Kilka dni temu spotkałam znajomą, która z małą córeczką, mniej więcej półtoraroczną Basią, szła zamyślona przez ulubiony deptak w Krakowie. Była tak pogrążona w myślach, iż prawie przeszła obok mnie, nie zauważając mojej obecności. Gdy ją zawołałam, najpierw na jej twarzy pojawił się uśmiech, ale zaraz zgasł, ustępując miejsca zmęczeniu i apatii. Zapytałam, co się dzieje, a wtedy podzieliła się ze mną swoją historią rodzinną.
Zakochali się w sobie jeszcze na studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ich narzeczeństwo było pełne czułości, drobnych niespodzianek i rozmów do późnego wieczora. Po ślubie Wojtek, jej mąż, zdawał się być idealnym partnerem nosił ją na rękach i dbał o każdy szczegół codzienności. Jednak z biegiem czasu pojawiały się różnice, które trudno było pogodzić.
Kiedy Basia przyszła na świat, wszystko wywróciło się do góry nogami. Wojtek miał okazję zobaczyć, na czym polega bycie ojcem, ale odpowiedzialność go przytłoczyła. Pracował zdalnie i przeszkadzał mu dziecięcy krzyk oraz domowy gwar. Większość obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem spadła na moją znajomą, choć zdarzało się, iż on także czuł się przeciążony.
Gdy skończyła się wypłata zasiłku macierzyńskiego, a ich dochody znacznie się zmniejszyły, Wojtek zaczął wykorzystywać tę sytuację, by zepchnąć wszystko na żonę. Po jakimś czasie stwierdził, iż powinna wrócić do pracy i powierzyć opiekę nad Basią którejś z babć lub zapisać ją do żłobka.
Nic nie przekonało go, iż starsze osoby mogą nie poradzić sobie z energiczną malutką, a za miejsce w żłobku miesięcznie musieliby płacić ponad 1500 złotych. Wojtek uparł się, iż liczy się tylko ilość pieniędzy w domowym budżecie. Od tej pory przestał przekazywać żonie pieniądze na codzienne zakupy twierdził, iż jest zbyt rozrzutna, więc postanowił sam kupować najpotrzebniejsze rzeczy.
Zmęczona sytuacją znajoma, coraz częściej wychodziła z Basią na długie spacery po Plantach lub odwiedzała place zabaw, byle tylko nie musieć siedzieć w domu.
Poprosiła mnie o radę. Sama nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Rozwód? Odrzucała taką myśl, bo wciąż kocha Wojtka i czuła z nim silną więź. Poza tym nie chciała, by jej córka dorastała w rozbitej rodzinie zależało jej, by Basia miała kontakt z obojgiem rodziców. Mimo oskarżeń, zmęczenia i poczucia winy uparcie trwała przy decyzji, by walczyć o rodzinę.
Na pożegnanie powiedziałam jedynie: Nie trać nadziei. choćby w najtrudniejszych chwilach można znaleźć wyjście, jeżeli się tego bardzo chce. Naprawdę wierzę, iż życie postawi jej na drodze rozwiązanie. Bo w rodzinie najważniejsze są rozmowa i wzajemne zrozumienie tylko wtedy można razem pokonać kryzysy i budować na nowo bliskość.










