Nikomu cię nie oddam. Opowiadanie. Ojczym ich nie krzywdził. Przynajmniej nie wymawiał kęsa chleba, za naukę nie strofował, tylko gdy Ania wracała później niż powinna, zdarzało mu się podnieść głos. – Obiecałem twojej mamie, iż będę nad tobą czuwał! – krzyczał w odpowiedzi na nieśmiałe sprzeciwy Ani, iż przecież jest już pełnoletnia. – I ja lepiej wiem, co ci wolno robić, a czego nie! Patrzcie tylko, dorosła! Myślisz, iż zdałaś maturę i wszystko można? Najpierw znajdź porządną pracę, a potem udawaj dorosłą! Później, trochę ochłonąwszy, mówił już spokojniej: – Przecież on cię rzuci, co myślisz, nie widzę, co to za chłopak po ciebie przyjeżdża? Drogi samochód, twarzyczka przystojna, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Aniu? Potem będziesz płakać, zapamiętaj moje słowa. Ani nie wierzyła ojczymowi. Owszem, Olek był przystojny i studiował na trzecim roku uniwersytetu, na uczelni prywatnej, ale ona też nie miałaby nic przeciwko płatnym studiom. Na państwowe nie dostała się z konkursu, w technikum jej się nie podobało, a teraz rozdawała ulotki, roznosiła gazety i przede wszystkim przygotowywała się do egzaminów na przyszły rok. Właśnie tak poznała Olka – wręczyła mu ulotkę, on wziął jedną, potem drugą, trzecią i powiedział: – Pani Aniu, zróbmy tak – ja biorę od pani wszystkie ulotki, a pani idzie z nami do kawiarni? Nie wiadomo, co wtedy w nią wstąpiło, ale się zgodziła. Już nauczona doświadczeniem, nie wyrzucała ulotek w tej okolicy, tylko upchnęła je do plecaka, i wracając z kawiarni, wrzuciła do zsypu. W kawiarni Olek przedstawił ją swoim znajomym, częstował pizzą i lodami. Takie przysmaki z siostrą jadły zwykle tylko na urodziny – pieniędzy nie miały, a emerytury ojczym nie pozwalał ruszać, mówił, iż lepiej odkładać na czarną godzinę, jakby coś się stało. W sumie zarabiał nieźle, ale połowę wydawał na samochód, który wiecznie się psuł, a resztę przepuszczał w grach. Ania nie narzekała – dobrze, iż ich nie wyrzucił z domu, mieszkanie było jego, mamę sprzedali, gdy zachorowała. Jasne, marzyło się o czekoladach, pizzy czy słodkiej lemoniadzie, ale jak coś już się trafiło, wszystko oddawała siostrze. choćby w kawiarni zapytała Olka, czy może zabrać kawałek pizzy dla siostry. Olek spojrzał na nią zdumiony. Potem kupił jej cały krążek pizzy i dużą czekoladę z orzechami na wynos. Ojczym niepotrzebnie myślał, iż Olek ją skrzywdzi. Był dobry. I przy nim Ania czuła swoją niedoskonałość, zaczęła jeszcze pilniej przygotowywać się do egzaminów. Znalazła pracę kasjerki w sklepie. Płacili nieźle, kupiła porządne dżinsy, poszła do prawdziwego fryzjera, żeby Olek był z niej dumny. Gdy zaprosił ją na działkę, Ania od razu wiedziała, co będzie, ale nie przestraszyła się – przecież nie dziecko. Zwłaszcza iż oboje się kochali. Tylko martwiła się, iż ojczym nie puści, ale sam zaczął wracać późno, a czasem w ogóle. Ania wiedziała, gdzie nocuje – u cioci Luby, pielęgniarki z ich osiedla, od dawna się do niej uśmiechał, ale ona nie chciała się wiązać z ojczymem dwóch dziewczyn z pierwszego małżeństwa. Ale też była po rozwodzie, w końcu uległa jego niezdarnym zalotom. W sumie wyszło jej to na dobre, choć Alonka płakała, gdy dowiedziała się, iż będzie spać sama. Ale Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i napój gazowany, i siostra pogodziła się ze swoim losem. To, iż jest w ciąży, Ania odkryła późno. Miała wiecznie nieregularny cykl, nie pilnowała się, nikt jej tego nie nauczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika Matwiejewna, zażartowała: – Ty to promieniejesz ostatnio, zaokrągliłaś się – może w ciąży jesteś? Pośmiały się, ale wieczorem Ania kupiła test. Dwie kreski wydawały się nieprawdopodobne – przecież to niemożliwe! Olek nie ucieszył się. Powiedział, iż to nieporęcznie i wręczył jej pieniądze na lekarza. Ania przepłakała noc, poszła do lekarza, ale było już za późno – szesnasty tydzień. Wszystko stało się na działce, a ona myślała, iż przy pierwszym razie nie można zajść w ciążę. Jakiś czas udało się ukrywać brzuch przed ojczymem, ale rósł szybko. Musiała się przyznać. Jak on krzyczał! – I gdzie twój chłopak? Zamierza się