Odizolowana: Tajemnice i Cienie Życia w Polskim Mieście

twojacena.pl 7 godzin temu

Zapiski z dziennika 2 listopada

Dziś wpadło mi w głowę pytanie: czy ta dziwna sąsiadka z pierwszego piętra naprawdę jest potworem? Jarek, nie zwracając uwagi, chrupał kolejny batonik czekoladowy. Zawsze zdumiewało mnie, jak potrafi przeżuwać wciąż, niezależnie od tego, co się wokół dzieje. Jarek pożerał słodycze w szkole, na przerwach i po lekcjach. Pewnego razu choćby podgryzł cukierka w trakcie sprawdzianu z matematyki za co dostał wyrzut od pani nauczycielki.

Mateusz (ja) od razu odwróciłem wzrok od własnego batona i spojrzałem na przyjaciela:
Co masz na myśli? Jaki to potwór?
Najprawdziwszy! Ma na głowie zamiast włosów wężową łuskę, a nocą pożera dzieci! Słyszałeś, iż w mieście znikają chłopcy?
W telewizji mówiło się o dwóch dziesięcioletnich chłopcach, których od tygodnia nie można było znaleźć. Co Jarek widzi w tym sensownego? On to dopiero szóstoklasista, a wciąż wierzy w takie bajki!

Te bajki wpadły mi w ucho i nie mogły wyjść z głowy. Schodząc na mój siedmy piętro (Jarek mieszka na dziewiątym), nie mogłem skupić się na zadaniu domowym. Myślałem ciągle o sąsiadkę.

Rzeczywiście zachowywała się niezwykle dziwnie: wychodziła z mieszkania na pierwszym piętrze wyłącznie wieczorami lub w deszcz, zawsze w ciemnym płaszczu z kapturem zasłaniającym twarz. Nikt nie znał jej imienia, wieku ani zajęcia, a okna były zawsze zamknięte grubymi zasłonami. Gdy ktoś spotykał ją w klatce schodowej, przemykała obok z opuszczoną głową. Nikt nie słyszał od niej ani słowa.

Nawet starsze panie z klatki nie wiedziały o niej nic, nazywając ją szalona i samotna. Kiedy przypadkowo usłyszałem ich rozmowę, usłyszałem:
Wyszłam zrobić zakupy, wracam z ciężkimi torbami, a ta szalona właśnie wychodzi z mieszkania. Spojrzała na mnie, przyległa do ściany i tylko oczami mrugnęła spod kaptura. Ani dzień dobry, ani do widzenia.
No i co, jakaś wariatka? Unika ludzi, jakby ich nie było! Widziałam, jak o 23:00 wyłania się z klatki, jak cień. I dokąd tak nocą wędruje? Cały dzień siedzi w domu.

Takie rozmowy nie dawały mi spokoju. Na lekcji historii zostałem poproszony o odpowiedź przy tablicy, ale jak tylko zaczynałem mówić o Jadwidzie Mądrym, nauczyciel od razu przyznał, iż nie wiem nic i wystawił dwóję. Zgorzkniałem. Gdy na przerwie podszedł do nas Kacper Koltunow (tak zwany Koltun) i zaczął nazywać Jarka Jarkiem Otyłym. Jego koledzy, Tomek i Żorek, od razu podchwycili obraźliwe przezwisko, wyciągnęli Jarkowi z ręki wypiekanie croissanta i zaczęli rzucać nim między sobą.
Oddaj croissant! krzyknąłem, wiedząc, iż wpakuję się w tarapaty. Nie mogłem zostawić przyjaciela w potrzebie. Zawsze broniłem Jarka przed drwinami, bo tak bywało się często.
Koltun odwrócił się z szerokim uśmiechem:
O, Cienki broni Tłustego!
W klasie nazywaliśmy się Tłusty i Cienki. Siedzieliśmy przy jednym stole, chodziliśmy razem do i ze szkoły. Ja, drobny i wyglądający na młodszego, przytłaczał mnie przy Jarku, który miał pełne brzuchy.

