Oj dziewczyno, na próżno go wypatrujesz, nie ożeni się.
Zuzia miała zaledwie szesnaście lat, kiedy zmarła jej mama. Ojciec wyjechał do Warszawy już przed siedmioma laty za chlebem, ale przepadł na dobre. Ani listu, ani grosza.
Na pogrzebie pomogła cała wieś; każdy, czym mógł. Ciocia Jadwiga, matka chrzestna Zuzi, często do niej zaglądała, pouczała, co i jak należy zrobić. Jakiś czas później Zuzia skończyła szkołę, a sąsiadka załatwiła jej pracę na poczcie w pobliskiej wsi.
Zuzia była dziewczyną rześką, o takiej mówią: zdrowa jak rydz. Okrągła twarz, rumiane policzki, kartoflany nosek, ale oczy szare, błyszczące. Gruby jasny warkocz aż do pasa.
Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był Tomek. Od dwóch lat wrócił z wojska i dziewczyny na niego wręcz polowały. choćby mieszczanki, które przyjeżdżały na wakacje do ciotek, nie przechodziły obok niego obojętnie.
Tomkowi nie pasowała sielska codzienność; bardziej nadawał się do filmów w Hollywood niż do jazdy ciężarówką po wsiach. Nie spieszył się z wyborem narzeczonej.
Pewnego dnia ciocia Jadwiga poprosiła Tomka, by pomógł Zuzi naprawić płot, bo zaczął się przewracać. Bez męskiej ręki trudno we wsi gospodarzyć. Zuzia z warzywnikiem radziła sobie świetnie, ale z domem już nie bardzo.
Nie zastanawiał się długo, tylko przyszedł, obejrzał i zaczął zarządzać: przynieś młotek, podaj gwoździe, pobiegnij po deskę. Zuzia bez słowa wszystko mu donosiła.
Policzki jej czerwieniały jeszcze bardziej, a warkocz wił się po plecach jak szalony. Kiedy Tomek się zmęczył, Zuzia częstowała go gorącym barszczem, mocną herbatą, a sama patrzyła, jak z apetytem gryzie czarny chleb.
Przez trzy dni Tomek naprawiał płot, a czwartego przyszedł do Zuzi po prostu w odwiedziny. Nakarmiła go wieczerzą, pogadali, i został u niej na noc. Potem bywał regularnie. Przychodził przed świtem, żeby sąsiedzi nie widzieli. Ale wiadomo, we wsi nic się nie ukryje.
Oj dziewczę, na próżno go witasz, nie ożeni się powtarzała ciocia Jadwiga. A i jak się ożeni, to się z nim naumęczysz. Mieszkanki przyjadą latem, co wtedy? Zazdrość cię zje. Nie takiego ci trzeba chłopaka.
Ale czy zakochana młodość słucha rozsądnej starości?
Potem Zuzia poczuła się inaczej. Na początku myślała, iż przeziębiła się albo coś jej zaszkodziło. Osłabienie, mdłości. Aż jak obuchem po głowie przyszło jej doświadczyć, iż jest w ciąży z przystojnym Tomkiem.
Szaleńczo chciała się pozbyć dziecka. Jeszcze za wcześnie, żeby być matką! Ale zaraz potem uznała, iż to lepiej. Sama nie będzie.
Mama ją wychowała, to i ona sobie poradzi. Pożytku z ojca wielkiego nie miała, bo tylko pił. Ludzie pogadają i przestaną.
Wiosną, gdy zdjęła kożuch, cała wieś widziała już brzuch wystający. Ludzie kręcili głowami, biadali, iż bieda przez dziewczynę przeszła. Tomek przyszedł sprawdzić, co zamierza.
Co mam robić? Urodzę. Ty się nie przejmuj, sama wychowam dziecko. Żyj po swojemu powiedziała i zanurzyła się w kuchni. Tylko czerwone płomienie z paleniska tańczyły na jej policzkach i w oczach.
Tomek patrzył nią zauroczony, ale poszedł. Sama rozstrzygnęła sprawę. Ściągnęła z siebie odpowiedzialność, jak woda z kaczki. Nadeszło lato; zjechały miejskie piękności. Tomkowi przestało zależeć.
Zuzia w ogródku dłubała, ciocia Jadwiga przychodziła pomagać w przerywkach. Z brzuchem coraz ciężej było się schylać, wiadra z wodą dźwigała z trudem. Brzuch ogromny, sąsiadki wróżyły jej narodziny silnego chłopca.
Kogo Pan Bóg da żartowała Zuzia.
We wrześniu obudził ją świdrujący ból w brzuchu, jakby miała pęknąć. Ból ustawał i wracał. Pobiegła do cioci Jadwigi. Ta od razu wiedziała o co chodzi.
Już? Siedź, zaraz wracam! i wybiegła z domu.
Pobiegła do Tomka. Ciężarówka stała już pod domem, letnicy dawno wrócili do miast. Na złość, Tomek poprzedniego dnia zabalował nieco.
Ciocia Jadwiga potrząsnęła nim. Patrzył nieprzytomnie, nie rozumiał co się dzieje, gdzie jechać. Gdy zrozumiał, aż się wykrzyczał:
Toż to dziesięć kilometrów do szpitala! Zanim lekarza znajdziemy, ona urodzi dziecko! Jedźmy od razu! Szykuj ją!
Ale ciężarówką? Roztrzęsiesz całą, jeszcze po drodze dziecko wyjmiesz! lamentowała ciotka.
Pojedziesz z nami, na wszelki wypadek uciął.