z tobą ożenić? Ania spuściła wzrok. Olka nie widziała już miesiąc – gdy się dowiedział, iż dziecko trzeba zostawić, przepadł. – No tak – powiedział ojczym. – Przecież ostrzegałem… Nie od razu się zdecydował, pewnie z ciocią Lubą się naradzał. – Skoro tak wyszło – rodź. Ale będziesz musiała zostawić dziecko w szpitalu – nie potrzebny mi kolejny do wykarmienia. Sprawa jest taka… Żenię się, Aniu. Luba też w ciąży. Będziemy mieli bliźniaki. Słuchaj – troje noworodków w jednym domu, to przesada. – To ona będzie tu mieszkać? – zdziwiła się Ania. – A gdzie ma mieszkać? Żona moja, a gdzie niby…? Brzmiało jak żart, ale ojczym nie żartował. Powtarzał to codziennie i groził, iż wyrzuci ją i siostrę z domu, jeżeli przyprowadzi tu dziecko. Ania czuła, iż to słowa cioci Luby, ale nie zmieniało to faktu – nie mogła oddać dziecka. – Nie martw się – powiedziała ciocia Luba. – Takie dzieci są rozchwytywane, gwałtownie je adoptują i będą kochać jak własne. Ania płakała, dzwoniła do Olka, próbowała wymyślić, gdzie zamieszkać z siostrą i niemowlęciem, ale nic nie wymyśliła. Pewnego dnia pani Weronika Matwiejewna rzuciła, wskazując na parę: – Patrzcie, tyle lat minęło, a oni chodzą całkowicie na czarno. Całe życie żalą, nie wiem… Mogliby przecież urodzić kolejne dziecko. Albo adoptować. Tę parę Ania często widywała – razem i osobno, zawsze mili, uprzejmi, tylko lekko smutni. Nie znała ich historii. – Ich córka zginęła, pamiętasz tę głośną sprawę – bus z dziećmi miał wypadek? Wracali z wycieczki, kierowca zasnął. Zginął i ich córka, taka szkoda. Ludzie dobrzy – on jest lekarzem, ona uczy angielskiego. Mieszkałam tam w sąsiedztwie, gdy byłam mężatką. To już dawne dzieje… Wszyscy wtedy przychodzili, przynosili jej aniołki. Wyobraź sobie, córka kupiła sobie figurkę aniołka na wycieczce, miała ją w dłoni podczas wypadku. Ledwo ją znaleźli. Potem ludzie zaczęli dawać jej aniołki – ktoś pierwszy przyniósł, potem inni. Bałam się, iż to pogorszy sprawę, ale nie – chyba jej to pomagało. Ania widziała w jakimś filmie, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko bezdzietnym małżonkom. Ci mogli mieć dzieci, pewnie choćby nie chcieli go, ale i tak Ania ciągle myślała właśnie o nich. Była w ósmym miesiącu i dalej pracowała – nie chciała tracić stanowiska. Ta para stanęła pewnego razu przy jej kasie, a mężczyzna spytał: – Kochana, nie czas już na urlop macierzyński? Jeszcze tu pani urodzi. Ania nie narzekała, ale naprawdę trudno jej było pracować – bolały plecy, cierpiała na zgagę, nogi puchły pod koniec dnia. Nikt nie pytał o jej zdrowie, tylko lekarka z przychodni, ale to się nie liczyło. Ta troska wydała się Ani tak wzruszająca, iż łzy stanęły jej w oczach – ostatnio często jej się to zdarzało. Za dwa dni, wracając po pracy z zakupami, wyprzedził ją ten mężczyzna i pomógł nieść siatki. Ania poczuła się niezręcznie, ale też miło. Pomyślała, iż dobry z niego człowiek. Na wystawie zobaczyła aniołka – była wyprzedaż, pewnie nie cieszyły się powodzeniem w środku lata. Ania dała się ponieść impulsowi, kupiła i poprosiła panią Weronikę Matwiejewnę o adres tamtej pary. Poszła, drżąc, czy nie robi głupoty – tyle lat minęło, czy jeszcze ktoś im przynosi aniołki? Otworzyła jej drzwi kobieta. Chyba od razu rozpoznała Anię, bo uniosła brwi z niedowierzaniem. Ania gwałtownie rozluźniła dłoń i wręczyła figurkę, spuszczając głowę – bała się, iż w najlepszym razie drzwi zostaną jej zamknięte przed nosem, w najgorszym nakrzyczą. Ale nic takiego się nie stało. Kobieta przyjęła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała: – Wejdź. Napijesz się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ani swoją historię, dobrze znaną już z opowieści pani Weroniki Matwiejewnej, ale z ust tej kobiety zabrzmiała jeszcze boleśniej i ostrzej. – Dlaczego nie urodziła pani kolejnego dziecka? – szepnęła Ania. – Miałam ciężki poród. Musieli usunąć macicę. Nie mogę mieć dzieci. Zrobiło się niezręcznie – kto ona jest, żeby pytać o takie sprawy? Chciała zapytać o adopcję, ale zamilkła. – Myśleliśmy o adopcji – powiedziała kobieta, jakby czytała jej w myślach. – Przeszliśmy szkolenie na rodziców