Wydaje się, iż prawdziwymi ofiarami bezstresowego wychowania stali się nauczyciele. To oni muszą radzić sobie z konsekwencjami wychowywania dzieci w duchu "wszystko mi wolno, wszystko mi się należy". Po serii listów od nauczycieli uskarżających się na dzisiejszą młodzież napisała do nas Justyna, matematyczka z Poznania. Przeczytajcie, co ma do dodania, a jeżeli chcecie do nas napisać, czekamy na maile: mamadu@natemat.pl.
List od nauczycielki
Uczę matematyki w podstawówce, mam ponad 15 lat doświadczenia. Widzę, jak zmieniają się uczniowie, ale przede wszystkim widzę, jak zmienia się podejście rodziców. Coraz częściej mam wrażenie, iż dzieci nie muszą niczego – nie muszą być uprzejme, nie muszą się starać, nie muszą choćby zachowywać się przyzwoicie. A jeżeli nauczyciel zwróci im uwagę? To jego wina, bo "na pewno sprowokował".
Niedawno miałam sytuację, która dosłownie mnie zamurowała.
Jeden z uczniów w mojej klasie znany jest z tego, iż nie przejmuje się żadnymi zasadami. Na lekcjach głośno komentuje wszystko, co się dzieje, nie zapisuje notatek, ignoruje moje prośby. Pewnego dnia, gdy znów rozmawiał z kolegą w trakcie tłumaczenia nowego materiału, powiedziałam stanowczo: "Dość tych rozmów, skupcie się na lekcji".
Popatrzył na mnie i prychnął: "Bo co?".
Zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Spróbowałam spokojnie wytłumaczyć, iż w klasie obowiązuje szacunek, iż nie rozmawiamy, kiedy ktoś mówi. Że uczymy się ważnych rzeczy, które będą na egzaminie ósmoklasisty. W odpowiedzi usłyszałam tylko: "No i co mi pani zrobi? Nic mi nie może pani zrobić".
I miał rację.
Później dostałam wiadomość od jego ojca. Nie żeby przeprosić za syna. Nie żeby wyjaśnić sytuację.
"Proszę powiedzieć, co dokładnie zrobiła pani, iż moje dziecko w ten sposób zareagowało? Bo syn mówi, iż była pani bardzo niemiła. Dzieci nie reagują tak bez powodu".
To ja musiałam się tłumaczyć. Nie uczeń, który zachował się bezczelnie. Nie ojciec, który może mógłby porozmawiać z synem o tym, jak traktować dorosłych. Ja. Bo miałam czelność wymagać szacunku i ciszy w trakcie lekcji.
I tak to wygląda. Rodzice, którzy nie wyznaczają dzieciom żadnych granic, nie akceptują też żadnych granic w szkole. Wychowują dzieci w przekonaniu, iż nikt i nic nie ma prawa od nich czegokolwiek wymagać. Że nauczyciel nie jest po to, by uczyć, ale żeby spełniać zachcianki ich dzieci i broń Boże nie wywoływać u nich żadnego dyskomfortu.
Tylko czy rodzice, którzy tak gorąco bronią swoich dzieci przed każdą "niesprawiedliwością", pomyślą o tym, zanim będzie za późno?