Obca im jest, tym pięciorgu… Ale któż by się odważył powiedzieć…

twojacena.pl 6 godzin temu

Nie była im rodzona, tej piątce Ale któż to powie

Jerzy został sam, bez żony. Nie udało jej się podnieść po ostatnim porodzie.

Można się martwić lub nie, ale pięcioro dzieci zostało. Najstarszy, Krzysiu, miał dziewięć lat. Iłja siedem. Bliźniaki Jaś i Leś po cztery. A najmłodsza, długo wyczekiwana córeczka, Ola, ledwie trzy miesiące

Nigdy nie można się smucić, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkich położy spać, siedzi w kuchni po północy, pali papierosa za papierosem

Na początku Jerzy radził sobie, jak mógł. Ciotka przyjeżdżała czasem, trochę pomogła. Więcej rodziny nie mieli. Chciała zabrać Jasia i Lesia, mówiąc, iż będzie mu lżej. Potem przyszli jeszcze ludzie z opieki społecznej.

Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Jerzy nie zamierzał nikomu oddawać swoich. Jak to oddać własne dzieci? Jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rosną powoli, w końcu wyrosną.

Starszym czasem sprawdzał lekcje. Z Olą było najwięcej kłopotu, oczywiście. Ale Krzysio i Iłja jakoś pomagali.

I pielęgniarka środowiskowa, Nina Janówna, często przychodziła, doglądała. Pewnego dnia obiecała Jerzemu przysłać nianię. Mężczyźnie z niemowlakiem trudno. Mówiła, iż dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako niania pracuje.

Własnych dzieci, co prawda, nie ma, jeszcze niezamężna. Ale rodzeństwo wychowywała, z dużej rodziny była, z sąsiedniej wsi. I tak pojawiła się w ich domu Lucyna.

Niewysoka, krępa, rumiana, z niemodnym warkoczem do pasa. I małomówna. Nie powie niepotrzebnego słowa. A jednak wszystko się w domu Jerzego zmieniło. Dom zajaśniał wszystko umyte, wysprzątane.

Dziecięce ubrania cerowała, prała. I za Olą zdążyła się zaopiekować, i ugotować, usmażyć. W szkole i przedszkolu od razu zauważyli zmiany. Dzieci czyste, zadbane, guziki przyszyte adekwatną nitką, łokcie nie przetarte.

Pewnego dnia Ola zachorowała, dostała gorączki. Lekarka powiedziała, iż wyzdrowieje, byleby opieka była. Lucyna noce przy niej przesiedziała, sama ani razu się nie położyła. Wychowała dziewczynkę. I tak jakoś niezauważenie została w domu Jerzego

Młodsi zaczęli nazywać ją mamą, tęsknili za matczyną czułością. A Lucyna nie skąpiła im ciepła. I pochwali, i po główce pogłaszcze. I przytuli. No bo dzieci

Starsi, Krzysio i Iłja, początkowo się boczyli, nie nazywali jej w żaden sposób. Potem po prostu mówili do niej Lucyna. Ani niania, ani mama po prostu Lucyna. Żeby pamiętać, iż mieli własną matkę Zresztą wiekiem ledwie mogłaby być ich matką.

Rodzina Lucyny była przeciwna.

Po co sobie taki ciężar na kark wieszasz? Chłopaków w wiosce mało?

Chłopacy są odpowiedziała ale żal mi Jerzego A dzieciaki już się przyzwyczaiły, teraz szukać innej?

I tak żyli. Piętnaście lat minęło jak z bicza strzelił Dzieci uczyły się, rosły. Nie zawsze gładko zdarzało się, iż i nabroiły. Jerzy gniewał się, po pasek sięgał. A Lucyna go szarpnęła: Czekaj, ojcze, najpierw rozumiejmy sprawę.

I pokłócili się, i pogodzili, bywało. Tak iż nikt już we wsi nie mówił na nią Lucyna. Tylko Lucyna Władysławowa, z szacunkiem. Krzysio w tym roku już był żonaty, pierwszego dziecka się spodziewali.

Młodzi mieszkali osobno, Krzysztof w PGR pracował. Nie byle jakim mechanizatorem był, co rok to nagroda, to dyplom. Iłja w mieście kończył studia, Lucyna szczególnie się nim chwaliła inżynierem będzie syn.

Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i stawali murem za siebie, gdy coś się działo. Ola do dziewiątej klasy przeszła, też dumna była Lucyna. I śpiewała, i tańczyła, na żadnym święcie bez niej się nie obeszło.

A Jerzy po raz kolejny myślał, jak dobrze Nina Janówna mu żonę wybrała Tego lata Lucyna jakoś poczuła, iż coś nie tak z jej ciałem, coś nie w porządku. Wiek, nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach ciemno, mdłości

Jerzego z papierosem zaczęła z domu na ganek wyganiać, niedobrze jej było. Myślała przejdzie, ale nie. Musiała do lekarza iść.
Wróciła cicha i zamyślona. Od pytań Jerzego machnęła ręką, powiedziała, iż to nic, wszystko w porządku.

Ale wieczorem, gdy wszyscy posnęli, zawołała Jerzego na ganek.

Siadaj, ojcze, trzeba pogadać Wiesz, co mi lekarz powiedział? Dziecko będzie Za późno już cokolwiek robić, trzeba zostawić Zakryła twarz rękami. Wstyd, co za wstyd

Jerzy tylko zdziwił się takiej wiadomości. Tyle lat nie było dzieci i proszę!

Jaki wstyd, matko? Starsze już prawie się rozbiegły, sami zostaniemy? Widzisz, natura dobrze to ułożyła! Będziemy się przygotowywać!

Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu

Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, toż to nie wiek!

Oj, nie wiem, co robić, co robić Wstyd

Dobrze. Sam powiem. Jutro powiem.

I powiedział. Gdy wszyscy zebrali się przy stole, tak im oznajmił. Że, kochani, niedługo będziecie mieli brata. Albo siostrę. Ot tak.

Lucyna głowę spuściła, w talerzu coś wypatrywała, zaczerwieniła się aż po łzy.

Krzysio, który z okazji niedzieli z młodą żoną u nich gościł, tylko się zaśmiał.

Super, matko! Brawo! To razem z moją żoną rodźcie! Będą mieli towarzystwo!

Jaś też się ucieszył:

No dalej, mamo! Jeszcze jeden brat!

A Leś zaprotestował:

Nie Dziewczynkę. Chłopców mamy wielu, a dziewczynka jedna. Rozpieszczona księżniczka

Ola tylko spojrzała na Lesia.

Rozpieszczona Ty rozpieszczałeś? Oczywiście dziewczynkę, mamo! Będę jej wiązała kokardy, kupimy ładne sukienki! Prawie się podnieciła.

Sukienki Będziesz ją ubierać jak lalkę? wtrącił się Iłja. Dziecko trzeba też wychować pouczył.

Wychow

Idź do oryginalnego materiału