Ostatnio spotkałem znajomą, która z półtoraroczną córeczką spacerowała warszawską ulicą, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie – dopiero gdy ją zawołałem, zauważyła mnie; najpierw się ucieszyła, ale jej twarz gwałtownie ogarnął cień obojętności, a potem opowiedziała mi całą rodzinną historię o małżeńskich problemach, zmęczeniu i bezradności młodej mamy wobec trudnej sytuacji domowej.

twojacena.pl 11 godzin temu

Kilka dni temu, późnym popołudniem w Krakowie, mijałem Aleje Trzech Wieszczów, gdy dostrzegłem Annę prowadzącą swoją małą córeczkę, niedawno skończoną półtora roku, za rękę. Szły powoli, jakby świat wokół przestał istnieć. Krzyk dochodzący z ulicy, zgiełk tramwajów nic do nich nie docierało. Wołałem ją po imieniu, bo by mnie po prostu minęła, zapatrzona w jakiś swój odległy punkt. Podniosła na mnie wzrok najpierw w jej oczach rozbłysła iskierka radości, zaraz potem zgasła, ustępując miejsca pustce.

Stanąłem naprzeciwko niej, nie wiedząc adekwatnie, jak rozpocząć rozmowę. Zapytałem więc szeptem: Co się dzieje, Aniu?. Wtedy, wśród tego krakowskiego gwaru, opowiedziała mi swoją historię, tak cicho, iż chwilami musiałem się nachylać, by usłyszeć każde słowo.

Pobrali się z Leszkiem z prawdziwej miłości. Czasy narzeczeństwa pamięta jak przez mgłę, pełne były głębokich spojrzeń, zapachu wiosennych bzów i długich rozmów na Plantach. Po ślubie Leszek nosił ją na rękach, starał się o ich wspólne szczęście. Próbowali zbudować cichy zakątek choćby gdy kłótnie przecinały ciszę mieszkania w Nowej Hucie, zawsze potrafili się pogodzić.

Kiedy na świat przyszła ich córka, wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Leszek, pracując zdalnie jako informatyk, coraz częściej narzekał, iż krzyki dziecka wytrącają go z równowagi. Większość trosk o małą spadła na Annę, a gdy coś nie szło po jego myśli, potrafił rzucić gorzkim słowem, nie zważając na jej zmęczenie.

Ponieważ Anna była na urlopie macierzyńskim, a ich wpływy finansowe znacznie się obniżyły z dwóch wypłat zostało niecałe sześć tysięcy złotych miesięcznie Leszek coraz częściej wypominał jej, iż brakuje pieniędzy. Uparł się, by wróciła jak najszybciej do pracy, sugerując, iż babcia z Nowego Sącza mogłaby zająć się dzieckiem.

Anna tłumaczyła mu cierpliwie, iż żadna z obu babć nie da rady opiekować się półtoraroczną córeczką na co dzień, ale Leszek nie chciał słuchać. Przeliczał wydatki, sprawdzał ceny w sklepach Biedronka i Lidl, sam robił zakupy, bo uznał, iż Anna wydaje zbyt wiele na drobiazgi, które wcale nie są potrzebne.

Dla świętego spokoju, Anna coraz częściej opuszczała mieszkanie z córką chodziła do Parku Jordana i na pobliski plac zabaw pod Wawelem. Tylko tam czuła się wolna, choć na twarzy miała cień zmęczenia i bezsilności.

Gdy powierzyła mi swoją historię, spojrzała na mnie z pytaniem, czy jest dla niej jakiekolwiek wyjście. Nie umiałam doradzić. Rozwód? To przecież wymazanie wszystkiego, co budowali razem. Anna mimo wszystko mocno kocha Leszka zbyt mocno, by odejść, choć często czuje się odrzucona i niedoceniana. Poza tym marzy, by jej córka wychowywała się z obojgiem rodziców, aby nie znała smaku rozbitej rodziny, z jakiej sama pochodziła. Anna była już wyczerpana ciągłym słuchaniem wyrzutów, iż nie przynosi pieniędzy do domu, choć przecież stara się ze wszystkich sił.

Na pożegnanie objęłam ją mocno i mogłam tylko szeptać ogólnikowe słowa: Bądź silna, Aniu, Jeszcze wszystko się ułoży. Może to banały, ale przecież innej nadziei wtedy nie miałyśmy. I bardzo chciałabym, żeby los wreszcie się do niej uśmiechnął.

Idź do oryginalnego materiału