Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się z tobą Wari dopiero co stuknęło szesnaście lat, gdy odeszła jej mama. Ojciec siedem lat temu wyjechał do pracy w mieście i przepadł – żadnych wieści, żadnych pieniędzy. Cała wieś pomagała przy pogrzebie, wspierali jak mogli. Ciotka Maria, matka chrzestna Wari, często do niej zaglądała, doradzała co i jak. Po ukończeniu szkoły Warę zatrudniono na poczcie w sąsiedniej wsi. Waria to zdrowa dziewczyna, o której mówi się, iż „krew z mlekiem”. Twarz okrągła i rumiana, nos zadarty, za to oczy szare, błyszczące. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był uznawany za takiego Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska i dziewczyny nie dawały mu spokoju. choćby te z miasta, co na wakacje przyjeżdżały do wsi, zwracały na niego uwagę. Lepsza byłaby sława aktora w Hollywood, niż praca kierowcy na wsi. Nie wyszalał się jeszcze, nie był zainteresowany wyborem narzeczonej. Aż pewnego dnia ciotka Maria poprosiła go o pomoc przy naprawie ogrodzenia u Wari. Bez męskiej ręki trudno żyć na wsi. Z warzywnikiem dawała radę, ale dom już potrzebował wsparcia. Bez gadania zgodził się pomóc. Przyszedł, obejrzał, zaczął zarządzać: przynieś to, podaj tamto. Waria ze spuszczonym wzrokiem wszystko mu podawała. Tylko policzki coraz bardziej czerwieniały, a warkocz latał za plecami. Kiedy zmęczył się pracą, karmiła go sytym barszczem i mocną herbatą. Sama patrzyła, jak czarny chleb gryzie swoimi białymi zębami. Nikodem trzy dni naprawiał ogrodzenie, a czwartego dnia przyszedł już bez powodu – w gości. Waria nakarmiła go kolacją, od słowa do słowa został na noc. Tak już zaczął do niej chadzać. Zawsze szedł do domu o świcie, by nikt nie zauważył. Tylko na wsi nic się nie ukryje… — Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, on się nie ożeni. A jakby się ożenił, to się z nim namęczysz. Jak lato przyjdzie, znów najadą miejskie piękności, co zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie takiego chłopaka ci trzeba — powtarzała ciotka Maria. Ale młodość zakochana nie słucha mądrości, co płyną z latami. Potem Waria zrozumiała, iż jest w ciąży. Najpierw myślała, iż się rozchorowała albo zatruła. Słabość, mdłości, aż pewnego dnia dotarło do niej, iż nosi pod sercem dziecko Nikodema. Grzesznym myślą chciała się pozbyć, za wcześnie na dziecko. Ale potem pomyślała, iż będzie jej lepiej, bo nie będzie sama. Mama ją wychowała, sama też da radę. Ojciec, gdyby był, i tak więcej przeszkadzał niż pomagał. Ludzie pogadają, potem zapomną. Na wiosnę zdjęła kożuszek i wszyscy zobaczyli jej brzuch. Kręcili głowami: bieda z dziewczyną. Nikodem oczywiście przyszedł zapytać, co zamierza. — A co tu zrobić? Urodzę. Nie martw się, wychowam sama. Żyj jak chcesz — powiedziała, zajmując się piecem. Tylko płomienie od ognia tańczyły jej na czerwonych policzkach i w oczach. Nikodem patrzył, zachwycony, ale wyszedł. Sama zdecydowała, jego to nie ruszyło. Nastało lato, znów zjechały miejskie dziewczyny, Nikodem miał inne zajęcia. A Waria ogarnia ogródek, ciotka Maria pomaga, bo z dużym brzuchem ciężko się schylać. Wiadra wody z studni ciągnie. Brzuch wielki, baby na wsi przepowiadają jej syna – mocarza. — Kogo Bóg da — żartuje Waria. We wrześniu obudziła się skoro świt z rwącym bólem. Biegła do ciotki Marii. Ta od razu zrozumiała, co się dzieje. — Już rodzi? Siedź, zaraz wracam! Pobiegła po Nikodema. Stoi jego ciężarówka pod domem. Działkowicze już wyjechali. On, jak na złość, poprzedniego dnia nieźle wypił. Długo go budziła. Dopiero, gdy zrozumiał, co się dzieje, krzyknął: — Przecież do szpitala mamy dziesięć kilometrów! Zanim po lekarza, zanim wrócę, urodzi sama! Jedziemy! Pakuj ją. — Jak ciężarówką? Roztrzęsiesz ją całą, jeszcze po drodze malucha będziesz łapał! — wołała ciotka Maria. — To pojedziesz z nami, na wszelki wypadek — rzucił Nikodem. Dwa kilometry jechali ostrożnie po dziurawej drodze. Ciotka Maria w szoferce na worku. Jak dotarli do asfaltu, ruszyli szybciej. Waria krzywiła się z bólu, trzymała brzuch, gryząc wargę, żeby nie jęczeć. Nikodem całkiem wytrzeźwiał – patrzył na dziewczynę, aż ręce mu bielały od ściskania kierownicy. Zdążyli. Oddali Warę do szpitala i pojechali z powrotem. Całą drogę ciotka Maria strofowała Nikodema: — Po co zepsułeś dziewczynie życie?