O demografii

zorard.wordpress.com 5 godzin temu

Wiele ostatnio w Internecie dyskusji o demografii bo coraz więcej osób orientuje się, iż wymieramy. Niestety, z tego co widzę absolutnie nikt nie dotyka istoty problemu, zamiast tego toczą się jałowe dyskusje o 500+, żłobkach czy takich bzdurach jak „równy podział obowiązków domowych”. Tymczasem, to są wszystko rzeczy całkowicie nieważne i nie mające istotnego wpływu na demografię.

Istotą problemu jest to, iż kobiety nie chcą rodzić i wychowywać dzieci. A nie chcą tego dlatego, iż ich status społeczny – a co za tym idzie i poczucie własnej wartości – są kompletnie oderwane od tego czy są matkami i żonami oraz jakimi matkami i żonami są.

To zaś z kolei jest ukoronowaniem trwających już ponad 120 lat intensywnych zabiegów propagandowych, które miały dokładnie taki cel: zniszczenie dzietności rasy białej (aryjskiej). Najważniejszym zaś sposobem na to jest ideologia feminizmu.

Feminizm w swojej istocie opiera się na zaprzeczeniu temu co jest w kobiecie unikalne i zastosowaniu do niej męskiej skali porównawczej (zarówno tej społecznej jak i – w efekcie – wewnętrznej, podług której kobieta ocenia samą siebie). W efekcie kobiety w tej chwili skupiają się w swoim życiu głównie na tym, co mężczyźni też mogą robić – i zwykle robią lepiej – a nie na tym, co tylko kobiety mogą zrobić: urodzić dziecko i tym, co tylko kobiety mogą zrobić dobrze: odchować malucha do wieku około 4-5 lat.

W istocie macierzyństwo to jedyny unikalny wkład kobiet w życie społeczeństw. Absolutnie wszystko inne mogą też zrobić mężczyźni – poza byciem matką i żoną nie ma nic unikalnego, wyjątkowego, co kobiety wnosiłyby do społeczeństwa. Dlatego w tradycyjnych społeczeństwach ich status i ocena zależały od tego jak realizują ten właśnie unikalny – a zarazem fundamentalny – wkład. Tymczasem feminizm pod płaszczykiem „równouprawnienia”(które jest hasłem kłamliwym w założeniu) doprowadził do tego, iż kobiety odrzuciły właśnie to, co czyni je wartościowymi, jedyną rzecz unikalnie kobiecą, w której są niezastąpione.

A kobiety odrzuciły to przede wszystkim dlatego, iż w tej chwili w społeczeństwie polskim – i w społeczeństwach całego gnijącego Zachodu – status kobiety jest kompletnie oderwany od macierzyństwa i rodziny.

Widać to w języku1 – określenie „matka Polka” ma charakter obelgi, określenie „pani domu” zastąpiono pogardliwą „kurą domową”, nikt absolutnie już nie mówi o kimś, iż jest lub była „dobrą żoną”2 – i tak dalej. Widać to w stosunku do nielicznych już rodzin wielodzietnych, które większości kobiet kojarzą się z patologią – matki licznej gromadki dzieci spotykają się ze zdziwieniem, współczuciem i politowaniem ze strony innych kobiet.

Widać to w zachowaniu kobiet, które odkładają zamążpójście, partnerów dobierają nie jako przyszłych ojców ale pod kątem „wspólnych zainteresowań” (co samo w sobie jest idiotyczne) a jeżeli choćby dopuszczają zostanie matką prawdziwego dziecka (a nie lansowanego w tej chwili w mediach „psiecka”) to maksymalnie jednego i późno, to jest wtedy kiedy „ustabilizują się zawodowo”. Następnie dziecko jak najszybciej odstawić od piersi (jeśli w ogóle było nią karmione) i czym prędzej wepchnąć do żłobka3 żeby wrócić do „kariery”4.

Widać to wreszcie w tym czym te kobiety się chwalą – a widać to w tej chwili świetnie na Facebooku, Instagramie czy TikToku. Chwalą się swoimi osiągnięciami, swoimi podróżami, zakupami. Rzadko kiedy chwalą się swoimi dziećmi, ich mężowie – o ile ich mają – pojawiają się tam rzadko i raczej jako tło. I o ile fiksacja na punkcie wyglądu to nic złego – to u zdrowej psychicznie kobiety normalne – to już zajmowanie się karierą zdecydowanie nie.

