem, gdy trochę ochłonął, mówił spokojniej. — Przecież on cię zostawi, no nie widzę, jaki to chłopak podwozi cię do domu? Samochód porządny, twarzyczka ładna, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Aniu? Pamiętaj moje słowo, kiedy będziesz płakać. Ania nie wierzyła ojczymowi. Oleg był przystojny, studiował na trzecim roku, płatnie co prawda, ale ona też marzyła o studiach. Nie dostała się z konkursu, w technikum jej się nie podobało, teraz roznosiła ulotki, czasem gazety, głównie jednak przygotowywała się do egzaminów na przyszły rok. Z Olegiem poznała się właśnie przy ulotkach – podała mu jedną, potem drugą, trzecią, a on powiedział: — Może tak: zabiorę od ciebie wszystkie ulotki, a ty pójdziesz z nami do kawiarni? Nie wiadomo co wtedy na Anię wstąpiło, ale zgodziła się. Nauczyła się już nie wyrzucać ulotek w tej okolicy, schowała je do plecaka, a wracając z kawiarni, wrzuciła do zsypu. W kawiarni Oleg przedstawił ją swoim znajomym, zamówił pizzę i lody. Ona i siostra jadły takie rarytasy wyłącznie na urodziny – nie mieli za dużo pieniędzy, a ojczym zabraniał ruszać ich rentę, mówił, iż z pieniędzmi trzeba być ostrożnym, na czarną godzinę. Ojczym dobrze zarabiał, ale połowę wydawał na wiecznie psujące się auto, resztę przegrywał. Ania nie narzekała – dziękowała, iż w ogóle nie wyrzucił ich z mieszkania, bo należało do niego. Pokój po matce sprzedali, gdy zachorowała. Oczywiście, marzyły im się czekoladki, pizza i słodkie napoje, ale jak już coś wpadło, Ania oddawała wszystko młodszej siostrze. choćby w kawiarni spytała Olega, czy może zabrać kawałek pizzy dla siostry. Spojrzał wtedy na nią zaskoczony, a potem kupił jej całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami na wynos. Ojczym źle sądził Olegowi. On był dobry. Przy nim Ania jeszcze dotkliwiej odczuła swoje braki, zacisnęła zęby i zaczęła lepiej się uczyć, dostała pracę kasjerki w sklepie. Tam płacili dobrze i mogła kupić sobie porządne jeansy i uczesać się u prawdziwego fryzjera, by Oleg był z niej dumny. Kiedy zaprosił ją na działkę, od razu wiedziała, co się wydarzy, ale się nie bała – już dorosła. Oboje się kochali. Martwiła się tylko, iż ojczym nie pozwoli jej pojechać, ale on sam zaczął wracać późno, czasem wcale. Wiedziała, gdzie bywa – u pani Lucyny, pielęgniarki z przychodni, ciągle się do niej uśmiechał. Mimo iż Lucyna nie chciała wiązać się z wdowcem z dwójką córek, sama była po rozwodzie i tym razem dała się przekonać. To całkiem ją urządziło. Ale Alinka płakała, kiedy dowiedziała się, iż będzie sama nocowała, Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i colę i siostra pogodziła się ze swoją dolą. O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Miała zawsze nieregularny okres, nie sprawdzała, nikt jej nie uczył. Dopiero druga kasjerka – pani Weronika zapytała żartem: — Tak się świecisz, zaokrągliłaś się – chyba nie w ciąży jesteś? Pośmiały się, Ania wieczorem zrobiła test. Gdy zobaczyła dwie kreski, nie mogła uwierzyć – to nie mogło być prawda! Oleg nie był zachwycony. Powiedział, iż to nieszczęśliwie wyszło i dał jej pieniądze na lekarza. Ania płakała całą noc. W końcu poszła. Ale okazało się za późno – szesnaście tygodni. Czyli na działce się zaczął nowy rozdział jej życia, a ona myślała, iż po pierwszym razie nic nie grozi. Przez jakiś czas ukrywała wszystko przed ojczymem, ale brzuch rósł w zastraszającym tempie. Musiała się przyznać. Jak bardzo krzyczał! — I gdzie ten twój chłopak? Zamierza się z tobą ożenić? Ania spuściła wzrok. Olega nie widziała już miesiąc. Gdy usłyszał, iż dziecko zostaje, zniknął. — No jasne, — powiedział ojczym. — Mówiłem ci, Aniu… Nie powiedział wszystkiego od razu, musiał skonsultować się z panią Lucyną. — Skoro tak wyszło – urodź. Ale będziesz musiała zostawić dziecko w szpitalu, nie mam tu miejsca na kolejny głodny talerz. Bo to tak… Żenię się, Aniu. Lucyna też jest