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty jej dołożyłeś zmartwień. Jak ona sobie poradzi z dzieckiem? Mimo wszystko, zanim dotarli do wsi, Waria została matką zdrowego synka. Następnego dnia przynieśli jej go do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć, jak nakarmić. Patrzyła przestraszonymi oczami na czerwone, pomarszczone dziąsła synka. Zagryzając wargę, robiła, co kazali. Ale serce miała pełne radości. Oglądała, dmuchała w czoło synka, cieszyła się jak niedoświadczona mama. — Po ciebie ktoś przyjedzie? — zapytał surowy, starszy lekarz. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową: — Raczej nie. Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, byleby tylko do domu dowieźć, kazała oddać potem. — Fedor szpitalnym samochodem cię odwiezie do wsi. Niech cię z dzieckiem nie wpychają do autobusu — powiedziała oschle. Waria jej podziękowała. Szła korytarzem ze spuszczoną głową, cała czerwona ze wstydu. W samochodzie tuliła synka, martwiąc się o dalsze życie. Zasiłek tak skromny, iż ledwo kot by zapłakał. Żal jej i siebie, i niewinnego synka. Ale patrzyła na śpiącego, zmiętego malucha i poczuła przypływ tkliwości – odgoniła złe myśli. Nagle auto stanęło. Warę zaniepokoił Fedor, niezbyt wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. — Co się stało? — Dwa dni lało, patrz jakie kałuże. Nie przejadę, utkniemy. Tu tylko ciężarówką albo traktorem. — Przepraszam, zostały dwa kilometry. Dasz radę dojść? — Wskazał na drogę, gdzie rozlała się ogromna kałuża. Dziecko spało na rękach. choćby siedząc zmęczyła się je trzymać — prawdziwy mocarz. Ale jak przejść taką drogą? Ostrożnie wysiadła, przestawiła wygodniej synka i ruszyła brzegiem kałuży. Nogi grzęzły w błocie po kostki, strach, iż się poślizgnie. Stare, rozchodzone pantofle chlupały. Lepiej by było w kaloszach jechać do szpitala. Jeden but utknął w błocie, Waria się zatrzymała. Iść dalej z dzieckiem na rękach nie da rady. Poszła więc w jednym bucie. Gdy dotarła do wsi, zapadał zmierzch, nóg nie czuła z zimna. Nie miała już sił się dziwić, iż światło się pali w oknach. Stanęła na suchych schodach. Nogi zlodowaciałe, ale cała spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi do chaty i zastygła. Przy ścianie stało łóżeczko dziecięce, wózek z nowymi ubrankami dla dziecka złożonymi w środku. Przy stole Nikodem z głową opartą o ręce – spał. Może coś usłyszał, może poczuł jej spojrzenie, podniósł głowę. Waria cała czerwona, rozczochrana, z dzieckiem na rękach ledwo stała w drzwiach. Sukienka mokra od błota, a nogi po kolana w mule. Jeden but zgubiony. Jak tylko to zobaczył, rzucił się, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam poleciał do pieca po kocioł gorącej wody. Usadził Warę, pomógł się rozebrać, umyć nogi. Gdy ubierała się za kuchnią, na stole czekały już ziemniaki i dzbanek mleka. Nakarmić musiała synka — niemowlę zapłakało. Wzięła go, usiadła do stołu i zaczęła karmić bez skrępowania. — Jak go nazwałaś? — zapytał chrapliwym głosem Nikodem. — Sergiusz. Nie masz nic przeciwko? — spojrzała na niego jasnymi oczami. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, aż Nikodemowi ścisnęło się serce. — Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy syna i od razu się pobierzemy. — Nie trzeba… — powiedziała Waria, patrząc jak maluch ssie pierś. — Mój syn musi mieć ojca. Koniec – wyszalałem się. Jaki ze mnie będzie mąż, nie wiem, ale syna nie zostawię. Waria skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach mieli jeszcze córeczkę, dali jej imię po mamie Wari – Nadzieja. Ważne, jakie błędy popełnisz na początku życia, najważniejsze, iż zawsze możesz je naprawić… Taka oto historia się wydarzyła. Napiszcie w komentarzach, co o niej sądzicie. Zostawcie lajka.