Przy tym kobiety kilka co wnoszą do „rynku pracy”. Mógłbym tu napisać dużo o fikcyjnych a często szkodliwych stanowiskach – całych działach PR, HR itp. w firmach, w których tysiące kobiet marnują swoje życie utrudniając do tego pracę innym. Mógłbym pisać o idiotycznych wysiłkach zachęcania kobiet do zawodów technologicznych i nauk ścisłych (z którymi większość z nich nie chce mieć nic wspólnego, a te, które się teym zajmują w większości radzą sobie słabiej od swoich kolegów). Ale po co – wszyscy to wiemy, stykamy się z tym na codzień, tylko nie mówimy o tym głośno bo można za to wylecieć z pracy.

Doszło już do tego, iż kobiety odurzone tym szaleństwem uważają, iż ich kariera i zarobki uczynią je bardziej atrakcyjnymi dla mężczyzn – co jest całkowitym absurdem. Żaden mężczyzna choćby na to nie spojrzy a jeżeli już to raczej w kategoriach negatywnych – każdy normalny mężczyzna chiałby mieć w domu kobietę, a nie drugiego faceta robiącego karierę.

Przy tym kobiety zdecydowanie gorzej radzą sobie ze stresem w pracy, zdecydowaniej gorzej znoszą typowe dla firm hierarchie i sytuacje, zdecydowanie częściej tworzą koterie, zajmują się plotkami i zakulisową obmową, a kiedy wreszcie – o zgrozo – zostają szefami dużo częściej znęcają się psychicznie nad podwładnymi, szczególnie innymi kobietami. Krótko mówiąc: kobiety w firmach są często toksyczne dla siebie samych – i dla innych. To również wie każdy, kto ma jakiś staż pracy w większej organizacji.

Ale praca kobiet nie ma tak naprawdę twarzy „niezależnej prezeski” czy „programistki”5. Ma twarz kelnerki, kucharki, ekspedientki w sklepie, sprzątaczki, krawcowej i tak dalej. Nie są to wszystko fajne i rozwijające zajęcia – nie jest to nic, co byłoby bardziej społecznie wartościowe od macierzyństwa. adekwatnie jedyne wyjątki – prace, gdzie kobiety faktycznie lepiej sobie radzą – to pielęgniarki, opiekunki i przedszkolanki. Tak się jednak składa, iż to są akurat prace mało poważane w sensie statusu społecznego – i nisko płatne.

Niezależnie jednak od wykonywanej pracy kobieta, która pracuje uważa się za lepszą od tej, która zajmuje się domem i wychowuje dzieci. A uważa tak, bo taki przekaz płynie od dekad z mediów, do tego dziewczynki przyucza szkoła, tym wreszcie chwalą się przed nią jej koleżanki i znajome. choćby jeżeli ich „osiągnięcia” nie są takie jak pokazywanych im w mediach wzorców to i tak czują się bliżej tych wzorców niż owej pejoratywnej „matki Polski” i „kury domowej”. W istocie kobiety w większości nie określają już swojej tożsamosci poprzez macierzyństwo ale właśnie przez swój zawód!

Dopóki to nie ulegnie radykalnej zmianie – a więc dopóki status społeczny kobiety nie będzie ściśle związany z macierzyństwem i rodziną – nie będzie żadnej poprawy demografii.

Najlepszym na to dowodem jest fakt, iż rodziny wielodzietne istnieją w tej chwili w Polsce właśnie w tych niszowych społecznościach, w obrębie których status kobiety zależy od macierzyństwa i rodziny a nie „kariery”: tradycyjni katolicy, Opus Dei, niektóre zbory protestanckie. I dzieje się tak pomimo tego, iż te środowiska podlegają tej samej negatywnej presji ekonomicznej a więc wysokiemu opodatkowaniu, które utrudnia mężczyźnie utrzymanie żony i rodziny.

Musiałaby więc nastąpić radykalna zmiana kultury. Macierzyństwo musiałby znów stać się najważniejsze, musiałoby stać się podstawą dumy i tożsamości kobiet. Bezdzietność powinna stać się powodem do wstydu i żalu. Matka z gromadką dzieci powinna spotykać się z powszechnym szacunkiem a ze strony innych kobiet z zazdrością.

