Pamiętam, iż dawno temu, w szpitalu przy ul. Jana Pawła II w Warszawie, zdarzyła się historia, którą dziś przywołuję, bo wciąż brzmi jak echo minionych lat.
Jadwiga, młoda dziewczyna o płonących oczach, siedziała przy szpitalnym łóżku, zgięte nogi przyciągnęła do klatki piersiowej i rozpaczą powtarzała:
Nie potrzebuję tego chłopca. Odrzucam go. Chcę tylko Andrzeja, a on powiedział, iż dziecko mu nie jest potrzebne. Czyżby i ja nie miałam prawa? Róbcie z nim, co chcecienie obchodzi mnie to.
Pielęgniarkaszefowa, pani Zofia, podniosła brew.
Dziecko to nie własność, a odrzucenie własnego potomka to prawdziwe barbarzyństwo wtrąciła, przytulając Jadwigę gestem przypominającym kołysankę.
Jadwiga gniewnie wykrzyknęła:
Co to zwierzęta robią? Naprawdę, wypiszcie mnie natychmiast, bo inaczej się rozgnębiam! krzyczała, drżąc od wściekłości.
Ojejku, biedna dziewczynko, błagam na Boga westchnęła Zofia, wpatrując się w sufit.
Wtedy lekarzrezydent, młoda lekarka Marta, stała przed szpitalnym oddziałem noworodków, próbując uspokoić rozszalałą matkę. Jadwiga nie chciała ani pić, ani karmić, jedynie przyzwoliła na odciąganie pokarmu, choć nie miała gdzie go przechowywać.
Marta zwracała się do niej cierpliwie:
To niebezpieczne dla dziecka.
Jednak Jadwiga, zdeterminowana, wykrzyknęła, iż jeżeli sytuacja się nie zmieni, ucieknie. Marta wezwała Zofię, a ta, jak przystało na wieloletnią praktykę, podjęła walkę. „Trzy dni”powiedziała”mogę jeszcze tu utrzymać tę dziewczynę, niech pomyśli, może się odwróci”.
Gdy usłyszała tę liczbę, Jadwiga wpadła w furorę:
Co wy sobie wyobrażacie? Andrzej już gniewa się na mnie z powodu tego chorawego dziecka, a wy mi jeszcze podciągacie rękę. jeżeli nie pojadę z nim na południe, weźmie mi Katkę!
Zaczęła płakać, obwiniając wszystkich za to, iż Katka tylko czeka, by zabrać jej chłopaka. Nie chciała już dziecka, które miało być jedynie wymówką do małżeństwa z Andrzejem.
Zofia ponownie westchnęła i nakazała podać Jadwidze napar z melisy, po czym ruszyła w stronę drzwi. W tle podążała oddziałowa, pani Halina, cicha i czujna.
W korytarzu Zofia szeptem zwróciła się do Haliny:
Czy naprawdę wierzycie, iż dziecko ma szansę z taką matką?
kochanie, odpowiedziała Halina. Co zrobić? Inaczej trafi do domu dziecka, a potem do domu dziecka. Rodzice są przecież przyzwoici: zarówno Jadwiga, jak i Andrzej. Może porozmawiamy z ich rodzicami? W końcu to ich pierwszy wnuk, a chłopak ma urodę jak z pocztówki.
Jadwiga uciekła tego samego dnia, a Zofia zadzwoniła do rodziców. Odpowiedź nie przyniosła nadzieinawet ojciec Andrzeja, zrzędliwy i nieprzyjemny, nie chciał rozmawiać.
Dwa dni później przyjechał ojciec, mężczyzna o groźnym spojrzeniu. Zofia próbowała mu przedstawić dziecko, ale on odrzucił propozycję, mówiąc, iż zostawi to w rękach swojego szefakierowcy. Zofia stanowczo odparła, iż nie wystarczy; matka musi przyjść sama, bo nie wypisano jej jeszcze ze szpitala.
Rzecznik prawny w biurze przybiegł z dokumentami, a ojciec, wyraźnie zdenerwowany, zgodził się przyprowadzić żonę. Następnego ranka pojawiła się blada kobieta pani Elżbieta i od razu popadła w łzy, jęcząc o fatalnym losie. Powiedziała, iż rodzice chłopca odjechali za granicę, mają fortunę i planują wielkie rzeczy, a ona zostaje z tym płaczącym dzieckiem.
Elżbieta trzymała w dłoni nowy chusteczkę, płacząc coraz głośniej, i powtarzała:
Z Andrzejem, niech i cały świat się wali!
Zofia westchnęła i zaoferowała Elżbiecie spojrzenie na malucha, mając nadzieję, iż choć babcia poczuje coś w sercu. Babcia przyjrzała się dziecku, łzami wyznając, iż jest piękne i chętnie by je wzięła, ale mąż tego zabronił, a córka nie wyraża zgody. Położyła więc na ramieniu nową chusteczkę i jeszcze bardziej się rozpłakała.
Zofia jedynie mruknęła: Mhm, i kazała pielęgniarce podać babci melisy, mówiąc pod nosem, iż przy tych bzdurach zapasy uspokajaczy w oddziale się skończą.
