Odwiedziła mnie dawna przyjaciółka z podstawówki – świadomie zrezygnowała z macierzyństwa, by żyć po…

twojacena.pl 4 godzin temu

Przyjechała do mnie dawna kumpela z podstawówki. Zofia zawsze była oryginałem. Nigdy nie miała dzieci i, szczerze mówiąc, choćby nie zamierzała. Już w liceum powtarzała, iż dzieci są dla odważnych, a ona odważna była tylko w kwestii własnej wolności.

Dziś spotkałyśmy się po latach w Zamościu, gdzie obie kiedyś mieszkałyśmy. Obie mamy już po sześćdziesiątce, choć wyglądamy, jakbyśmy dopiero rzuciły studenckie indeksy. Zosia zaraz po studiach spakowała torbę, wsadziła do niej marzenia i zniknęła z miasta szybciej, niż zdążyłam powiedzieć do widzenia. Pisałyśmy sobie jeszcze trochę, ale niedługo kontakt się urwał, jak to bywa, kiedy jedna osoba wiecznie jest w rozjazdach.

Ostatnio dowiedziałam się od naszej wspólnej znajomej, Basi, iż Zosia nie usiedzi na miejscu podróżuje, zmienia partnerów niczym rękawiczki, raz mieszka w Poznaniu, raz w Krakowie, raz gdzieś we Włoszech. Przez pięćdziesiątkę przewinęło się kilku mężów i trochę więcej narzeczonych, ale żaden na dłużej. Dzieci przez cały czas brak. Zastanawiałam się, jak to możliwe, ile kobiet narzeka na mężczyzn, ale przynajmniej mają dzieci a potem wnuki, które można rozpieszczać pierogami i narzekać przy kawie, iż nie chcą jeść.

Aż tu nagle wpada Zosia do Zamościa z zamiarem sprzedania resztek dobytku mieszkanie wynajmowała ostatnio komuś z Warszawy, bo przecież sama ciągle była gdzieś w trasie.

Spotkałyśmy się w kawiarni przy rynku, ja z moją kawą i opowieściami o rodzinie, ona z herbatą i historiami, od których głowa boli. No i nie wytrzymałam:

Zosiu, no powiedz szczerze, czemu tak sobie życie poukładałaś? Dlaczego nie masz dzieci? choćby dla siebie? Żeby miał ci kto herbatę podać na starość, kiedy powrót z apteki to już wyprawa?

Spojrzała na mnie i parsknęła śmiechem tak głośno, iż kelner aż się obejrzał.

Kochana, jaką herbatę? Twoje dzieci ci coś przyniosą poza rachunkami na ZUS? Młodzi teraz mają własne życie, a starzy rodzice to najwyżej temat do narzekania na messengerze. Łatwiej całe życie odkładać złotówki, zatrudnić opiekunkę z Ukrainy, niż błagać dzieci o pomoc i mieć potem pretensje, iż nie przyszli na imieniny.

Nie urodziłam dzieci, bo po prostu nie chciałam. Szczerze: zero ciągot do przewijania pieluch, zero miłości do zbierania po kimś klocków z podłogi. Wolałam poznawać świat, pić prosecco w Toskanii i zarabiać na własne przyjemności, a nie wydatki na rowerki dziecięce czy korepetycje z angielskiego. A mężowie? No cóż, odchodzili, bo marzyli o grillu w ogrodzie i gromadce dzieci, tylko zapomnieli zapytać, czy ja też chcę takiego życia.

Dzisiaj żyję po swojemu. Emerytura? Staram się nie myśleć, bo szkoda nerwów i tak nie zbierze się tyle, żeby móc utrzymywać dorosłe dzieci. Wnuki? A niby czemu mam podcierać nos komuś z niemieckiego przedszkola? Mam swoje książki, swoje podróże i czas na kawę z koleżankami.

Nic nie żałuję, a przeciwnie trochę mi szkoda tych, którzy stawiali na dzieci oraz wnuki, a teraz piszą do dzieci na Whatsappie i czekają tygodniami na odpowiedź. Ja takiego problemu nie mam i goryczy w ustach także nie.

Wysłuchałam Zosi i muszę przyznać ma w tym wszystkim sporo racji. Po co robić coś tylko dlatego, iż „tradycja”, skoro nie ma się na to ochoty? Może lepiej żyć dla siebie i nie czekać, aż ktoś poda nam szklankę wody albo herbatę na starość. Przecież można samemu nalać.

Idź do oryginalnego materiału