Nie była im matką, tej piątce Ale któż odważy się to powiedzieć
Eliaszowi umarła żona. Nie podniosła się po ostatnim porodzie.
Cóż, smuć się, nie smuć, a pięcioro dzieci zostało. Najstarszy, Staś, miał dziewięć lat. Jędrusiowi siedem. Bliźniaki, Kuba i Maciek, po cztery. A najmłodszej, długo wyczekiwanej córeczce, Marysi, ledwie trzy miesiące
Nie czas się smucić, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkich ułoży spać, siada o północy w kuchni, kurzy papierosa
Z początku Eliasz sam się starał, jak mógł. Czasem siostra żony przyjeżdżała, trochę pomogła. Więcej rodziny nie mieli. Chciała zabrać Kubę i Maćka mówiła, iż lżej ci będzie. Potem przyszli jeszcze dwaj z opieki społecznej.
Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Eliasz nie miał zamiaru nikogo oddawać. Jak to swoje dzieci komuś oddawać? I jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rosną powoli, w końcu wyrosną.
U starszych czasem zdążył lekcje sprawdzić. Z Marysią było najwięcej kłopotu, to jasne. Ale i Staś z Jędrusiem jakoś pomagali.
No i pielęgniarka środowiskowa, Zofia Janówna, często przychodziła, doglądała. Pewnego dnia obiecała Eliaszowi przysłać nianię. W końcu ciężko mężczyźnie z niemowlęciem. Mówiła, iż dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako opiekunka pracuje.
Własnych dzieci, co prawda, nie ma, jeszcze niezamężna. Ale braci i siostry wychowywać pomagała, z dużej rodziny jest, z sąsiedniej wsi. I tak pojawiła się w ich domu Hania.
Niewysoka, krzepka, o okrągłej twarzy, z niemodnym warkoczem do pasa. I cicha. Nie powie słowa nad potrzebę. A jednak wszystko się w domu Eliasza zmieniło. Dom zajaśniał wszystko umyte, wyczyszczone.
Ubranka dziecięce połatała, wyprała. I o Marysię zdążyła zadbać, i ugotować, usmażyć. W szkole i przedszkolu od razu zauważyli zmiany. Dzieci czyste, schludne, guziki już nie przyszyte czarną nitką do białej koszuli, łokcie nie podarte.
Pewnego dnia Marysia zachorowała, gorączkę miała. Lekarka powiedziała, iż wyzdrowieje, byle opieka była. Tak Hania noce przesiedziała przy niej, sama ani razu się nie położyła. Wychowała dziewczynkę. I tak jakoś niezauważenie została w domu u Eliasza
Młodsi już mamą ją nazywali, stęsknieni za matczyną czułością. A Hania na czułość nie skąpiła. I pochwali, i po główce pogłaszcze. I przytuli. No bo dzieci, co tu dużo mówić
Starsi, Staś i Jędruś, z początku się boczyli, nie nazywali jej żadnym imieniem. A potem po prostu mówili do niej Hania. Ani niania, ani mama po prostu Hania. Żeby, znaczy, pamiętać, iż swoją matkę mieli No i wiekiem ledwie im za matkę mogła uchodzić.
Rodzina Hani była przeciw.
Po co sobie taki kłopot na kark wieszasz? Chłopców w okolicy mało?
Chłopcy są odpowiedziała ale żal mi Eliasza I dzieci przywykły, teraz szukać innej
I tak żyli. Piętnaście lat minęło jak sen Dzieci się uczyły, rosły. Nie wszystko gładko bywało, iż i nabroiły. Eliasz się gniewał, po pas sięgał. A Hania go szarpnęła mówi, poczekaj, ojcze, najpierw sprawę wyjaśnić trzeba
I pokłócą się, i pogodzą, bywało. Tak iż już nikt we wsi nie nazywał jej Hanią. Teraz to pani Halina Janówna, szanowana. Staś w tym roku już żonaty był, na pierworodnego czekali.
Młodzi żyli osobno, Stanisław w PGR-ze pracował. I nie byle jakim mechanizatorem był co rok to nagroda, to premia, ot tak. Jędruś w mieście kończył politechnikę, nim Hania szczególnie się chlubiła syn inżynierem będzie.
Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i stali murem za siebie, gdy coś się działo. Marysia do dziewiątej klasy poszła, też Hani duma. I śpiewać, i tańczyć mistrzyni, żadne święto bez niej.
A Eliasz po raz kolejny myślał, jak dobrze mu Zofia Janówna żonę wybrała Tego lata jakoś Hania poczuła, iż coś nie tak z jej ciałem, coś niedobrego. Wiek, nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach ciemno, mdłości
Eliasza z jego papierosem zaczęła z domu na ganek wyganiać, niedobrze jej się robiło. Z początku myślała przejdzie, ale nie. Musiała w końcu do lekarza iść.
Do domu wróciła cicha i zamyślona. Na pytania Eliasza machnęła ręką głupstwa, mówi, wszystko w porządku.
Ale wieczorem, gdy już wszyscy spali, zawołała Eliasza na ganek.
Siadaj, ojcze, pogadać trzeba Wiesz, co mi lekarz powiedział? Dziecko będę miała Za późno już coś robić, trzeba zostawić Powiedziała i twarz dłońmi zakryła. Wstyd, co za wstyd
Eliasz tylko się zdziwił na taką wiadomość. Tyle lat nie było dzieci i proszę!
Jaki wstyd, matko, starsi już prawie się rozlecieli, we dwoje, co, zostaniemy? Widzisz, natura wszystko dobrze ułożyła! Znaczy, przygotujmy się!
Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu jeszcze to
Jaka ty stara? Trzydzieści dziewięć, jakie to lata?
Oj, sama nie wiem, co robić, co robić Wstyd
Dobrze. Ja powiem. Jutro powiem. Akurat wszyscy się zbiorą.
I powiedział. Ledwie przy stole zasiedli, tak im wyłożył. Że, dzieci moje kochane, będziecie mieli jeszcze brata. Albo siostrę. Ot tak.
Hania głowę spuściła, w talerzu coś niby wypatrywała, zaczerwieniła się aż po łzy.
Staś, który z okazji niedzieli z młodą żoną u nich gościł, tylko się zaśmiał.
Spoko, matka! Brawo! To razem z moją niech rodzi! Będą miały towarzystwo!
Kuba też się ucieszył:
Dawaj, matko! Jeszcze brat potrzebny!
A Maciek zaprotestował:
Nie Dziewczynkę. Bo chłopców u nas dużo, a dziewczynka jedna. Rozpieszczona księżniczka
Marysia tylko spojrzała na Maćka.
Rozpieszczona Ty rozpieszczałeś? Oczywiście, dziewczynkę, matko! Będę jej wiązała kokardy, sukienki ładne kup