Zgłosiła się do dyrektora oddziału, pana Wojciecha, który kiedyś był znakomitym pediatrą. Spojrzał na chlapkę i uśmiechnął się, pytając, czym go karmią. To mały panek, jak rogal żartował, nadając mu przydomek Pączek.
Pączek przebywał w oddziale kilka miesięcy. Najpierw matka przychodziła, przynosząc zabawki i twierdząc, iż oszczędza na bilet, by odnaleźć Andrzeja. Stopniowo przyzwyczajała się do maleństwa, a on radował się z jej wizyt. Ojciec i babcia przychodzili, bawili się z nim, ale zawsze odchodzili płacząc i przepraszając córkę, iż kocha swojego chłopaka jak szalona. Zofia powtarzała, iż to nie miłość, a pożądanie.
Wszystko szło nie tak; rodzice przybywali, nie składali dokumentów, a dziecko nie było odbierane. Zofia zebrała ich przy stole i, w surowym tonie, wyjaśniła, iż chłopiec zachorował i potrzebuje intensywnej opieki. Młodsza oddziałowa Marta w każdej wolnej chwili biegła do niego, nosząc go na rękach i nazywając go pączkiem lub naleśnikiem. Chłopiec przybierał na wadze, potem znowu słabł, a Marta szczerzyła, iż już nie jest pączkiem, a raczej naleśnikiem.
Pewnego dnia Jadwiga dowiedziała się, iż jej kochanek poślubił kogoś innego. Wpadła w szał, krzycząc, iż wszyscy knuli, by ich rozdzielić, i iż dziecko jest jedyną przeszkodą w jej planie z Andrzejem. Wierzyła, iż gdyby nie było Pączka, byłaby szczęśliwa z Andrzejem. Złożyła więc formularz rezygnacji i złożyła go na biurku dyrektora, po czym wyszła z sali.
Dyrektor wezwał Zofię, a ona wróciła, spojrzała na niebo i powiedziała:
Wszystko! Formularz jest gotowy. Zlecamy przekazanie do domu dziecka. Co zrobić, już nie możemy zmienić.
Marta, rozbawiona łzami, zapłakała. Zofia usiadła przy biurku, zdjąła okulary i szorowała je, mrucząc pod nosem, iż kiedy szefowa pociera okulary, to znak, iż jest zestresowana. Wtedy Pączek wesoło podskakiwał w swoim łóżeczku. Pielęgniarka wkroczyła, a on wydał radosny piszczyk, machając małymi rączkami. Nagle ucichł, spojrzał na nią i łzy spłynęły po policzkach położnej.
Pani Halina, obserwując to z boku, przyznała, iż tak już bywa, ale nie potrafiła wyjaśnić, co w tych małych oczach się kryje. Zrozumiała jednak, iż to smutek matki, gdy odrzucała dziecko. Zofia wzburzona rzuciła: Dość tych bajek, nie wymyślajmy niczyich.
Zdarzyło się, iż po kilku miesiącach Pączek zachorował na zwykłe przeziębienie, ale nie chciało się go wypisać. Zofia z westchnieniem przyznała: Pierwszy raz w życiu prawie się cieszę, iż dziecko jest chore.
W końcu znalazła parę, która mogła dać mu dom. Byli to Łukasz i Barbara, trzydziestoletni, bezdzietni, marzący o potomku. Łukasz, duży i silny jak żołnierz, miał w oczach czułość dla żony, a Barbara, delikatna i o melodyjnym głosie, przywitała się z Pączkiem, pytając o jego wagę przy narodzinach.
Barbara, nie mogąc powstrzymać śmiechu, spytała:
Czy to naprawdę potrzebne?
Łukasz, niepewnie, odparł, iż nie wie, ale chętnie zapyta matkę. Zofia wyjaśniła, iż wcale nie jest to konieczne, a jedynie podobieństwo do Pączka ich zachwyciło.
Barbara otworzyła drzwi i weszła, a Pączek wstał w łóżeczku, rozpromieniony, rozciągając małe paluszki. Spojrzał na Barbarę, a ona wyciągnęła rękę. Chłopczyk natychmiast mocno chwycił jej kciuk. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Zofia, podnosząc brew, powiedziała:
Niech to będzie nasz pierwszy sukces.
Barbara i Łukasz wymienili spojrzenia, skinęli głowami i po cichu przysięgli, iż będą go kochać. Pączek w końcu uśmiechnął się lekko, po czym ponownie przytulił się do ręki, jakby szeptał: Zaufaj mi.
Zofia, patrząc na tę scenę, westchnęła: Mhm, Boże, niech Bóg ma litość. Łukasz podniósł wzrok i dodał: To odruch chwytny, dzieci w tym wieku trzymają się mocno.
Tak więc Pączek znalazł dom, a ja, wspominając te dni, widzę, jak krucha i jednocześnie nieśmiertelna jest ludzka troska. Nie wszystko się kończy tak, jakbyśmy chcieli, ale w tej historii, mimo burzy i rozpaczy, pojawiła się iskra nadziei, jakby w najczarniejszej nocy rozbłysło pierwsze światło.











