1 maja 2023r.
Dziś znów myślę o tym, jak los potknął się o naszą rodzinę.
Starsza córka, Stasia, wydała nieuchronny wyrok nasz syn, Michał, nie może poślubić nikogo, kto nie spełni jej surowych wymagań. Z takim charakterem, co ciągle krytykuje, nie znalazła męża, a po trzydziestce stała się gorzką nieprzyjaciółką mężczyzn. Słowo przybłuda wypowiadała z taką pewnością, jakby to było wyrocznie.
Młodsza dziewczyna, Jagoda, pulchny uśmiech wzięła pod uwagę, ale matka (ja) milczała. Z twarzy widać było, iż nieprzyjemna nowa zięć, czyli Michał, nie spodobał się nam. Co w tym mogło przypaść do gustu? Jedyny syn, nasza ostypa i nadzieja, wrócił z wojska z żoną, o której nie wiemy nic ani o rodzicach, ani o majątku. Czy wychowała się w domu dziecka, czy może przyglądała się nam od rodziny? Nikt nie wie. Michał milczy, a ja go pocieszam: Nie martw się, mamo, wypracujemy własne bogactwo. Wystarczy iż przyprowadził do domu jakąś złodziejkę, czy aferystkę już nie wiadomo, ile ich przywiózł.
Od chwili, gdy przybłuda wstąpiła do domu, nasza Wiktoria Nikiticzka nie spała po nocy. Przemrużała pół oka, czekając na jakieś figle nowej krewnej, kiedy zacznie grzebać w szafach. Córki nam się wtrącały: Matko, schowajcie cenne rzeczy wśród rodziny, co by nie zginęło. Bo co, gdybyśmy pewnego ranka obudzili się i nie było już w nich nic?
Michał, co miał w domu przywiezione, został przygarnięty jak gość. Co w jego oczach nie było widoczne, nie było nic.
Przez miesiąc wpadliśmy w wir prac: ziemia była dobra, w ogródku trzydzieści arów, trzy prosiaczki w zagrodzie, ptaki w okolicy nie było już nic do policzenia. Pracowało się bez końca, a przybłuda nie narzekała. Gotowała, sprzątała, dbała o prosiaczki i starała się zadowolić teściową. ale serce matki nie dawało się zadowolić, choćby gdybyśmy się złotem wyścielili. Najpierw wydała przybłudę przerażoną, mówiąc pierwszego dnia:
Zwracaj się do mnie po imieniu i imienniku. Tylko tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie zostaniesz nam bliższa niż nasze dzieci.
Od tej chwili przybłudę nazywała Wiktorią Nikiticzną, a ja nie nadawałam jej innego imienia. Trzeba coś zrobić albo powiedzieć, ale jedynie milczałam. Nie mogłam niczego popierać. Trąciłam jednak, iż nie da się jej poddać, bo porządek w domu musi panować, a nie kłótnie. Dziewczyna była pracowita, nie leniuchowała, łapała się za wszystko, a ja z czasem zaczęłam łagodniej ją postrzegać.
Może życie by się ułożyło, gdyby nie Michał, który już odszedł z domu.
Żaden mężczyzna nie wytrzyma, gdy od rana do wieczora dwie głosy krzyczą mu: Na kogo poślubiłaś? i Kogo poślubiłaś?. Aż w końcu Stasia przedstawiła mu znajomą, i zaczęło się zamieszanie. Bratnie relacje święciły wygraną: Teraz wreszcie przybłuda zostanie wyprowadzona. Matka milczała, a przybłuda udawała, iż nic się nie stało, choć oczy miała wkoło zmęczone, pełne łez.
Nagle tak jak grzmot w bezchmurny dzień dwie wiadomości: przybłuda spodziewała się dziecka, a Michał z nią się rozwodził.
Nie tak ma być rzekłam Michałowi. Nie poślubiłam jej.
A on, choć roszczeniowy, odparł: Co mam zrobić? Jestem mężczyzną, decyduję sam. Próbowałam go powstrzymać, ale z uśmiechem rzekłam: Jesteś dopiero w spodniach. Kiedy dziecko urodzisz, i wychowasz je, dopiero wtedy będziesz prawdziwym mężczyzną.