w ciąży. Będą bliźniaki. Rozumiesz, troje niemowląt w jednym domu to za dużo. — To ona tu będzie mieszkała? – zdziwiła się Ania. — No a gdzie? Przecież to moja żona, tu jej miejsce. Wyglądało na żart. Ale ojczym nie żartował. Codziennie o tym mówił, groził, iż wyrzuci ją i siostrę z domu, jeżeli zabierze ze sobą dziecko. Ania rozumiała, iż powtarza tylko to, co pani Lucyna podpowiada. Ale to niczego nie zmieniało – nie mogła zostawić córki. — Nie martw się, — powiedziała Lucyna. — Takie dzieci gwałtownie się adoptuje, pokochają je jak własne. Ania płakała, wydzwaniała do Olega, szukała pomysłu, jak żyć z siostrą i niemowlakiem, ale pomysłu nie miała. Aż któregoś dnia pani Weronika powiedziała, patrząc na pewne małżeństwo: — Patrz, tyle lat minęło, a wciąż chodzą w czerni. Tyle czasu w żałobie, szkoda ich… Mogliby mieć jeszcze jedno dziecko. Albo adoptować. Ania często ich widywała, razem i osobno. Oboje byli uprzejmi, pogodni, tylko chyba trochę smutni. Nie wiedziała, co się u nich wydarzyło. — Ich córka zginęła w wypadku – zagłośne to była sprawa, pamiętasz? Autobus z dziećmi na wycieczce do innego miasta, kierowca zasnął. Zginął on i ta dziewczyna, bardzo żal. Dobry człowiek – lekarz, ona nauczycielka angielskiego. Kiedyś mieszkałam obok, gdy jeszcze byłam mężatką. Przynosili im aniołki… Córka ich kupiła figurkę aniołka na wycieczce, trzymała w ręku. Ledwo ją wydobyli. Nie wiem, kto pierwszy przyniósł aniołka, potem już wielu. Bałam się, iż pogorszy im to tylko ból, ale chyba nie – pomogło. Ania kiedyś widziała w filmie, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko małżeństwu, które nie może mieć dzieci. Wiedziała, iż ci mogą, pewnie nie chcą już dzieci, ale coś ją do nich ciągnęło. Była w ósmym miesiącu, ale wciąż pracowała, nie chciała stracić pracy. Któregoś dnia małżeństwo stanęło przy jej kasie, mężczyzna zapytał: — Kochana, czas już na urlop macierzyński? Jeszcze tu urodzisz przy kasie. Nie narzekała, ale naprawdę pracowało się jej ciężko – rwała ją w krzyżu, męczyła zgaga, nogi puchły. Nikt nie pytał, jak się czuje, tylko lekarz wyzywał, ale to się nie liczy. Ten troskliwy gest tak ją wzruszył, iż od razu łzy napłynęły jej do oczu – tak bywało ostatnio regularnie. Kilka dni później, wracając do domu z zakupami, spotkała tego pana, zaproponował pomoc. Poczuła się nieswojo, ale było jej miło. Pomyślała, iż to dobry człowiek. Aniołka zobaczyła w sklepie – tania wyprzedaż, lato w pełni. Ania poddała się impulsowi, kupiła, zapytała pani Weroniki o adres i poszła. Gdy nacisnęła dzwonek, przestraszyła się – czy to nie nietakt, tyle lat już minęło? Chyba nikt już im ich nie przynosi. Drzwi otworzyła kobieta. Chyba od razu rozpoznała Anię, bo uniosła brwi. Ania gwałtownie wyciągnęła figurkę, usiłując schować głowę w ramionach – spodziewała się, iż kobieta w najlepszym razie zamknie przed nią drzwi, w najgorszym nakrzyczy. Ale nic z tego. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała: — Wejdź. Napijesz się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ani historię, którą ta już znała od pani Weroniki, ale z jej ust zabrzmiała jeszcze boleśniej. — Dlaczego nie zdecydowaliście się na kolejne dziecko? – zapytała Ania szeptem. — Ciężko rodziłam. Musieli mi usunąć macicę. Nie mogłam już mieć dzieci. Ania poczuła się niezręcznie – czy w ogóle ma prawo tak pytać? Chciała zapytać, jak to z adopcją, ale nie umiała wydusić z siebie słowa. — Myśleliśmy o adopcji, — kobieta jakby czytała jej myśli. — choćby przeszliśmy szkolenie adopcyjne. Ale w ostatnim momencie nie potrafiłam. Prosiłam córkę – daj mi znak. Ale nie stało się nic. Cisza. W tym momencie z pokoju dobiegał dźwięk – coś jakby szklanka spadła na podłogę i rozbiła się. Kobieta drgnęła, Ania spojrzała wystraszona, myślała, iż w domu nikogo nie ma. Obie weszły do salonu. Ania spodziewała się jakiegoś grobowca – ciemno, wszędzie świece