Oj dziewczyno, na próżno się z nim wiążesz, ślubu nie będzie.
Warię spotkała ciężka dola miała zaledwie szesnaście lat, gdy odeszła jej matka. Ojciec, dawno temu, ruszył za chlebem do Warszawy i przepadł bez wieści. Listu od niego nikt nie dostał, złotówki nie przysłał.
Cała wieś pomogła przy pogrzebie; kto czym mógł, ten dorzucił. Ciotka Maria, chrzestna Warii, często do niej zachodziła, doglądała i pouczała, co robić. Gdy skończyła podstawówkę, polecono ją do pracy na poczcie w sąsiednich Koszalinach.
Waria była dziewczyną krzepką, jak to się mawiało zdrowa jak rydz. Miała okrągłą, rumianą twarz, nos jak kartofel, ale za to oczy szare, bystre. Gruba, jasna warkocz aż po pas.
Za najprzystojniejszego chłopaka we wsi uchodził Nikodem. Minęły dwa lata, odkąd wrócił z wojska, dziewczyny za nim szalały, choćby te z miasta, które przyjeżdżały na wakacje do rodzin.
Z takim wyglądem powinien grać w filmach, nie kierować autobusem na wsi. Miał jeszcze czas, narzeczoną wybierać nie chciał.
Wtedy właśnie ciotka Maria poszła do Nikodema, by pomógł Warii z furtką zniszczyła się, groziła zawaleniem. Bez męskiej ręki na wsi trudno żyć. Waria z ogródkiem radziła sobie, choć z domem szło jej ciężko.
Bez zbędnych ceregieli zgodził się pomóc. Przyszedł, obejrzał i zaczął dowodzić: to przynieś, tam biegnij, daj, podaj. Waria wszystko przynosiła, bez słowa.
Tylko policzki jej jeszcze bardziej czerwieniały, a warkocz bujał na plecach raz w jedną, raz w drugą stronę. Kiedy się zmęczył, częstowała go rosołem i mocną herbatą. Patrzyła, jak białymi zębami kroi czarny chleb.
Trzy dni Nikodem naprawiał płot, czwartego przyszedł już tylko w gości. Waria podała mu kolację, słowo do słowa został na noc. Potem bywał już regularnie. O świcie wychodził, by nikt nie widział. Ale na wsi tajemnic długo nie ma.
Oj, dziewczę, na darmo się z nim uśmiechasz, ślubu nie zobaczysz. choćby jeżeli się pobierzecie, to się namęczysz. Jak przyjdzie lato, miejskie piękności przyjadą, co zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie taki chłopak ci potrzebny mówiła jej ciotka Maria.
Ale zakochana młodość nie słucha starej, doświadczonej duszy.
Z czasem Waria zrozumiała, iż jest w stanie błogosławionym. Najpierw myślała, iż się przeziębiła czy zatruła. Słabość, mdłości dokuczały. A potem jak obuchem w głowę przyszło poznanie, iż pod sercem nosi dziecko Nikodema.
Złego ducha podkusiło ją, by się go pozbyć za wcześnie na dziecko. Ale gwałtownie pomyślała, iż tak będzie lepiej. Nie będzie sama.
Matka ją wychowała, ona też da radę. Ojca więcej szkody niż pożytku, tylko pił. Ludzi pogadają i zapomną.
Wiosną, gdy kurtkę zdjęła, wszyscy we wsi dostrzegli ciążowy brzuch. Kiwanie głowami, iż nieszczęście przydarzyło się dziewczynie. Nikodem oczywiście przyszedł zapytać, co zamierza.
A co innego? Urodzę. Nie martw się, dam radę sama. Żyj, jak żyłeś rzuciła i zabrała się do pieca. Tylko czerwone blaski ognia w oczach i na policzkach igrały.
Nikodem popatrzył, zakochał się na nowo, ale poszedł. Postanowiła sama. Z niego wszystko spływało, jak woda z gęsi. Latem znów przyjechały miejskie dziewczyny, dla Nikodema Waria poszła w cień.
A ona dłubała w ogródku, a ciotka Maria przychodziła pomagać pielić. Z brzuchami trudno się schylać. Wody ze studni dźwigała po pół wiadra. Brzuch miała ogromny, baby wróżyły jej siłacza.
Kogo Bóg da żartowała Waria.
W połowie września, rano, obudziła się z ostrym bólem jakby miał rozciąć brzuch na pół. Ból ustał, ale znów wrócił. Pobiegła do ciotki Marii. Ta od razu zrozumiała, co się święci.
Już czas? Poczekaj, zaraz wracam. Wyskoczyła z domu.
Pobiegła do Nikodema. Pod domem ciężarówka, letnicy już dawno odjechali. A on, akurat poprzedniego dnia, popił.
Ciotka Maria obudziła go siłą. Nikodem rozbudzony, nie pojmuje, co się dzieje. Gdy zrozumiał, krzyknął:
Do szpitala mamy dziesięć kilometrów! Zanim doktora sprowadzę, zanim wrócimy, dziecko już się urodzi. Trzeba wieźć od razu! Szykuj ją.
Ale czym, ciężarówką? Roztrzęsiesz ją całą, w drodze dziecko będziesz odbierać lamentowała ciotka.
To pojedziesz z nami, w razie czego odpowiedział stanowczo.