zastępczych. Ale nie potrafiłam, prosiłam córkę o znak. Nic się nie stało, zupełnie nic. Wtedy w pokoju rozległ się dźwięk – coś jakby szklanka spadła na podłogę i stłukła się. Kobieta drgnęła, Ania wystraszyła się – myślała, iż w mieszkaniu nikogo nie ma. Obie poszły do salonu. Ania obawiała się, iż będzie tam jak w mauzoleum – ciemno, wszędzie świece i zdjęcia. Ale nie – była tylko jedna fotografia, pokój jasny, bez świec. Tylko aniołki na półkach. Jeden z nich leżał potrzaskany na podłodze. Kobieta podniosła kawałki i długo je oglądała. W końcu dziwnym głosem powiedziała: – To ta sama figurka. Jej. Ania się zarumieniła. Czy to nie znak? Córeczkę urodziła w terminie. W tym czasie ciocia Luba mieszkała już u nich, też urodziła przed czasem, jej bliźniaki jeszcze leżały w szpitalu, ale zaraz mieli je wypisać – kupili dwie białe kołyski z kokosowymi materacami. Ani nikt niczego nie kupował, miała zostawić dziecko w szpitalu. Tylko Alonka wieczorami pytała szeptem: – Nie można jej jakoś ukryć? Żeby nie wiedzieli, iż to twoja córeczka. Pomogę ci. Na te słowa chciało się Ani płakać, ale przy siostrze trzymała się dzielnie. Treść kartki Ania zaplanowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowe, o znak – upadłą figurkę. Do koperty wsunęła wszystkie swoje oszczędności z renty. Powinno wystarczyć, byli przecież dobrymi ludźmi. Ze szpitala wypisywano rano, ale zostawienie dziecka w biały dzień wydawało się przerażające. Cały dzień przesiedziała w centrum handlowym, choć bolało ją siedzenie, kręciło się w głowie. Ale najważniejsza była jej córeczka, której należało znaleźć kochających rodziców. Gdy centrum zamknęli, jeszcze godzinę siedziała na ławce, na szczęście było ciepło. Gdy zapadł zmrok, zdecydowała się wejść na klatkę schodową, przemknęła za mężczyzną z psem. Córeczkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze, poprosiła panią Weronikę Matwiejewnę, żeby przyniosła je do szpitala. Ta nie pytała. Teraz ustawiła nosidełko tak, żeby drzwi go nie uszkodziły, wsunęła pod kołderkę kopertę z kartką i pieniędzmi, już miała zadzwonić do drzwi i uciec… gdy one nagle się otworzyły. Stał w nich mężczyzna – ojciec zmarłej dziewczynki. – Co się tu kręcisz? Ania aż podskoczyła. Zobaczył nosidełko. – Co to takiego? Łzy popłynęły same. I Ania powiedziała wszystko – o Olku, który ją rzucił, o ojczymie, który utrzymywał ją i siostrę siedem lat, a teraz żenił się i rodził mu się bliźniaki, o cioci Lubie, która wymyśliła, by Ania napisała zrzeczenie w szpitalu. Słuchał uważnie, potem powiedział: – Galia już śpi, nie będę jej budził. Rano porozmawiamy. Chodź, pościelę ci w salonie. Spanie w pokoju aniołków było dziwne. Ale Ania zasnęła niemal natychmiast, mocno przytulając córeczkę. Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. I w tej chwili zrozumiała, iż nie może jej oddać. Nigdy. Chciała wstać, szukać, zabrać ją… Wyskoczyła, ale nim zdążyła zrobić krok, do pokoju weszła Galia. W rękach miała dziewczynkę. – Chodź – uśmiechnęła się. – Nakarm ją, uśpiłam ją, chciałam dać ci się wyspać, ale długo tak się nie da. Gdy Ania karmiła maleńką, nie mogła spojrzeć Galinie w oczy. Co powiedział jej mąż? Co jeżeli już zdecydowali, iż adoptują dziewczynkę? Jak im powiedzieć, iż zmienia zdanie? – Twoja siostra, ile ma lat? – zapytała nagle Galia. – Dwanaście – odpowiedziała zdziwiona Ania. – Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić? Tak dziwne pytanie, iż Ania podniosła wzrok. – Co? – nie rozumiała. – Cóż, Sasza mi wszystko powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, iż ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też u nas zamieszka. – Jak to „też”? – wyjąkała Ania. Galia wskazała na figurkę przy zdjęciu córki – sklejona, wyglądała dziwnie, ale można ją poznać. – Myślę, iż to był znak. Że mamy wam pomóc – powiedziała po prostu. — Dużo tu miejsca, przeprowadzajcie się. Pomogę ci z małą. A bzdur nie rób. Nie wolno rozdzielać matki i dziecka. Ani zrobiło się tak radośnie i tak wstyd, iż policzki jej się rozpiekły. – To zgadzasz się? Ania skinęła głową, kryjąc twarz w kołderce córeczki, by Galia nie zobaczyła jej łez…