i zdjęcia. Ale nie, jedno tylko zdjęcie, jasny pokój, figurki aniołów. Jedna leżała rozbita na podłodze. Kobieta podniosła kawałki porcelany, patrzyła długo. Potem cicho powiedziała: — To ta figurka. Tej. Ania poczuła gorąco na policzkach. Czy to nie znak? Córkę urodziła w terminie. W tym czasie Lucyna już mieszkała u nich, urodziła przed terminem. Jej dzieci były jeszcze w szpitalu, już mieli kupione łóżeczka – dwa białe z kokosowym materacem. Na jej dziecko nikt nic nie szykował, miała je zostawić w szpitalu. Tylko wieczorami Alinka pytała szeptem: — Nie da się jej gdzieś ukryć? Żeby oni nie wiedzieli, iż masz córeczkę. Ja ci będę pomagać. Aż chciało się wtedy płakać, ale przy siostrze się powstrzymywała. Treść listu do pana i pani przemyślała. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowa, nie muszą się martwić. Przypomniała im o znaku – rozbitej figurce anioła. Dołożyła pieniądze – całą swoją rentę. Powinno wystarczyć, przecież to dobrzy ludzie. Ze szpitala wypis za dnia, ale podrzucanie dziecka w biały dzień było przerażające. Cały dzień siedziała w galerii handlowej, bolało ją siedzenie, kręciło się w głowie, ale najważniejsza była jej córeczka – musiała znaleźć kochających rodziców. Gdy zamknęli galerię, jeszcze godzinę siedziała na ławce – na szczęście było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmrok, weszła do klatki, przemknęła gdy pan z psem wychodził na spacer. Córeczkę miała w nosidełku, kupiła ją za własne pieniądze, poprosiła pani Weronikę, aby przyniosła na odbiór ze szpitala. Pani Weronika nie pytała. Teraz, ustawiając nosidełko tak, żeby nie zahaczyły drzwi, wsunęła pod kołderkę list i pieniądze, miała już zadzwonić i uciekać, gdy drzwi otworzył ojciec zmarłej dziewczynki. — Co tu robisz? Ania aż podskoczyła ze strachu. Zauważył nosidełko. — Co to jest? Łzy same popłynęły. Ania opowiedziała wszystko – o Olegu, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał ją i siostrę już tyle lat, a teraz się ożenił i rodzi mu się para bliźniaków, o Lucynie, która wymyśliła, żeby Ania po prostu zostawiła dziecko w szpitalu. Wysłuchał uważnie. Potem powiedział: — Galina już śpi, nie chcę jej budzić. Porozmawiamy rano. Chodź, pościelę ci w salonie. Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Ania zasnęła od razu, mocno przytulona do córki. Obudziła się, czując pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, iż nie może się z nią rozstać. Nigdy nie będzie w stanie. Chciała biec, szukać, zabrać ją… Wyskoczyła, ale nie zdążyła choćby zrobić kroku, gdy weszła Galina. W ręku trzymała dziewczynkę. — Proszę, – uśmiechnęła się. – Trzeba ją nakarmić, ukołysałam ją, chciałam dać ci pospać, ale długo się tak nie da. Gdy Ania karmiła córkę, nie była w stanie spojrzeć na Galinę. Co powiedział jej mąż? Co, jeżeli zdecydowali, iż adoptują dziewczynkę? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie? — Ile lat ma twoja siostra? – nagle zapytała Galina. — Dwanaście, – zdziwiła się Ania. — Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić? To pytanie było dziwne. Ania podniosła wzrok. — Słucham? – nie zrozumiała. — Saszka już mi wszystko powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, iż ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jak twoja siostra tam zostanie, zrobią z niej gospodynię domową. Niech i ona zamieszka z nami. — Co znaczy „i ona”? – zająknęła się Ania. Galina kiwnęła głową na figurkę anioła przy zdjęciu – sklejona, dziwna, ale rozpoznawalna. — Myślę, iż to był znak. Że musimy wam pomóc, – powiedziała po prostu. — Ustaliliśmy: miejsca mamy dużo, przeprowadźcie się do nas. Pomogę ci z córką. Nie wygłupiaj się, nie można rozdzielać matki z dzieckiem. Ani zrobiło się ciepło na sercu. I tak wstyd, aż policzki płonęły. — Więc, zgadzasz się? Ania kiwnęła tylko głową, chowając twarz w kołderkę córeczki, żeby Galina nie zobaczyła jej łez…