Dwa kilometry rozbitej drogi jechali ostrożnie. Z jednej dziury wyjadą, w drugą wpadną. Ciotka Maria siedziała w bagażniku na worku. Gdy dotarli do asfaltu trochę szybciej.
Waria wiła się z bólu na siedzeniu, zaciskała wargi, trzymała brzuch. Nikodem od razu otrzeźwiał.
Zerkając na nią, zauważył, iż zgryz tężeje, a palce na kierownicy są białe. Myśli swoje.
Zdążyli. Zostawili Warię w szpitalu i wrócili. Całą drogę ciotka Maria zbesztywała Nikodema:
Po co dziewczynie życie zmarnowałeś?! Sama, bez rodziny, sama jeszcze dziecko, a zmartwień jej dołożyłeś. Jak ona sama z dzieckiem sobie poradzi?
Auto ledwo wróciło do wsi, a Waria została matką zdrowego, silnego chłopca. Następnego dnia przynieśli go do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć w ręce, jak przyłożyć do piersi.
Patrzyła zlękniona na czerwone, pomarszczone oblicze synka. Zacisnęła znów usta i robiła, co jej kazano.
Ale serce skakało z radości. Oglądała go, dmuchała na czoło, gdzie cienkie włoski stoją, cieszyła się, choć nieporadnie.
Przyjadą po ciebie? zapytał surowo starszy lekarz przed wypisem.
Waria wzruszyła ramionami, pokręciła głową.
Raczej nie.
Lekarz westchnął, wyszedł. Pielęgniarka owinęła dziecko w szpitalny koc, byle dowieźć do domu. Kazała koc zwrócić.
Felek cię odwiezie szpitalnym autem do wsi. Z niemowlęciem nie pojedziesz autobusem powiedziała, surowo.
Waria podziękowała. Szła korytarzem szpitala z głową spuszczoną, cała czerwona ze wstydu.
Jadąc autem, tuląc synka, martwiła się, jak teraz będą żyć.
Zasiłek macierzyński marny, ledwie na życie starcza. Szkoda jej było siebie i synka, co nic winny. Ale spojrzała na pomarszczony, śpiący buziak serce rozlało się czułością, odpędziła ciężkie myśli.
Nagle samochód się zatrzymał. Waria spojrzała zaniepokojona na Felka, niewysokiego, starszego pana.
Co się stało?
Dwa dni lało. Patrz, jakie kałuże ani przejechać, ani obejść. Stanę, bo utknę. Tylko ciężarówka albo traktor by przejechały.
Przepraszam. Niedaleko, jeszcze jakieś dwa kilometry. Dasz radę dojść? Wskazał na drogę, gdzie kałuża jak jezioro.
Dziecko śpi na rękach. Siedząc już się zmęczyła trzymać. Jednym słowem siłacz. Ale jak z nim iść taką drogą?
Wysiadła ostrożnie, wzięła synka wygodniej, ruszyła przy brzegu kałuży. Stopy w błocie aż po kostki, ledwie nie upadła.
Stare, rozdeptane trzewiki chlupoczą. Gdyby wiedziała, w gumowcach by pojechała do szpitala. Jeden but został w błocie, Waria przystanęła, nie dało się wyciągnąć z dzieckiem na rękach. Poszła dalej w jednym bucie.
Gdy dotarła do wsi, zmierzchało, nóg nie czuła z zimna. Nie miała siły się dziwić, iż w oknach pali się światło.
Weszła na suche, równe schodki. Stopy zamarzły, a cała spocona od wysiłku. Otworzyła drzwi i zastygła.
Przy ścianie stało dziecięce łóżeczko, wózek, na nim schludne ubranka na malucha. Nikodem przy stole, głowę na rękach, spał.
Czy usłyszał, czy poczuł jej wzrok, podniósł głowę. Waria rozczochrana, zarumieniona, z dzieckiem na rękach stała w progu. Sukienka cała mokra, nogi po kolana w błocie, co w bucikach.
Gdy zobaczył, iż w jednym bucie, rzucił się, zabrał dziecko, położył w łóżeczku. Sam do kuchni, garniec gorącej wody wyjął.
Posadził ją, pomógł rozebrać, nogi umyć. Kiedy przebrała się za piecem, na stole już stały gotowane ziemniaki i dzban z mlekiem.
Dziecko zapłakało. Waria podbiegła, wzięła w ramiona, usiadła przy stole, karmiła bez wstydu.
Jak go nazwałaś? spytał Nikodem ochrypłym głosem.
Marcel, nie masz nic przeciwko? Waria podniosła jasne, szare oczy.
Tyle w nich było tęsknoty i miłości, aż serce Nikodema ścisnęło.
Piękne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy syna i od razu się pobierzemy.
Nie trzeba zaczęła, patrząc na ssącego malucha.
Mój syn musi mieć ojca. Koniec hulanki. Nie wiem, jakim będę mężem, ale syna nie zostawię.
Waria skinęła głową, nie podnosząc oczu.
Po dwóch latach urodziła im się dziewczynka. Nazwali ją po matce Warii Jadwiga.
Nieważne, jakie błędy popełnisz na początku życia, ważne, iż można je naprawić
Ot, taka była historia. Co o niej myślicie? Napiszcie w komentarzach i zostawcie polubienie.