Próbując wyłapać croissant, prawie go zdobyłem, ale poślizgnąłem się, uderzyłem globus leżący na biurku nauczyciela. Globus z hukiem spadł na podłogę, pękając na dwie części, a jedna z nich pękła wzdłuż. W tym momencie do klasy weszła pani nauczycielka geografii, pani Natalia Konstantynowa.
Globusa nie uszkodził się poważnie, ale po lekcji pani podeszła i rzekła:
Mateusz, poczekaj.
Niechętnie podszedłem do biurka, unikając spojrzenia w oczy pani. Zajrzała mi w twarz:
Co ty robisz? Jesteś zdolnym chłopcem
Zrobiła pauzę, a jej surowe spojrzenie i napięcie w powietrzu sprawiły, iż miałem ochotę schować się pod ławką. Przedstawiałem sobie, iż zaraz wezwą dyrektora albo zadzwonią do mamy. A już miałem w domu karę za czwórkę

Na szczęście pani Natalia nie wezwała rodziców, ale poprosiła o pomoc po lekcjach przy podręcznikach.
Dobrze, Mateusz westchnąłem, przyglądając się swoim tenisówkom. Przynajmniej nie przywołali rodziców, ale nastrój wciąż był przygnębiony. Jarek po lekcjach od razu został wyprowadzony do lekarza, więc nie mógł podzielić ze mną niesprawiedliwości.

Po zajęciach pobiegliśmy po rzeczy, a ja, patrząc z żalem na zamieszanie w szatni, wyruszyłem do pani nauczycielki. Zmuszała mnie do noszenia podręczników z biblioteki, a potem sprzątać klasę. To zajęło ponad dwie godziny, a kiedy wyszedłem z opustoszałej szkoły, na dworze już panował mokry, szary zmierzch.

Z trudem szedłem do domu, rozmyślając o tym, co się stało. Na duszy było ciężko, a deszcz wdzierał się pod kaptur. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe? Broniłem przyjaciela, a sam został zraniony. Nie ukarano Koltuna, choć to on był winny. A ten wściekły deszcz…

W drodze do domu, jak co dzień, przeszliśmy z Jarkiem przez park. Zwykle szliśmy razem w świetle dnia, ale dziś byłem sam. Pomyślałem o sąsiadce z pierwszego piętra. Co, jeżeli właśnie ona wyszła na polowanie i czai się w krzakach, gotowa zaatakować zagubionego chłopca? Przypomniałem sobie jej zimne, wężowe oczy, które kiedyś zobaczyłem tylko przez kaptur.

Nagle poczułem dreszcz lodowatej niepewności. Nie był to wiatr ani deszcz. Odwróciłem się i zobaczyłem ciemną postać w kapturze, podążającą za mną. Rozpędziłem się, a zza moich pleców rozległ się głos:
Hej, chłopcze, poczekaj!
Mężczyzna krzyczał, ale nie pomagało to nic. Wiedziałem, iż nie wolno rozmawiać z nieznajomymi, zwłaszcza w pustej alei.

Mój plecak, ciężki jak kamień, ciągnął mnie w dół. Krok po kroku, nieznajomy nadchodził, a pod stopami szeleścił żwir. Nagle coś mocno pociągnęło mój plecak i wyryło mnie z biegu. Obróciłem się powoli i stanąłem twarzą w twarz z mężczyzną, który trzymał mnie za pasek.

Uśmiechnął się złośliwie i rzekł:
Co tak pędzisz? Chciałem tylko pogadać.
Strach sparaliżował mój język, a w drugiej ręce trzymał coś przy plecach nóż? Pistolet?
W parku nie było nikogo. Lampy uliczne wciąż były wyłączone, a deszcz dudnił monotonnym rytmem na ławkach. Nic nie mogło mnie ocalić.

Wtedy z krzaków wyłoniła się kolejna sylwetka w kapturze, mniejsza i szczuplejsza niż mężczyzna, i rzuciła się na niego. On puścił mnie, a ja cofnąłem się w przerażeniu. W tle rozbrzmiał przeraźliwy krzyk, który łączył się z szumem wiatru i dosłaniał mnie po kości.

Nagle rozległ się odrażający dźwięk, niczym chrupanie suszonych owoców. Lampy uliczne zapaliły się, rozświetlając alejkę żółtą poświatą. Mniejsza postać pochyliła się nad agresorem, przyciskając mu szyję. Z kaptura wystąpiły długie, ciemne włosy to była kobieta.