newsempire24.com 9 godzin temu

Ojczym ich nie krzywdził. Przynajmniej nigdy nie wypominał chleba ani nie złorzeczył z powodu szkoły, jedynie czasem podnosił głos na Kingę, gdy ta wracała później, niż powinna.

Obiecałem twojej mamie, iż będę nad tobą czuwał! krzyczał, kiedy Kinga nieśmiało tłumaczyła, iż przecież jest już dorosła. Lepiej wiem, co ci wolno, a czego nie! Myśli, iż pełnoletnia! Świadectwo dostała, to już wszystko można? Najpierw znajdź sobie porządną pracę, a potem udawaj dorosłą!

Po chwili zwykle łagodniał.

Ten chłopak cię zostawi, zobaczysz. Widziałem go przecież samochód drogi, buzia ładna, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Kinga? Będziesz jeszcze płakać, zapamiętaj mnie.

Kinga mu nie wierzyła. Owszem, Tomek był przystojny, studiował na trzecim roku, wprawdzie na prywatnej uczelni, ale przecież ona też chętnie by tam studiowała, gdyby zdała egzamin. Nie przeszła przez konkurs, w technikum jej się nie podobało, więc teraz roznosiła ulotki, czasem gazety, a przede wszystkim uczyła się do egzaminów na następny rok. Tak właśnie poznała Tomka podała mu ulotkę, a on najpierw wziął jedną, potem drugą, trzecią i nagle powiedział:

Pani dam radę wezmę od pani wszystkie ulotki, jeżeli pójdzie pani z nami do kawiarni?

