Drogi pamiętniku,
dziś w szpitalnym oddziale przy ulicy Mickiewicza w Warszawie znowu zobaczyłam tę starą kobietę, której twarz już dawno stała się zupełnie siwa. Wszyscy mówili, iż ma już wnuki, a jednak ciągle pojawia się w naszym pokoju, jakby wciąż szukała czegoś, czego nie potrafi już wyrazić.
Czy widziałaś, dziewczyny, tę panią w naszej sali? zapytała jedna ze mnie, a druga odparła: Tak, wygląda jakby już w wieku starości. Pewnie ma wnuki, ale w tym wieku nie potrafi już niczego wymagać od życia
Moja matka wydaje się młodsza od niej. Ciekawe, ile lat ma jej mąż? dodałam, rozmyślając o jej tajemniczej przeszłości.
Jest zamknięta w sobie, ponura, nie rozmawia z nikim opowiadała kolejna. Nie wiem, jak ją nazwać. Mówią, iż nosi imię Antonina.
Lepiej chyba zwracać się po imieniu i nazwisku dodała, gdy opuściliśmy pokój na chwilę, by pozwolić jednej z przyszłych mam odpocząć.
Los Antoniny był ciężki. Gdy Bronisław miał cztery lata, cała jego rodzina zachorowała na tyfus. Matka, ojciec, roczniak i dziadek nie przetrwali. Od tamtej pory Bronisława wychowywała surowa i władcza babcia Maria, której serce nie znało miłości.
W czterdziestym pierwszym roku życia Bronisław miał trzynaście lat, tak jak jego przyjaciel Wiktor. Mieszkali w różnych wsiach, ale przyjechali do centrum powiatu Zamościa podjąć pracę w fabryce, bo brakowało rąk. Tam, przy zakładzie, zamieszkali razem i poznali się. Od młodości pracowali ciężko, nie odpuszczając się, równo z dorosłymi.
W piętnastu lat Wiktor ruszył na front. Bronisława, dziewczyna ognistowłosa, była gotowa iść z nim, ale nie przyjęto jej. W domu frontowym potrzebowali bardziej użytecznych pracowników, więc zostaliśmy w tyłach.
W osiemnaście lat wzięliśmy ślub, choć nie było jeszcze czasu w huczne przyjęcia. Ciężkie lata powojenne nie sprzyjały uroczystościom. Babcia Maria nie była zadowolona, iż Bronisława przeprowadziła się do męża. Ich wsie oddalone były od siebie o trzydzieści kilometrów.
Rok później urodził się ich syn, nazwany Wasilkiem. Młodzi rodzice byli szczęśliwi, w domu panowała idyllę. Przez lata przeszli wiele trudności, ale zasłużyli na to szczęście.
Tego szczęścia nie trwało długo. Sześć lat minęło, a Bronisława i jej mąż wciąż żyli w zgodzie, budząc zazdrość w sąsiadach. Wiktor jako piekarz słynął w okolicy, a jego chleby były chwalone w całym powiecie. Kiedy poproszono go o zbudowanie pieca w sąsiedniej wsi po drugiej stronie Wisły, wziął ze sobą małego Wasilka, bo Bronisława była w pracy. Był mroźny luty, a my szliśmy po zamarzniętej rzece. Wiktor niesie ciężką skrzynię z narzędziami nie używał cudzych rękodzieł.
Wasilek bawił się wesoło i nie słuchał ojca, który kazał mu iść przy jego boku. Gdy mieliśmy już dwadzieścia metrów do brzegu, chłopiec wślizgnął się w poślizgniętą na śniegu kałużę. Wiktor rzucił się ratować syna, ale
Antonina posiwiała już w dwudziestym piątym roku życia, kiedy straciła męża i syna. Nie mogła już dłużej mieszkać w domu pełnym ich wspomnień, więc wróciła do rodzinnej wsi, do babci Marii.
Bronisława zamknęła się w sobie, życie straciło sens. Nie myślała choćby o założeniu nowej rodziny. Dopiero niedawno, mając trzydzieści trzy lata, podjęła decyzję o kolejnej próbie. Wiedziała, jakie trudności ją czekają, ale samotność przerażała ją bardziej niż jakiekolwiek wyzwania.
Wieś, w której mieszkała, była odosobniona, dojazd nie był prosty. Luty był srogi, a obawiając się, iż pomoc nie przyjdzie na czas, przyjechała do szpitala wcześniej. Martwiła się o zdrowie dziecka, bo wiek nie sprzyjał.
Od rana Bronisława nie była sobą, wędrując korytarzami szpitala myślami o stracie męża i syna osiemnaście lat temu. Czas nie zagoił bólu, a rana wciąż krwawi.
Wreszcie została matką zdrowego chłopca, którego nazwano Dymitr. Zawsze pamiętała, iż Wasilek marzył o bracie.
Kup mi braciszka, mówił. Tata zrobił mi tyle zabawek! Będę się bawił z braciszkiem.
Jak nazwiesz braciszka? pytał ojciec.
Dymitrkiem!
To będzie Dymitr! zaświecił się Wiktor, patrząc na Bronisławę.
Bronisława w tym momencie tliła się nadzieją, a Wiktor wiedział o tym. Przez pewien czas nie rozmawiali już o tragedii, bo kiedy stracili męża i syna, Bronisława straciła dziecko w sercu.
Teraz Dymitr pojawił się, spełniając marzenie Wasilka.
Babcia Maria przywitała Bronisławę z noworodkiem z niechęcią.
Co znowu płaczesz, szczęście moje? przytuliła się Bronisława, kołysząc synka.
Ty to wstyd, szczęście twoje, mruknęła skrzecząco Maria. W całej wsi chyba będą szeptać o twojej hańbie.
Od tygodnia nie pokazuję twarzy na zewnątrz, bo od razu zaczynają się pytania. Co im mam powiedzieć? Że moja wnuczka zwariowała?
W wiosce plotki rozprzestrzeniały się szybko. Nic nie wzburzało mieszkańców tak, jak niezamężna Bronisława w wieku czterdziestu trzech lat z noworodkiem.
Babcia nie szczędziła słów, a po roku Maria, pełna energii w swym podeszłym wieku, nagle odeszła. Bronisława była załamana, mimo iż to właśnie babcia wyrosła ją na silną kobietę.
Dymitr wyrośnie na przystojnego młodzieńca wysoki, brązowowłosy, o ciemnych oczach, zupełnie nie podobnego do matki, którą kochał.
W siedemdziesiątym roku Bronisława stała się babcią. Gdy Dymitr dowiedział się o narodzinach córki, pojechał razem z matką do szpitala. Jego żona, Świętopełka, leżała na pierwszym piętrze.
Świętopełko, Świętopełko! krzyczał szczęśliwy ojciec. Pokaż mi córkę!
Świętopełka podeszła do okna, trzymając w ramionach maleństwo. Bronisława uśmiechnęła się, wycierając łzy.
O rety! Mamo, ona jest ruda! Patrz, jak cię przypomina! uśmiechnął się syn. Dla Antoniny, czyli Bronisławy, było euforią widzieć własnego wnuczka szczęśliwego. Teraz, gdy dorósł, nie bała się już świata.
Z pozdrowieniami,
Twoja pamiętnicza strona.
