Nie miałam zamiaru podjąć się roli matki, ale Michał zostawił mnie samego. Opuścił dom, a Świętojańska nasza córka wydała się w świat, a po czasie urodziła dziewczynkę, którą nazwała Wiktorią. Gdy matka dowiedziała się o niej, nie odparła nic, ale w jej oczach widać było radość.
Dziesięć lat minęło. Córki poślubiły się, a w wielkim domu zostaliśmy we trójkę: ja, Świętojańska i Wiktoria. Michał wstąpił do służby i wyjechał na północ z nową żoną. Do Świętojańskiej podjął się opieki emerytowany żołnierz poważny mężczyzna, nieco starszy. Rozwiódł się ze swoją żoną, zostawił jej mieszkanie, a sam mieszkał w akademiku. Otrzymywał emeryturę, był solidnym kandydatem na zięcia, ale co zrobić ze Świętojańską? Czy przyprowadzić ją do teściowej?
Wyjaśniłam mu wszystko, przeprosiłam, a on, nie będąc głupcem, pojechał odwiedzić matkę. Powiedział: Wiktorio Nikiticzno, kocham Świętojańską, nie mogę bez niej żyć. Moja twarz nie drgnęła.
Kochasz? odparłam. W takim razie zamieszkajcie razem i żyjcie.
Dodałam później: Nie dam Ci zabierać Wiktorii z pokoju. Mieszkajcie tu, u mnie.
Tak razem zamieszkaliśmy. Sąsiedzi szarpali się o to, jak nasza szalona Wiktoria wypędziła syna z domu i przyjęła przybłudę. Nie interesowały ich plotki, bo Wiktoria nie zwracała uwagi na gawędziarskie rozmowy z sąsiadami, nie opowiadała o młodzieży, trzymała się dumnie i nieprzeniknąco. Świętojańska urodziła córkę Katię. Nie mogłam uwierzyć w te dwie małe dziewczyny, choć nie były moimi wnukami w pełni.
Aż los znów przysparzał kłopotów. Świętojańska ciężko zachorowała. Mąż poddał się, kilka lat był na wózku. W milczeniu wypłaciłam wszystkie oszczędności z książeczki i zaniosłam ją do Warszawy, gdzie lekarze przepisywali leki, ale nic nie pomagało.
Rano Świętojańska poczuła się lepiej i poprosiła o rosół z kurczaka. Z euforią podzieliłam się kurą, ugotowałam bulion, a kiedy podałam, nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakała. Nigdy nie widziano mnie płaczącą, ale i ja popłakałam razem z nią:
Dlaczego, kochana, uciekasz, kiedy już cię kocham? rzekłam.
Po chwili uspokoiłam się, otarłam łzy i dodałam:
Nie martw się o dzieci, nie zginą.
Do końca nie płakałam już dłużej, trzymałam ją za rękę, głaskałam, jakby prosząc o przebaczenie za wszystkie krzywdy.
Kolejne dziesięć lat minęło. Wiktoria wybrała męża, a przybyły Stasia i Jagoda starsze, zmęczone, bezdzietne. Zebraliśmy się przy rodzinnym stole. Michał przyjechał, ale odszedł od żony już dawno i pił mocno. Zobaczył Wiktorię, zachwycił się jej urodą, a gdy usłyszał, iż jej ojciec to nie jego, zwrócił się do mnie z pretensjami: To twoja wina, iż wpuściłaś obcego mężczyznę do domu, niech sprząta. Nie ma tu miejsca dla niego, ja jestem ojcem.
Odpowiedziałam:
Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak małe spodnie nie wyrosły w mężczyznę, tak i ty nie stałeś się mężczyzną.
Michał nie wytrzymał takiej poniżki, spakował rzeczy i znowu wyruszył w świat. Wiktoria poślubiła, urodziła syna i nazwała go Aleksander, na cześć przybranego ojca. Babcię Varę pochowano w pobliżu Świętojańskiej.
Teraz leżą obok siebie: teściowa i synowa, a wiosną wyrosło przy nich drzewko brzozy, które pojawiło się znikąd. Nie wiadomo, kto je posadził może to był ostatni pożegnanie Świętojańskiej albo ostatni przebóg matki.
Kiedy zapisuję te słowa, czuję ciężar minionych lat, ale i pewną ulgę, iż chociaż wśród nieporządku udało się zachować część rodziny.
Zapisuję to, bo być może kiedyś jeszcze znajdę spokój wśród tych wspomnień.
Ania Kowalska.