Nie wiadomo czemu wtedy się zgodziła. Po doświadczeniach nie zostawiła ulotek w tej okolicy, wcisnęła je do plecaka i dopiero wracając z kawiarni wyrzuciła je do zsypu.

W kawiarni Tomek ją poznał ze swoimi znajomymi, postawił pizzę i lody. Takie rzeczy Kinga jadła zwykle tylko na urodziny z siostrą nie miały zbyt wielu pieniędzy, a rentę po ojcu ojczym kazał odkładać na czarną godzinę, choćby nie pozwalał jej ruszać, jeżeli coś by się z nim stało.

Tak naprawdę pensję miał niezłą, ale połowę wydawał na samochód wiecznie w naprawie, a resztę przegrywał. Kinga nie narzekała cieszyła się, iż nie wygonił jej i Agnieszki z mieszkania, bo była jego; mamina poszła na sprzedaż, kiedy zachorowała. Oczywiście, chciałaby jakieś czekolady, pizzę czy gazowaną colę, ale jeżeli już coś się trafiło, Kinga wszystko oddawała siostrze. choćby w kawiarni zapytała Tomka może wziąć kawałek pizzy dla Agnieszki? Spojrzał dziwnie, ale w końcu kupił Kingze całą pizzę na wynos i dużą czekoladę z orzechami.

Ojczym mylił się co do Tomka. Był serdeczny i dobry. Kinga przy nim tym mocniej czuła swoją nieporadność, zaczęła jeszcze pilniej się uczyć, znalazła normalną pracę kasjerka w Żabce. Tam płacili dobrze i mogła kupić sobie fajne jeansy i umówić się na porządzą fryzurę, żeby Tomek był z niej dumny.

Kiedy zaprosił ją na działkę, Kinga wiedziała, co się tam wydarzy, ale nie bała się nie była już dzieckiem. Kochała Tomka, on ją też. Najbardziej bała się, iż ojczym nie pozwoli jej pójść, ale ten coraz rzadziej się pojawiał w domu, nocował u cioci Bożeny pielęgniarki z ich osiedla. Ojczym lubił ją już od dawna, ale Bożena nie chciała się wiązać z rozwodnikiem z dwójką dziewczyn z poprzedniego związku. Sama też była po rozwodzie, więc w końcu ustąpiła jego niezgrabnym zalotom.

To wszystko wyszło Kindze na dobre, chociaż Agnieszka płakała, iż musi spać sama, więc Kinga kupiła jej czekoladę, chipsy i Mirindę, i ta w końcu pogodziła się z losem.

O tym, iż jest w ciąży, dowiedziała się późno. Cykl miała zawsze nieregularny, jeszcze nikt jej nie nauczył, by go pilnować. Dopiero druga kasjerka, Pani Weronika Borkowska, żartem zapytała:

Co tak promieniejesz, zaraz się zaokrąglisz nie jesteś przypadkiem w ciąży?

Pośmiały się, ale wieczorem Kinga kupiła test. Dwie kreski. Nie wierzyła to niemożliwe!

Tomek nie ucieszył się. Stwierdził, iż to fatalny moment i dał jej pieniądze na lekarza. Kinga przepłakała noc, poszła okazało się za późno: szesnaście tygodni. Wyszło, iż stało się to na działce, a ona myślała, iż pierwszy raz to nie działa

Przez jakiś czas udawało się ukryć brzuch przed ojczymem, ale rósł błyskawicznie. Musiała się przyznać.

Ależ on krzyczał!

Gdzie ten chłopak? Zamierza się z tobą ożenić?

Kinga tylko spuściła wzrok. Tomka nie widziała od miesiąca, zniknął jak tylko dowiedział się, iż dziecka nie można usunąć.

No tak, mruknął ojczym. Przecież ci mówiłem, Kinga

Nie od razu powiedział jej resztę, pewnie skonsultował się z ciocią Bożeną.