newskey24.com 1 godzina temu

Oj, dziewczyno, na próżno go tak witasz, nie ożeni się.

Gdy babcia zmarła, Zofia miała zaledwie szesnaście lat. Ojca nie było już od siedmiu lat pojechał do Warszawy na zarobek i przepadł bez śladu. Ani wiadomości, ani pieniędzy od niego.

Wszystkim we wsi rękę do pomocy wyciągnęli przy pogrzebie. Każdy co mógł, przyniósł, przyszedł, wsparł. Ciocia Helena, chrzestna Zofii, często do niej zaglądała, przypominała, jak żyć, jak gospodarzyć. Po ukończeniu szkoły podstawowej znalazła jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi.

Zofia była zdrową, rumianą dziewczyną, takich na wsi nazywa się krew z mlekiem. Twarz okrągła, nos kartoflany, szare oczy błyszczące, a gruby jasny warkocz sięgał bioder.

Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był Bartłomiej. Dwa lata temu wrócił ze służby wojskowej. Dziewczyny za nim szalały choćby te z miasta, które przyjeżdżały na wakacje, patrzyły tylko na niego.

Pracował jako kierowca we wsi, ale spokojnie mógłby za rolę w filmach się brać. Nie nacieszył się jeszcze wolnością, nie spieszył się z wyborem żony.

Przyszła do niego raz ciocia Helena, poprosiła, by pomógł Zofii płot poprawić, bo się już walił. Bez męskiej ręki ciężko było żyć we wsi. Z ogródkiem Zofia radziła sobie, ale z domem nie dawała rady.

Zgodził się bez większych rozmów. Przyszedł, obejrzał i zaczął rozkazywać: to przynieś, tam przynieś, podaj, pomóż. Zofia bez słowa wszystko mu nosiła.

Tylko policzki coraz bardziej czerwone, a warkocz latał jej z boku na bok. Jak się Bartłomiej zmęczył, to zaraz go nakarmiła solidnym barszczem, napoiła mocną herbatą. Sama zaś patrzyła, jak podgryza czarny chleb swoimi białymi zębami.

Trzy dni naprawiał Bartłomiej płot, a czwartego dnia po prostu przyszedł w gości. Znów go nakarmiła, pogadali, i został na noc. Potem chodził już częściej. Przychodził przed świtem, żeby nikt nie widział. Ale przecież na wsi wszystko się zaraz rozchodzi.

Oj, dziewczyno, na próżno go tak witasz, nie ożeni się. A jak i ożeni, to się z nim namęczysz. Przez lato miejskie dziewczyny przyjadą, co wtedy zrobisz? Zazdrość cię zeżre. Nie taki ci chłopak jest potrzebny, mówiła ciocia Helena.

Ale czy zakochana młodość słucha doświadczonej starości?

Z czasem zrozumiała, iż jest w ciąży. Najpierw myślała, iż się przeziębiła albo coś zjadła nie tego. Słabość i mdłości narastały. Potem przyszła świadomość, iż pod sercem nosi dziecko Bartłomieja.