polregion.pl 1 dzień temu

Nikomu nie oddam. Opowieść.

Ojczym nigdy nie krzywdził Ani i jej siostry. Nie wytykał im chleba, nie złościł się o naukę, tylko czasem podnosił głos, gdy Ania wracała później niż zwykle.

Obiecałem twojej matce, iż będę nad tobą czuwał! krzyczał na jej słabe protesty, iż przecież jest już pełnoletnia. Ja wiem lepiej, co wolno, a czego nie! Myślisz, iż jak masz maturę i dowód, to możesz wszystko? Najpierw znajdź porządną pracę, a potem udawaj dorosłą!

Z czasem ochłonął i mówił spokojniej.

Porzuci cię, jak nic. Widziałem tego chłopaka, co cię przywozi. Samochód drogi, ładna buzia, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Aniu? Pamiętaj moje słowa, jeszcze będziesz płakać.

Ania nie wierzyła ojczymowi. Owszem, Aleksy był przystojny i studiował już trzeci rok na uniwersytecie, płacił za naukę, ale ona też by nie pogardziła płatnymi studiami. W konkursie miejsc nie zdobyła, w technikum się nie odnajdywała, więc raz roznosiła ulotki, raz gazety, a najbardziej skupiała się na przygotowaniach do egzaminów w przyszłym roku. Tak poznała Aleksa podała mu ulotkę, wziął jedną, drugą, trzecią i zaproponował:

Proszę pani, może ja wezmę wszystkie ulotki, a pani pójdzie z nami na kawę?

Nie wiadomo co ją wtedy napadło, ale się zgodziła. Nauczyła się już nie wyrzucać ulotek pod blokiem, więc wepchnęła je do plecaka, a w drodze powrotnej wysłała do zsypu po wyjściu z kawiarni.

W kawiarni Aleksy przedstawił ją swoim znajomym, postawił pizzę i lody. Ania i jej siostra jadły takie rarytasy tylko w urodziny nie było im na to stać, a ojczym zabraniał wydawać rentę, mówił, iż ma być na czarną godzinę, gdyby coś mu się stało.