Skoro już się stało urodź. Ale musisz zostawić je w szpitalu, nie potrzebuję kolejnej osoby w domu. Sprawa jest prosta Żenię się, dziewczyno. Bożena też jest w ciąży. Będą bliźniaki. Rozumiesz trójka niemowląt w jednym mieszaniu to za dużo.

To tu zamieszka? zdziwiła się Kinga.

A gdzie indziej? Żona przecież! Gdzie ma iść?

Myślała, iż żartuje. Nie żartował. Codziennie o tym mówił, groził, iż ją i Agnieszkę wyrzuci, jeżeli pojawi się tu z dzieckiem. Kinga wiedziała, iż powtarza słowa, które mówi mu Bożena, ale to nic nie zmieniało nie umiała zostawić dziecka.

Nie martw się powiedziała ciocia Bożena. Takie niemowlęta rozchodzą się momentalnie, gwałtownie je pokochają, choćby bardziej niż własne.

Kinga płakała, dzwoniła do Tomka, myślała, gdzie mogłaby się przenieść z siostrą i niemowlęciem, ale nic nie wymyśliła. Wtedy nagle Weronika Borkowska wskazała na parę małżeńską przy kasie:

Tyle lat minęło, a oni wciąż na czarno chodzą. Całe życie pogrążeni w żałobie Urodziliby kolejne dziecko. Albo zaadoptowali.

King często ich widywała razem lub osobno. Porządni, uprzejmi, może tylko smutni, ale nie wiedziała, co im się przydarzyło.

Córka im zginęła, pamiętasz? Głośna sprawa była bus pełen dzieci miał wypadek. Jechali na wycieczkę do Zakopanego, kierowca chyba zasnął. On zginął i ich córka, wielka tragedia. On jest lekarzem, ona uczy angielskiego. Mieszkałam obok, kiedy byłam mężatką. Teraz już po wszystkim Gdy to się stało, wszyscy nosili jej aniołki jej córka kupiła figurkę aniołka na wycieczce, trzymała ją w dłoni, ledwo odratowali. Potem już każdy przynosił aniołki. Bałam się, iż to pogorszy sprawę, ale chyba jej to pomagało.

Kinga kiedyś widziała w filmie, jak dziewczyna oddaje dziecko parze, która nie mogła mieć swojego. Ci mogli, pewnie nie chcieli, ale Kinga ostatnio wciąż o nich myślała. Była w ósmym miesiącu, cały czas pracowała, żeby nie stracić posady. Wtedy akurat para stała przy jej kasie, a mężczyzna zagadnął:

Pani Kingo, chyba już czas na urlop macierzyński? Jeszcze pani tu rodzi!

Kinga nie skarżyła się, ale naprawdę praca ją wykańczała plecy bolały, zgaga męczyła, nogi puchły. Nikt nie pytał, jak się czuje, tylko lekarka na osiedlu się czepiała, ale to co innego. Ta troska poruszyła Kingę, łzy napłynęły jej do oczu ostatnio często jej się to zdarzało.

Dwa dni później, kiedy wracała po pracy z zakupami, dogonił ją ten mężczyzna i zaproponował pomoc. Kinga poczuła się trochę niezręcznie, ale miło pomyślała, iż musi być dobrym człowiekiem.

Aniołka zobaczyła w sklepie na wyprzedaży lato w pełni, więc nie miał wzięcia. Pod wpływem chwili kupiła figurkę, potem poprosiła Weronikę Borkowską o adres i poszła.

Stojąc pod drzwiami, nagle się przestraszyła przecież tyle lat minęło, może to niestosowne? Nikt już im chyba nie przynosi aniołków.

Otworzyła kobieta chyba ją poznała, bo aż podniosła brwi ze zdumienia. Kinga bez słowa podała jej figurkę, aż wcisnęła głowę w ramiona, obawiając się, iż zaraz zamknie jej drzwi przed nosem albo nakrzyczy.