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. To była ona, sąsiadka z pierwszego piętra. Znałem ją z kilku spojrzeń: bladą, chudą, zawsze w czarnym kapturze. Teraz jej twarz była splamiona krwią, a z ust wystawały dwa długie kły. Bez słowa wytrzeć sobie usta rękawem, jakby to była śmietana, a nie ludzka krew, podeszła do mnie.

Mroczne oczy błysnęły jak kotie źrenice i w jednej chwili zniknęła w krzakach. Na mokrym żwirze leżało bezwładne ciało mężczyzny szyja spłynięta krwią, a wokół rozlała się czarna kałuża. Tego, co jeszcze wcześniej trzymała w ręku, nie było już widać.

Po kilku sekundach udało mi się wyjść z paraliżującego lęku i ruszyć w stronę domu. Biegłem, jakby mnie ścigał pociąg. Po pięciu minutach wpadłem do mieszkania, przyklejony do drzwi i łapiąc oddech. Na szczęście rodzice nie wrócili; nie musiałbym tłumaczyć im, skąd uciekam.

Postanowiłem nie mówić nikomu, choćby Jarkowi. To, co przeżyłem w parku, nie mieściło się w mojej głowie. Czy Jarek miał rację, mówiąc o potworze? Może nie o wężowej łusce i jedzeniu dzieci, ale o tym, iż wolała pożerać dorosłych. Czy wampiry istnieją? Wydaje się, iż właśnie ten potwór uratował mnie przed człowiekiem, a nie odwrotnie, jak w filmach.

Wiedziałem, iż nikt mi nie uwierzy. Rodzice odrzucą to jako dziecięcą fantazję, a Jarek uzna, iż wampir uratował mnie zamiast mnie zjeść. Sam nie rozumiem, dlaczego ta wampirzyca zostawiła mnie przy życiu.

Od tamtej nocy spędzam większość wolnego czasu przed telewizorem, boję się przegapić wiadomości o znalezionym ciele w parku. Ciekawe, dlaczego media nie informują? Dopiero po trzech dniach w telewizyjnym podsumowaniu wspomniano o dwóch zaginionych chłopcach odnalezionych w domu mężczyzny, który żył w przedmieściach i trzymał ich w piwnicy. Nie wspomniano, jak zginął.

Myślę, iż media nie chcą szokować mieszkańców; myśl o wampirze włóczącym się po mieście przerażałaby bardziej niż zaginione dzieci. Przestałem więc śledzić wiadomości, a wspomnienia o wampirzy sąsiadce stopniowo topniały pod szkolnymi sprawami i zapowiedzią zimowych ferii.

Zima wreszcie nadeszła, śnieg pokrył Warszawę pod koniec grudnia. Jarek i ja wracaliśmy z zajęć szachowych, kiedy z klatki wyłoniła się ona. Jarek nie zauważył jej, pochłonięty opowieścią o udanej partii. Jarek od miesiąca ograniczył słodycze, schudł, a choćby Kowalski przestał go dokuczać.

Patrzyłem na nią, gdy przeszła obok nas, rzucając na mnie krótkie spojrzenie spod kaptura. Przypomniałem sobie jej krwistą twarz i kły, ale teraz wyglądała już tylko jak blada, starsza kobieta, nie mająca już żadnych wampirzych cech. Jej usta uśmiechały się bez wyrazu.

To chyba nasza samotna sąsiadka z pierwszego piętra! wykrzyknął Jarek, w końcu oderwszy się od szachów.
Tak dodałem, nie chcąc nic mówić.
Dziś chyba jest przyjazna, choćby nie schowała głowy! dodał, śmiejąc się.
Spojrzałem na odchodzącą sylwetkę, jak gdyby topniała w białym pyle śniegu.

Tego wieczoru, gdy wstałem wcześniej, by zobaczyć, jak gruzowy śnieg zasypuje ulice, pomyślałem, iż choćby najgorsze kły i żółte oczy nie mogą przebić się przez warstwę białego puchu. Trzy tygodnie później, kiedy spostrzegłem się przy jednej z mieszkań wciąż drżącym od deszczu dachem, przypomniałem sobie, iż w mieście zawsze są miejsca, w których najgorsze potwory chowają się pod codziennym szumem.

Idź do oryginalnego materiału