W zasadzie zarabiał dobrze, ale połowę wypłaty wydawał na samochód, który co chwila się psuł, a resztę przegrywał w grach liczbowych. Ania nie narzekała dobrze, iż ich z domem nie wyrzucił, mieszkanie było jego, mamine sprzedali, gdy zachorowała. Rzecz jasna, marzyły im się czekoladki, pizza, słodka oranżada, ale jak coś się trafiło, Ania wszystko oddawała siostrze. choćby w kawiarni spytała Aleksa czy może wziąć kawałek pizzy na wynos dla siostry? Spojrzał na nią z niedowierzaniem, a potem kupił jej całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami.

Ojczym niepotrzebnie myślał, iż Aleksy ją skrzywdzi. Był dobrym człowiekiem. Przy nim Ania jeszcze silniej odczuwała swoją sytuację, zaczęła jeszcze wytrwalej uczyć się do egzaminów, znalazła porządną pracę została kasjerką w sklepie. Zarabiała całkiem nieźle, mogła kupić sobie modne jeansy, zrobić fryzurę w prawdziwym salonie, by Aleksy był z niej dumny.

Gdy zaprosił ją na działkę, Ania wiedziała, co się wydarzy, nie bała się przecież już dorosła. On ją kochał, ona jego. Obawiała się tylko, czy ojczym pozwoli wyjechać, ale ten coraz częściej sam późno wracał, czasem wcale. Ania wiedziała, gdzie się podziewa u cioci Lidki, pielęgniarki z osiedla. Od dawna jej się uśmiechał, ale ta nie chciała się wiązać z mężczyzną z dwiema dziewczynkami z pierwszego małżeństwa, choć sama miała już rozwód za sobą. Teraz jednak uległa jego niezgrabnym zalotom.

Dla Ani okazało się to korzystne, choć siostra Lena płakała, gdy dowiedziała się, iż będzie spać sama, ale Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i oranżadę, i Lena pogodziła się z losem.

O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Zawsze miała nieregularny cykl, nie pilnowała tego, nikt jej nie uczył. Dopiero druga kasjerka, Veronika Lewandowska, spytała w żartach:

Ty cała promieniejesz, zaokrągliłaś się, nie jesteś przypadkiem w ciąży?

Śmiały się z tego, ale wieczorem Ania kupiła test. Dwie kreski. Nie mogła uwierzyć niemożliwe!

Aleksy się nie ucieszył. Powiedział, iż akurat teraz to najgorszy moment, dał jej pieniądze na lekarza. Ania całą noc płakała i poszła do lekarza. Ale było już za późno szesnasty tydzień. Wszystko stało się wtedy na działce, a Ania myślała, iż przy pierwszym razie niemożliwe jest zajść w ciążę.

Długo udawało się ukrywać wszystko przed ojczymem, ale brzuch rósł w oczach. Musiała się przyznać.

Jak krzyczał!

I gdzie ten twój chłopak? Będzie się żenił z tobą?

Ania spuściła wzrok. Aleksy zniknął, odkąd dowiedział się, iż nie może usunąć ciąży.

Domyśliłem się, mruknął ojczym. Przecież cię ostrzegałem, Aniu

Nie od razu powiedział, pewnie naradził się z ciocią Lidką.

Skoro tak wyszło musisz urodzić. Ale dziecko zostaw w szpitalu, mnie niepotrzebne dodatkowe gęby. Sprawa jest taka Żenię się z Lidką. Ona też jest w ciąży. Będziemy mieli bliźniaki. No sama powiedz, troje niemowląt pod jednym dachem to za dużo.

A ona tu zamieszka? zapytała zdziwiona Ania.

No a gdzie? Przecież teraz będzie moją żoną, gdzie ma mieszkać?

Myślała, iż żartuje. Ale nie żartował. Powtarzał to codziennie i groził wyrzuceniem obu dziewcząt, jeżeli pojawi się z dzieckiem. Ania wiedziała, iż powtarza słowa cioci Lidki. Ale to nic nie zmieniało nie mogła dziecka zostawić.

Nie martw się mówiła ciocia Lidka. Takie niemowlęta gwałtownie znajdują dom, ktoś je pokocha i będzie dla nich jak rodzina.

Ania płakała, dzwoniła do Aleksa, próbowała znaleźć sposób, gdzie zamieszkać z siostrą i dzieckiem, ale nie miała pomysłu. Aż pewnego dnia Veronika Lewandowska powiedziała, wskazując na małżeństwo w sklepie:

Patrz, tyle lat minęło, a oni wciąż chodzą w czerni. Całe życie na żałobie, nie pojmuję Mogliby nowe dziecko mieć. Albo adoptować.