Miałam choćby grzeszną myśl, by się tego pozbyć, bo za wcześnie mi na dziecko. Ale pomyślałam: trudno, nie będę już sama. Mama mnie wychowała, ja też dam radę. Ojciec i tak nie był wielkim wsparciem, tylko mu w głowie było piwo. Ludzie pogadają, potem zapomną.

Gdy wiosną zdjęła kożuch, wszyscy we wsi zobaczyli, iż Zofia ma wyraźny brzuch. Głową kiwają, mówią, iż bieda z dziewczyną się stała. Bartłomiej przyszedł raz, żeby dowiedzieć się, co zamierza.

Co mi zostało? Urodzę. Nie martw się, dziecko sama wychowam. Żyj jak żyłeś powiedziałam i zabrałam się do pieca. Tylko w oczach rozbłysły czerwone od ognia iskry.

Bartłomiej popatrzył, zamyślił się, ale wyszedł. Sama sobie wszystko postanowiłam. Jak woda po gęsi. Lato przyszło, miejskie dziewczyny zjechały, Bartłomiej nie miał dla mnie czasu.

A ja pracowałam w ogródku, Helena mi pomagała plewić. Z takim brzuchem trudno się schylać. Wodę z studni po pół wiadra dźwigałam. Brzuch był spory, baby z wioski wróżyły mi silnego syna.

Kogo Bóg da, żartowałam.

W połowie września obudziłam się z potwornym bólem, jakby mi brzuch ktoś rozciął. Ból gwałtownie ustał, ale za chwilę wrócił. Pobiegłam do cioci Heleny. Zobaczyła mnie, od razu zrozumiała.

Już? Siedź, zaraz wrócę. Wybiegła z domu.

Pobiegła do Bartłomieja. Jego ciężarówka stała obok domu. Działkowicze już wyjechali swoimi autami. A on, na złość, poprzedniego dnia sporo wypił.

Obudziła go ciocia Helena. Bartłomiej nagle się ocknął, nie rozumie, co się dzieje, gdzie jechać. A jak zrozumiał, krzyknął:

Do szpitala przecież z dziesięć kilometrów! Zanim lekarz, zanim wrócę, ona już urodzi! Muszę od razu ją zawieźć! Szykuj ją!

Ale jak ciężarówką? Roztrzęsiesz ją jeszcze, dziecko urodzi po drodze! krzyczała Helena.

To pojedziesz z nami, na wszelki wypadek powiedział i nie odstąpił od swego.

Dwa kilometry dziurawą drogą jechał bardzo ostrożnie. Jedną kałużę ominął, zaraz w kolejną wjechał. Ciocia Helena siedziała w skrzyni na worku. Gdy wjechali na asfalt, ruszyli szybciej.

Siedziałam obok, zagryzając wargi, żeby nie jęczeć, trzymałam rękami brzuch. Bartłomiej od razu wytrzeźwiał.

Patrzył na mnie ukradkiem, a mu żuchwy drgały, a palce zaciskały się na kierownicy. Myślał o swoim.

Zdążyliśmy. Zostawili mnie w szpitalu i wrócili. Całą drogę ciocia Helena gromiła Bartłomieja:

Po co życie dziewczynie zepsułeś?! Sama, bez rodziców, sama dzieciak jeszcze, a ty jej narzuciłeś obowiązki. Jak ona z dzieckiem da sobie radę?

Ciężarówka jeszcze nie dojechała do wsi, a ja już zostałam mamą zdrowego chłopca. Następnego ranka przynieśli mi go do karmienia. Nie wiedziałam, jak wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.

Patrzyłam na jego czerwone zmarszczone lico przerażonymi oczami. Znów zagryzłam wargi, robiłam, jak kazali.

A w sercu mi się euforia aż trzęsła. Oglądałam go, dmuchałam w czoło, gdzie cieńkie włoski się stroszyły, cieszyłam się, choć nieporadna.

Przyjadą po ciebie? zapytał surowy lekarz przed wypisem.

Ramionami wzruszyłam, głową pokręciłam:

Raczej nie.

Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, żebym tylko do domu dowiozła. Nakazała, żebym oddała koc.

Felek cię szpitalną nyską zawiezie do wsi. Nie będziesz autobusem z niemowlakiem jechała powiedziała rozkazującym i nieprzyjaznym tonem.

Podziękowałam jej. Szłam przez korytarz, z głową spuszczoną, cała czerwona ze wstydu.

Jechałam z Felkiem, przyciskałam synka do piersi, martwiłam się, jak to będzie dalej. Zasiłek porodowy skromny, tylko 1200 złotych. Do płaczu mi było siebie żal, i mojego niewinnego synka. Spojrzałam na jego zmarszczoną twarzyczkę, rozlało się we mnie ciepło, odgoniłam ciężkie myśli.

Nagle samochód się zatrzymał. Zaniepokojona spojrzałam na Felka, niziutkiego pan w wieku około pięćdziesięciu lat.

Co się dzieje?

Dwa dni lało. Zobacz, jakie kałuże nie przejedzie się, nie ominie się. Wpadnę w błoto. Tylko ciężarówką lub traktorem można jechać.

Przepraszam. Niedaleko już, zostało z dwa kilometry. Dojdziesz, dasz radę? Wskazał na drogę, na której rozlała się ogromna kałuża, jak jezioro bez końca.

Syn spał mi na rękach. Siedząc, już się zmęczyłam go trzymać. Jednym słowem kawał chłopa. Jak iść przez taką drogę?

Ostrożnie wysiadłam, wzięłam synka wygodniej, poszłam skrajem kałuży. Nogi mi się ślizgają po błocie po kostki, zaraz się przewrócę.

Stare rozchodzone buty już chlupią. Żeby wiedzieć, to w kaloszach bym do szpitala poszła. Jeden but ugrzązł w błocie. Stałam chwilę, zastanawiałam się, co robić. Nie dam rady wyciągnąć z dzieckiem na rękach. Poszłam dalej w jednym bucie.

Gdy dotarłam do wsi, zapadła już szarówka, z zimna już nic nie czułam w nogach. Nie miałam siły się dziwić, iż światła się paliły w oknach.

Weszłam na suche, gładkie schody. Zimne nogi, a cała się pociłam ze stresu i wysiłku. Otworzyłam drzwi do domu i zamarłam.

Przy ścianie stoi dziecięce łóżeczko, wózek, a w nim wygodne ubrania dla malucha. Przy stole śpi Bartłomiej, głowę oparty o ręce.

Czy poczuł, czy wzrokiem go obudziłam podniósł głowę. Byłam rozczochrana, czerwona, z dzieckiem na rękach ledwo stoję w drzwiach. Sukienka cała mokra, a nogi po kolana w błocie, co w butach.

Jak zobaczył, iż bez jednego buta, podbiegł, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam do pieca, wyjął garnek z ciepłą wodą.

Posadził mnie, pomógł rozebrać się, umyć nogi. Gdy się przebierałam za piecem, na stole już stały gotowane ziemniaki i dzbanek mleka.

Synek zapłakał. gwałtownie do niego podeszłam, wzięłam na ręce, usiadłam do stołu, bez skrępowania zaczęłam karmić.

Jak nazwałaś? zapytał chrapliwym głosem Bartłomiej.

Michał. Nie masz nic przeciwko? Spojrzałam na niego swoimi jasnymi oczami.

W nich tyle było tęsknoty i miłości, iż Bartłomiej aż poczuł ból w sercu.

Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy syna i od razu weźmiemy ślub.

Nie trzeba zaczęłam, patrząc jak Michał ssie pierś.

Mój syn musi mieć ojca. Już się wyszalałem. Chyba nie jestem idealnym mężem, ale syna nie zostawię.

Kiwnęłam głową, nie podnosząc oczu.

Dwa lata później urodziła nam się córka. Nazwaliśmy ją Nadzieja po mojej mamie.

Nie ważne, jakie błędy popełnisz na początku życia ważne, iż zawsze można je naprawić.

Taka historia mi się przydarzyła. Dziś wiem, iż najwięcej warta jest miłość i zwykła ludzka wytrwałość tego nauczyło mnie życie.

Idź do oryginalnego materiału