Ale nie. Opanowana uśmiechnęła się i powiedziała:

Wejdź. Napijesz się herbaty?

Przy herbacie kobieta spokojnie opowiedziała Kingi ich historię, którą już znała z ust Weroniki, ale od niej wszystko brzmiało boleśniej, ostrzej.

Czemu nie zdecydowaliście się na kolejne dziecko? zapytała Kinga cicho.

Miałam powikłania po porodzie, musieli mi usunąć macicę. Już nie mogłam.

Zrobiło jej się głupio co miała prawo wtrącać się w ich życie? Chciała spytać o adopcję, ale język odmówił posłuszeństwa.

Rozważaliśmy adopcję powiedziała kobieta, jakby czytała w jej myślach. choćby skończyliśmy kurs dla rodziców adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili nie mogłam. Prosiłam córkę o znak. Nic się nie wydarzyło.

W tym momencie z drugiego pokoju dobiegł dźwięk tłuczonego szkła, jakby ktoś coś strącił. Kobieta aż drgnęła, Kinga spojrzała przestraszona myślała, iż są w mieszkaniu same.

Obie poszły do salonu. Kinga obawiała się, iż zobaczy coś jak mauzoleum ciemno, świeczki, fotografie. Ale nie, tylko jedno zdjęcie, jasny pokój i mnóstwo aniołków. Jeden leżał rozbity. Kobieta długo patrzyła na kawałki porcelany, potem głucho powiedziała:

To ta figurka. Córki.

Zrobiło się Kingi gorąco na policzkach. Czy to był znak?

Córeczkę urodziła w terminie. Bożena już mieszkała u nich, swoje dzieci urodziła przed terminem. Bliźniaki wciąż leżały w klinice, miały lada chwila wrócić do domu, wszystko od dawna gotowe dwa białe łóżeczka, kokosowe materace. Dla dziecka Kingi nikt nic nie szykował, miała ją zostawić w szpitalu. Tylko Agnieszka po cichu pytała wieczorami:

Może by ją jakoś ukryć? Żeby nie wiedzieli, iż jest tu, twoja córeczka. Pomogę ci.

Od tych słów Kingę ogarniały łzy, ale przy siostrze się powstrzymywała.

Treść listu do rodziców Kinga miała gotową. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowa, mogą być spokojni. Przypomniała o znaku aniołku. Do koperty włożyła całe uzbierane pieniądze z renty. Miało wystarczyć, bo to przecież dobrzy ludzie.

Ze szpitala wypisywali ją rano, ale porzucić dziecko w biały dzień było zbyt ryzykowne. Posiedziała cały dzień w galerii handlowej, choć bolało ją siedzenie, kręciła się jej w głowie. Ale najważniejsza była jej córeczka, musiała jej znaleźć kochających rodziców.

Gdy galeria zamknęła się, Kinga siedziała jeszcze godzinę na ławce dobrze, iż było ciepło. Dopiero gdy zapadły ciemności, odważyła się wejść do klatki, przemknęła, gdy wychodził mężczyzna z psem na wieczorny spacer.

Córeczka była w nosidełku. Kinga kupiła je sama, prosiła Weronikę Borkowską, by przyniosła na wypis. Bez pytań. Ustawiła nosidełko tak, by nikt go nie zawadził i wsunęła pod kocyk kopertę z listem i pieniędzmi. Miała nacisnąć dzwonek i uciec, ale drzwi otworzyły się same. Stał tam mężczyzna, ojciec zmarłej dziewczyny.

Co tu pani robi?

Kinga aż podskoczyła.

Zauważył nosidełko.

Co to?

Łzy same popłynęły. Kinga opowiedziała wszystko o Tomku, który ją zostawił, o ojczymie, co utrzymywał je z siostrą przez te lata, a teraz się żeni i ma bliźniaki, o Bożenie, która wymyśliła, by napisać odmowę w szpitalu.