Tą parę Ania widywała często razem i osobno. Kulturalni, życzliwi, tylko jacyś smutni. Nie wiedziała, co ich spotkało.

Córka im się zabiła, pamiętasz tę sprawę? Autobus z dziećmi rozbił się na wycieczce, kierowca zasnął. Zginął on i ta dziewczynka, okropnie. Ludzie byli dobrzy on lekarz, ona uczy angielskiego. Ja z nimi sąsiadowałam, zanim się rozwiodłam. Wszyscy przychodzili z aniołkami ich córka kupiła figurkę anioła na tej wycieczce, trzymała ją w dłoni. Cudem odzyskali ten drobiazg. Potem ktoś zaczął im przynosić aniołki, a inni się przyłączyli. Bałam się, iż to pogorszy sprawę, ale nie, wręcz pomagało.

W jednym filmie Ania widziała, jak dziewczyna oddała swoje dziecko parze, która nie mogła mieć własnych. Ta para mogłaby, pewnie choćby nie chciała, ale ona cały czas o nich myślała. Była już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowała, bała się stracić miejsce, a właśnie ta para stała na jej kasie, i mężczyzna spytał:

Kochana, nie czas na urlop macierzyński? Jeszcze tu urodzisz, przy kasie.

Ania nie narzekała, ale faktycznie było ciężko ból pleców, zgaga, pod koniec dnia puchły nogi. Nikt nie pytał, jak się czuje, tylko lekarka na osiedlu ją strofowała, ale to się nie liczyło. Troska mężczyzny wzruszyła ją tak bardzo, iż łzy pojawiły się w oczach ostatnio zawsze tak reagowała.

Po dwóch dniach, gdy wracała po pracy z zakupami, dogonił ją ten mężczyzna i zaproponował pomoc. Ania poczuła się niepewnie, ale też było jej miło. Pomyślała, iż to dobry człowiek.

Aniołka zobaczyła w witrynie sklepu z pamiątkami, taniego, bo lato i nikt nie kupuje takich rzeczy. Pod wpływem chwili kupiła go, zapytała Veronikę Lewandowską o adres i wybrała się.

Gdy nacisnęła dzwonek, przestraszyła się może to nietakt, tyle lat minęło? Pewnie nikt już nie przynosi im aniołków.

Drzwi otworzyła kobieta. Wyglądała, jakby poznała ją od razu, bo zmarszczyła brwi z zaskoczeniem. Ania gwałtownie podała jej figurkę, kryjąc twarz, bo bała się, iż kobieta zamknie jej drzwi przed nosem, albo jeszcze nakrzyczy.

Nic takiego się nie stało. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała:

Wejdź. Napijesz się herbaty?

Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ani swoją historię, którą Ania już słyszała od Veroniki, ale z jej ust brzmiała jeszcze smutniej.

A czemu nie urodziła pani kolejnego dziecka? wyszeptała Ania.

Miałam bardzo trudny poród. Musieli usunąć mi macicę, więcej nie mogłam mieć dzieci.

Ani zrobiło się wstyd co ona ma prawo pytać obcą osobę? Chciała zapytać o adopcję, ale zabrakło jej słów.

Myśleliśmy o adopcji, powiedziała kobieta jakby czytając jej myśli. Przeszliśmy choćby szkołę adopcyjną. Ale w ostatniej chwili nie mogłam się zdecydować. Prosiłam córkę o znak. Ale nie wydarzyło się nic.

Wtedy w drugim pokoju coś uderzyło, jakby szklanka spadła z podłogi i się rozbiła. Kobieta zadrżała, Ania spojrzała w tamtą stronę myślała, iż nikogo nie ma.

Obie poszły do pokoju. Ania bała się, iż zobaczy tam niemal grobową atmosferę ciemno, świeczki, zdjęcia. Ale była tylko jedna fotografia, jasny pokój, żadnych świeczek. I mnóstwo aniołków. Jeden z nich roztrzaskany leżał na podłodze. Kobieta zebrała kawałki porcelany i długo je oglądała. W końcu powiedziała dziwnym głosem:

To właśnie ta figurka. Jej.

Ania poczuła gorąco na twarzy. Czy to nie był znak?

