To prawda, co się mówi: im dłużej pary są razem przed ślubem, tym ich małżeństwa bywają trudniejsze…
Z Pawłem byłam siedem lat, zanim w końcu podjęliśmy decyzję o ślubie. Przez te wszystkie lata nie spędziliśmy razem choćby całej doby. Oboje byliśmy zadowoleni z własnej przestrzeni i rytmu dnia, aż do czasu, gdy niespodziewana ciąża postawiła nas przed faktem dokonanym.
Początki wspólnego życia wydawały się nam obojgu ekscytujące. Najpierw remont skromnego mieszkania babcia oddała nam swoje pokoje i przeprowadziła się do rodziców potem wspólne zakupy mebli i rzeczy codziennego użytku. Jednak gdy wszystko już stało na miejscu, poczuliśmy się nieswojo, zamknięci w tych samych czterech ścianach przez większość czasu.
Paweł coraz częściej prosił, by mógł spotkać się z kolegami na piwo, a ja z ulgą pozwalałam mu wychodzić, ciesząc się chwilą ciszy. Z czasem tak żyliśmy jak dawniej, spotykając się w mieszkaniu adekwatnie późnym wieczorem.
Kiedy zbliżał się termin porodu, Paweł stawał się codziennie coraz bardziej zamyślony i smutny. Ja nie przywiązywałam do tego większej wagi, póki pewnego dnia nie zadzwoniła do mnie jakaś kobieta i oświadczyła, iż Paweł do niej się przenosi. W rzeczywistości podczas mojej wizyty u ginekologa Paweł się spakował i wyprowadził.
Najbardziej zabolało mnie jednak to, iż nie zdobył się choćby na rozmowę po prostu uciekł. choćby na rozprawie rozwodowej się nie pojawił… Zrobiłam wszystko, by przy narodzinach syna przy rubryce ojciec pozostała pusta rubryka, korzystając z pomocy znajomych z urzędu.
Urodziłam wspaniałego syna zdrowego, dużego chłopca z dołeczkami w policzkach. Kiedy go zobaczyłam, wrócił mi spokój ducha i zapomniałam o bólu, który spowodowała dawna miłość i przyjaciel. Moi rodzice angażowali się całym sercem, pomagali mi wychowywać Wojtusia. O relacjach z mężczyznami już nie myślałam rana była zbyt głęboka i nie sądziłam, by miała się kiedykolwiek zagoić.
Minęły trzy lata. Pewnego razu zadzwonił dzwonek do drzwi. Spodziewałam się, iż to mama, więc bez namysłu otworzyłam, nie patrząc przez wizjer. Na progu stał Paweł z ogromnym bukietem czerwonych róż, które zawsze uwielbiałam, i dużym, plastikowym samochodem pierwszym prezentem od ojca dla syna.
Spojrzałam na niego w ciszy. On pierwszy się odezwał:
Przepraszam… Zrobię wszystko, tylko żebyś mi wybaczyła…
Myślisz, iż po tylu latach mogę ci wybaczyć?
Wojtek wybiegł do przedpokoju.
Nie, Pawle. Nie potrzebowaliśmy cię tyle lat i już się do tego przyzwyczailiśmy. Proszę, nie wracaj więcej.
Nie czułam już żalu. Przez te wszystkie lata było we mnie tyle goryczy, aż w końcu została tylko litość dla Pawła, który stracił własnego syna.
