Niedawno pisaliśmy o Dniu Babci i Dziadka oraz o wnukach, którzy odwiedzają seniorów. Wielu dziadków wprost przyznaje, iż są zmęczeni sytuacjami, w których dorosłe dzieci i wnuki przyjeżdżają w gości, wręczają kwiaty lub czekoladki, a potem rozsiadają się w fotelach i czekają, aż wszystko zostanie im podane pod nos. Po publikacji tego tekstu odezwała się do nas pani Halina (imię zostało zmienione), która podzieliła się swoją historią.
REKLAMA
Zobacz wideo Lepszy urlop macierzyński niż żłobek za rogiem
Pani Halina ma 64 lata, jej mąż Tadeusz - 69. Są razem od siedmiu lat, od dwóch lat są małżeństwem. Jak podkreśla, nie ma pretensji do samego męża, ale coraz trudniej jest jej funkcjonować w relacjach z jego dorosłymi dziećmi i ich rodzinami.
"Problemem są dorosłe dzieci i wnuki mojego męża. Jeszcze nie mogę dojść do siebie po świętach. Tuż przed świętami córka męża, Joanna, zapowiedziała, iż przyjedzie na święta ze swoją rodziną. Nie zapytała, czy można, czy mamy jakieś plany. Przyjęłam to do wiadomości, bo nie pierwszy raz robią takie niespodzianki. Zrobiłam zakupy na dodatkowe osoby, zaplanowałam gotowanie, chociaż bardzo mi to nie pasowało, bo dwa miesiące wcześniej miałam operację kręgosłupa i nie czułam się najlepiej" - wyznaje nasza czytelniczka.
Jak się okazało, to był dopiero początek trudnych dni. Do domu pani Haliny przyjechała nie tylko zapowiadana rodzina. "Przyjechali w piątek i wtedy okazało się, iż pozostało jedna niespodzianka. Przyjechał też syn męża ze swoją rodziną i tak z czterech osób zrobiło się osiem. Byłam kompletnie zaskoczona, bo oni są miejscowi i zapraszałam ich tylko na wspólny obiad w niedzielę. Miałam pełną chatę przez prawie cztery dni, w tym czworo dzieci. Dla mnie to była udręka. Nikt choćby nie zapytał, czy w czymś pomóc, czy daję radę. Nic ze sobą nie przywieźli, bo przecież są w gościach i odpoczywają, a ja jestem na emeryturze. Mają swoje matki na miejscu, a koczowali u mnie, mąż jakby tego nie zauważał, doszło do ostrej rozmowy między nami. Pytanie, gdzie są granice? Czy wypada robić takie niespodzianki? Wpadać na obiad bez zaproszenia?" - zastanawia się kobieta.
Najbardziej boli jednak naszą czytelniczkę to, iż taka sytuacja powtarza się od lat, a próby stawiania granic kończą się pretensjami ze strony rodziny.
"Czuję się niezręcznie, bo muszę cudownie rozmnażać obiad, żeby wszystkim wystarczyło. Nie wiem, kim ja jestem dla tej rodziny - gosposią? Kiedy zamieszkałam tu siedem lat temu, chciałam pokazać, iż wiele umiem, gotowałam, piekłam ciasta. Wtedy synowa męża potrafiła wpaść bez zapowiedzi i zapytać: 'Co na obiad? Zostało coś? Wezmę na wynos, bo ty tak dobrze gotujesz'. Kiedy próbowałam postawić granice, była oburzona, iż oczekuję pomocy, bo ona pracuje i ma dzieci. Tylko iż ja też wtedy pracowałam, a wnukami męża opiekowałam się jak własnymi" - wyznaje.
"Nasz dom stał się pensjonatem z darmową obsługą"
Pani Halina przyznaje, iż szczególnie zabolały ją sytuacje, w których była pomijana podczas rodzinnych uroczystości, a jej wysiłek traktowano jak coś oczywistego.
"Rok temu przyjechali na Dzień Dziadka, dla mnie nie mieli nic, a synowa męża powiedziała, iż mam swoje wnuki. Zjedli obiad przygotowany przez mnie, tym razem nie upiekłam ciasta, to synowa powiedziała, iż jak chcemy coś słodkiego, to w Centrum Kultury jest kiermasz ciast. Wszyscy tacy wykształceni, a nie uczą ich podstawowych zasad kultury" - podkreśla.
Dziś coraz częściej zastanawia się, jak długo da się funkcjonować w takim układzie i czy ma prawo oczekiwać szacunku oraz jasnych zasad we własnym domu. W ostatnim fragmencie listu czytamy: Nasz dom stał się pensjonatem z darmową obsługą i tak kilka razy do roku, bo gdy rozważają, gdzie wyjechać na weekend, wakacje lub ferie, to choćby dzieci mówią, iż do dziadka bo tam jest za darmo. Są ludźmi zamożnymi i stać ich na zagraniczne wyjazdy, podczas gdy my żyjemy ze skromnych emerytur.
A Ty co o tym sądzisz? Masz ochotę dodać coś od siebie? Napisz na adres: klaudia.kierzkowska@grupagazeta.pl. Gwarantujemy anonimowość.