Córeczkę urodziła w terminie. Do tego czasu ciocia Lidka mieszkała już u nich i też urodziła, przedwcześnie. Dzieci były w szpitalu, lada moment miały trafić do domu, kupiono dwie białe kołyski z kokosowymi materacykami. Ani dziecku nikt nic nie kupił, miała je zostawić w szpitalu. Lena tylko szeptała wieczorami:

A nie da się jej gdzieś ukryć? Żeby nikt nie wiedział, iż to twoja dziewczynka. Pomogę ci.

Od tych słów Ania chciała płakać, ale przy siostrze wstrzymywała łzy.

Notatkę przygotowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowa, nie muszą się martwić. Przypomniała o znaku upadłej figurce anioła. Do koperty włożyła wszystkie swoje oszczędności całą rentę. Wystarczy. To przecież dobrzy ludzie.

Ze szpitala wypisywali rano, ale podrzucać dziecko w biały dzień, strach. Cały dzień spała w galerii handlowej, choć bolało siedzieć, kręciło się w głowie. Ale najważniejsza była jej córeczka, której musiała znaleźć kochających rodziców.

Gdy centrum się zamknęło, jeszcze godzinę siedziała na ławce, na szczęście było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmierzch, zdecydowała się wejść na klatkę, przemknęła cicho, gdy jakiś pan z psem wracał z spaceru.

Córkę niosła w nosidełku, kupiła za własne pieniądze, a Veronika Lewandowska przyniosła na wypis ze szpitala, nie zadawała zbędnych pytań. Teraz przestawiła nosidełko tak, żeby drzwi go nie zrzuciły, pod koc włożyła kopertę z notatką i pieniędzmi, już miała zadzwonić do drzwi i uciec, gdy te nagle się otworzyły. Na progu stał ojciec zmarłej dziewczynki.

Co się tutaj dzieje?

Ania aż podskoczyła ze strachu.

Zauważył nosidełko.

Co to?

Łzy popłynęły same. Ania opowiedziała wszystko o Aleksym, który ją zostawił, o ojczymie, który przez siedem lat utrzymywał ją i siostrę, a teraz się żeni i ma bliźniaki, o cioci Lidce, która wymusiła, by Ania napisała zrzeczenie się dziecka w szpitalu.

Słuchał uważnie, potem powiedział:

Grażyna już śpi, nie będę jej budził. Rano porozmawiamy. Chodź, pościelę ci w salonie.

Spać w pokoju dziesiątek aniołków było dziwnie. Ale Ania gwałtownie zasnęła, mocno tuląc córeczkę.

Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tej chwili zrozumiała, iż nie odda jej nigdy. Nie da rady. Chciała biec, szukać, zabrać…

Już podniosła się, ale zanim zrobiła krok, do pokoju weszła Grażyna. W rękach niosła dziewczynkę.

Trzymaj, uśmiechnęła się. Nakarm ją, ukołysałam, chciałam, żebyś chwilę odpoczęła, ale długo nie wytrzymała.

Kiedy Ania karmiła córkę, nie mogła spojrzeć na Grażynę. Co jej powiedział mąż? Może już zdecydowali, iż ją adoptują? Jak tu wyznać, iż zmieniła zdanie?

Ile lat ma twoja siostra? nagle zapytała Grażyna.

Dwanaście, odparła zaskoczona Ania.

Myślisz, iż zgodzi się do nas wprowadzić?

To pytanie było tak dziwne, iż Ania spojrzała na Grażynę.

Co? nie rozumiała.

Sławek wszystko mi powiedział. Nie macie gdzie mieszkać, ojczym was wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli Lena zostanie tam, zrobią z niej sprzątaczkę. Niech zamieszka z nami.

Co znaczy też? wyjąkała Ania.

Grażyna wskazała na figurkę przy zdjęciu sklejona, wyglądała nieco dziwnie, ale dało się ją rozpoznać.

Myślę, iż to był znak. Musimy wam pomóc, powiedziała po prostu. Dużo miejsca, zamieszkajcie tutaj. Pomogę ci z córką. Przestań już z tymi głupotami. Nie wolno matki rozdzielać z dzieckiem.

Ania poczuła euforia i wstyd, policzki znów jej zapłonęły.

Więc zgadzasz się?

Ania kiwnęła głową, ukrywając twarz w kocu córki, by Grażyna nie zobaczyła jej łez…

Bo czasem los podsuwa ludzi, którzy pomogą, jeżeli pozwolisz sobie na odrobinę zaufania i nie wyrzekniesz się własnego serca.

Idź do oryginalnego materiału