Dwa kilometry przez dziurawą drogę jechał ostrożnie. Jedną dziurę ominie, to zaraz wpadnie w drugą. Ciocia Jadwiga siedziała w skrzyni na worku. Gdy dojechali do asfaltu, pojechało się lżej.
Zuzia siedziała obok, gryzła wargę, by nie jęczeć, brzuch trzymała w objęciach. Tomek momentalnie wytrzeźwiał.
Patrzy ukradkiem na Zuzę, szczęki mu drżą, kostki palców białe, reszta świata nie istnieje.
Zdążyli. Zostawili Zuzę w szpitalu; wrócili. Całą drogę ciocia Jadwiga złościła się na Tomka:
Czemu życie dziewczynie zepsułeś?! Sama, bez rodziców, dziecko jeszcze, a już kłopotów jej narobiłeś! Jak ona sobie poradzi?
Jeszcze nie dojechali do wsi, a Zuzia była już matką zdrowego chłopca. Rankiem przynieśli jej go do karmienia. Nie wiedziała, jak trzymać, jak przystawiać do piersi.
Patrzyła zlękniona w pomarszczoną, czerwoną buzię synka. Gryzła znów wargę, robiła, co kazali.
Serce jej tętniło radością. Oglądała, cmokała w czoło, gdzie cienkie włoski się sterczą. Cieszyła się, nieudolna jak nowicjuszka.
Przyjadą po ciebie? spytał surowo starszy lekarz przed wypisem.
Zuzia wzruszyła ramionami i pokręciła głową:
Raczej nie.
Lekarz westchnął i odszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, żeby tylko do domu dowieźć. Kazała oddać po powrocie.
Feliś cię zawiezie do wsi szpitalną nyssą. Nie będziesz przecież z niemowlakiem jechać PKS-em! powiedziała z dezaprobatą.
Zuzia podziękowała. Szedła korytarzem, głowę nisko, cała czerwona ze wstydu.
Jechała, tuląc dziecko do piersi, martwiąc się jak teraz będzie żyć.
Zasiłek macierzyński mizerny, w złotówkach tyle, co kot napłakał. Żal jej było siebie i niewinnego synka. Spojrzała na pomarszczone liczydło śpiącego bobaska i czułość wygnała ciężkie myśli.
Nagle samochód stanął. Zuzia spojrzała zaniepokojona na Feliksa; nie wysoki, pięćdziesiątka na karku.
Co się stało?
Dwa dni deszcz lał. Popatrz jakie kałuże, ani przejechać, ani objechać. Zakopię się tu. Tylko ciężarówką, albo traktorem.
Przepraszam. Niedaleko, jakieś dwa kilometry zostały. Dasz radę? wskazał na drogę, gdzie jezioro kałuża bez końca.
Dziecko spało. Sama siedząc już miała dość. Chłopak, istne chłopisko. Iść taką drogą?
Ostrożnie wyszła, poprawiła synka i poszła po brzegu ogromnej kałuży. Stopy ugrzęzły po kostki w błocie, łatwo się przesunąć.
Stare rozchlaptane buty chlupotały. Gdyby wiedziała, w gumowcach do szpitala by się wybrała. Jeden but został w błocie. Zuzia przystanęła, rozważała co robić. Z synkiem nie wyciągnie się. Poszła dalej w jednym bucie.
Gdy dotarła do wsi, było już szaro, nogi zgrabiałe od chłodu. Nie miała siły dziwić się, iż w oknach paliły się światła.
Weszła na suche, gładkie schody. Stopy zmarznięte, a cała spocona od wysiłku. Otworzyła drzwi i zastygła.
Pod ścianą łóżeczko dziecięce, wózek, a w nim poukładane piękne ubranka. Za stołem Tomek głowa na ramionach, śpi.
Chyba poczuł albo spojrzenie zawadziło, podniósł głowę. Zuzia, rozczochrana, czerwona, z dzieckiem na rękach, ledwo stała w progu. Sukienka cała mokra, nogi po kolana w błocie, co w butach.
Gdy zobaczył, iż w jednym bucie, rzucił się, wziął dziecko, położył w łóżeczku. Sam zabrał się do pieca, wyciągał garnek z gorącą wodą.
Usadził ją, pomógł rozebrać się, umył nogi. Gdy dziewczyna przebierała się za piecem, na stole już gotowane ziemniaki, dzbanek z mlekiem.
Dziecko zapłakało. Zuzia podeszła, wzięła na ręce, usiadła przy stole i bez wstydu zaczęła karmić.
Jak nazwałaś? spytał ochrypłym głosem Tomek.
Staś. Nie masz nic przeciwko? podniosła swoje jasne oczy.
W nich tyle żalu i miłości, aż Tomkowi ścisnęło się serce.
Ładne imię. Jutro idziemy zarejestrować malca i się od razu pobierzemy.
Nie trzeba Zuzia zaczęła, patrząc jak syn ssie pierś.
Mój syn musi mieć ojca. Koniec ze swawolą. Jaki ze mnie mąż będzie, nie wiem, ale syna nie zostawię.
Zuzia skinęła głową, nie podnosząc oczu.
Za dwa lata urodziła się jeszcze dziewczynka, dali jej na imię Krystyna, po mamie Zuzi.
Nie ma znaczenia, jakie błędy popełnisz na początku życia; ważne, iż można je naprawić
Takie to moje życie. Może ktoś z Was przeżył coś podobnego? Napiszcie, co myślicie.