Słuchał uważnie, potem powiedział:

Galina już śpi, nie chcę jej budzić. Pogadamy rano. Chodź, pościelę ci w salonie.

Spać w pokoju z dziesiątkami aniołków było dziwnie, ale Kinga zasnęła od razu, mocno tuląc córeczkę.

Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tej chwili zrozumiała, iż nie odda jej nikomu. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać ją

Nie zdążyła się ruszyć, bo do pokoju weszła Galina. W rękach miała dziewczynkę.

Masz uśmiechnęła się. Trzeba ją nakarmić, ukołysałam ją, chciałam, byś odpoczęła, ale na długo to nie wystarczy

Kiedy Kinga karmiła córkę, nie umiała spojrzeć Galinie w oczy. Co jej powiedział mąż? Może już zdecydowali, iż ją adoptują? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie?

Ile lat ma twoja siostra? nagle spytała Galina.

Dwanaście odpowiedziała zdziwiona Kinga.

Myślisz, iż zgodzi się przeprowadzić do nas?

To pytanie zdziwiło Kingę, więc spojrzała na Galinę.

Jak to?

Sławek wszystko mi opowiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, iż ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli Agnieszka zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też zamieszka u nas.

Jak to też? jąkała się Kinga.

Galina wskazała na sklejonego aniołka przy zdjęciu był dziwny, ale rozpoznawalny.

Myślę, iż to był znak. Że mamy wam pomóc powiedziała zwyczajnie. Pomyśleliśmy, iż miejsca mamy sporo, przeprowadzicie się do nas. Pomogę ci przy małej. I przestań głupoty nie wolno rozdzielać matki z dzieckiem.

Kingę ogarnęło szczęście, ale i wstyd, aż znowu zapiekły policzki.

Więc zgadzasz się?

Kinga tylko skinęła głową, kryjąc twarz w kocyku córeczki, by Galina nie widziała jej łezKinga milczała przez dłuższą chwilę, ściskając swoją córeczkę, serce biło jej gwałtownie i mocno. W końcu wyszeptała:

Nie wiem, jak wam dziękować. Nigdy nie myślałam, iż ktoś ktoś może nas tak przyjąć. Zawsze marzyłam, żeby Agnieszka była bezpieczna, żeby moja córeczka miała dom.

Galina pogładziła ją po ramieniu, cicho powiedziała:

My też nie myśleliśmy, iż możemy jeszcze komuś być potrzebni. Może tak właśnie miało być. Może los czasem daje drugą szansę.

W tej chwili drzwi się uchyliły, wszedł Sławek z dwiema parującymi filiżankami herbaty. Kiedy zobaczył Kingę i jej córkę razem, uśmiechnął się, spojrzał na Galinę z nieśmiałą nadzieją.

A wtedy malutka poruszyła się, otworzyła zaspane oczy i zacisnęła piąstkę. Kinga ucałowała ją w czoło, czując, jak łzy euforii spływają jej po policzkach. Pierwszy raz nie były to łzy smutku.

Galina przysunęła do niej kubek:

Napij się, wszystko będzie dobrze. Życie nie zawsze jest łatwe, ale może właśnie dziś po raz pierwszy zacznie się coś nowego. Dla wszystkich nas.

Kinga przyjęła herbatę, wolno upiła łyk, czując w ustach ciepło i nadzieję. W tym domu zrozumiała, iż rodzina nie zawsze jest tam, gdzie się urodziła, ale tam, gdzie ktoś cię przygarnie z sercem pełnym miłości.

Tego wieczoru zadzwoniła do Agnieszki. Pakuj rzeczy, mała, zaczynamy od nowa. Już się nie bój. Już jesteśmy u siebie.

A w kącie pokoju sklejony aniołek zdawał się uśmiechać.

Idź do oryginalnego materiału