Innymi słowy musielibyśmy wrócić do stanu kultury z połowy XIX wieku względnie sięgnąć po wzorce narodowo-socjalistyczne z lat 1933-39 (kiedy to udało się zasadniczo zwiększyć dzietność i status matek w społeczeństwie niemieckim – choć, przynać trzeba, nie było ono pod tym względem aż tak zdegenerowane jak współczesne, więc niejako mieli łatwiej).

A to przecież nie wszystko – w tym tekście skupiam się na toksycznej ideii feminizmu, ale jest on świetnie osadzony w powszechnym materialistycznym hedoniźmie dotyczącym obu płci. A dzieci i rodzina nie są wcale łatwe i proste – w istocie dużo łatwiej być „psycholoszką” pieprzącą bzdury równie pogubionym niż być matką. Ojcem zresztą też nie jest łatwo być. Dzieci są wymagające i nie da się twierdzić, iż ich rodzenie i odchowanie jest zawsze łatwe i przyjemne. Owszem, daje unikalną satysfakcję i ciągłość – ale ta przychodzi później, po latach, a współcześnie chcemy przyjemności tu i teraz.

Zatem, aby wyrwać feminizm z korzeniami tak radykalna zmiana kultury musiałaby też skruszyć fundament materialistycznego hedonizmu, w którym owe korzenie tkwią.

Wydaje mi się to dużo trudniejsze niż usunięcie antyrodzinnych mechanizmów ekonomicznych. By takiej zmiany dokonać nie wystarczyłoby odzyskać suwerenność – trzeba by mieć siłę zdolną pójść wbrew przekonaniom większości i wychować nowe pokolenia w wartościach dokładnie odwrotnych do tych, które wyznają ich rodzice .Po prostu nie wiem jak taką zmianę można by było przeprowadzić, ba, nie widzę siły zdolnej do tego. Przejawia się to choćby w tym, iż nie widać nikogo, kto by otwarcie napisał prawdę, którą podzieliłem się wyżej. Jestem przekonany, iż choćby aktywistki Konfederacji obruszyłyby się głęboko na takie postawienie problemu a co tu mówić o innych.

Więc, podsumowując, albo zastąpią nas czarni i inni kolorowi nachodźcy, którzy rozmnażają się na potęgę albo – scenariusz lepszy – będzie nas dużo, dużo mniej ale wtedy musimy ostro i radykalnie bronić Polski (i Europy) przed zadeptaniem przez nachodźców.

Sami sobie, drodzy czytelnicy, odpowiedzcie która z tych opcji jest bardziej prawdopodobna.

  1. Jest też charakterystyczne, iż kobiety coraz częściej nie przyjmują nazwiska męża a określenia w rodzaju „Pani Dyrektorowa Iksińska” całkowicie wyszły z użycia. ↩︎
  2. Aspekt „dobrej żony” nie jest bez znaczenia – żeby wychować zdrowego psychicznie człowieka musi on wzrastać w stabilnej rodzinie przez co najmniej 20 lat. jeżeli rodzina ma takich ludzi wychować więcej oznacza to, iż para musi wytrwać razem – i to najlepiej w jakiej-takiej harmonii – przez 30-40 lat. To naprawdę jest ogromne osiągniecie – i rola dobrej żony jest tu niebagatelna. ↩︎
  3. Żłobki to zło. Małe dzieci powinny być w domu, przede wszystkim z matką. Powinno się żłobki eliminować a nie otwierać właśnie w trosce o dzieci. Powinny być całe kampanie społeczne: „Oddajesz dziecko do żłobka? Jesteś złą matką, złym człowiekiem.” ↩︎
  4. Tak na marginesie – to też wyjaśnia czemu coraz więcej młodych mężczyzn nie jest zainteresowanych związkami z kobietami. Skoro seks mogą mieć przygodny z pomocą „aplikacji randkowych” a praktycznie żadna kobieta nie chce zostać matką ich dzieci i zająć się ich ogniskiem domowym, to w istocie po co się bawić w związek? Całe szczęście, iż biologia jeszcze wciąż działa – gdyby nie to byłoby dużo, dużo gorzej. ↩︎
  5. Tak na marginesie pisałem o tym: Kto buduje oprogramowanie? ↩︎
Idź do oryginalnego materiału