Pamiętam, jak się mówiło kiedyś, iż im dłużej pary chodzą ze sobą przed ślubem, tym gorzej układają się ich małżeństwa…
Byli razem aż siedem lat, zanim w końcu postanowili wziąć ślub. Przez te wszystkie lata nie spędzili razem ani jednego pełnego dnia; wystarczało im ich własne towarzystwo raz na jakiś czas, każdy cenił swój czas i przestrzeń. Zupełnie przypadkowa ciąża sprawiła, iż musieli się pobrać.
Na początku wspólne życie wydawało się ekscytujące najpierw remont niewielkiego mieszkania w centrum Krakowa, babcia dziewczyny przeniosła się do rodziców, zwalniając im miejsce, potem razem kupowali meble i inne rzeczy do domu. Ale kiedy wszystko było już gotowe, coś zaczęło zgrzytać; młodzi nie czuli się dobrze we własnym towarzystwie przez całe dnie i noce.
Mąż coraz częściej prosił, by puściła go na piwo z kolegami, a żona była wręcz zadowolona, iż może zostać sama. Z czasem taki styl życia stał się dla nich normą i był wygodny dla obojga. Tak jak w poprzednich siedmiu latach, spotykali się w mieszkaniu adekwatnie tylko późnym wieczorem.
Zbliżał się moment narodzin dziecka, a mąż z każdym dniem chodził coraz bardziej przybity. Żona zupełnie nie zwracała na to uwagi, aż pewnego dnia zadzwoniła do niej jakaś dziwna kobieta i oznajmiła chłodno, iż jej mąż się do niej wyprowadza. I rzeczywiście, podczas rutynowej wizyty u ginekologa, mężczyzna spakował rzeczy i odszedł.
Najbardziej bolało to, iż mąż choćby nie pokusił się o żadne wyjaśnienia po prostu zniknął. Nie zjawił się choćby na sprawie rozwodowej w krakowskim sądzie. Dziewczyna zrobiła wszystko, żeby w dokumentach dziecka nie widniało żadne imię ojca. Dzięki znajomościom udało się to gwałtownie załatwić.
Dała życie pięknemu synowi. To był duży, zdrowy chłopczyk, z uroczymi dołeczkami w policzkach. Gdy tylko go zobaczyła, od razu jej serce zaznało spokoju, a żal do człowieka, który kiedyś był najbliższy, jakby zniknął. Rodzice pomogli wychować wnuka. Nie chciała już myśleć o innych mężczyznach czuła, iż rana w sercu zagoić się nie zdoła.
Kiedy jej syn miał trzy lata, ktoś zadzwonił do drzwi. Czekała właśnie na matkę, która miała zabrać wnuka do parku, więc choćby nie spojrzała przez wizjer i od razu otworzyła drzwi. Na progu stał jej były mąż. W rękach trzymał olbrzymi bukiet czerwonych róż, które zawsze lubiła i duży samochód wyścigowy, pierwszy prezent dla syna od trzech lat.
Dziewczyna patrzyła na niego w ciszy, aż w końcu on powiedział:
Przepraszam… zrobię wszystko, co zechcesz…
Naprawdę sądzisz, iż po tylu latach tak po prostu ci wybaczę? odpowiedziała spokojnie.
Syn wybiegł na korytarz.
Nie. I nie wracaj już więcej. Tyle lat radziliśmy sobie bez ciebie, nie potrzebujemy cię już…
Dziwnie, iż już jej to nie bolało. Po tych wszystkich latach żale dawno się rozpłynęły, zostało jedynie współczucie dla człowieka, który sam pozbawił się ojcostwa.
