Niedawno spotkałem Annę, z którą znam się jeszcze ze studiów. Szedłem ulicą w centrum Krakowa, a ona przechadzała się wolno z malutką córeczką Zosią, która miała może półtora roku. Była tak zamyślona, iż prawie mnie nie zauważyła dopiero gdy krzyknąłem jej imię, podniosła wzrok. Uśmiechnęła się na chwilę, po czym na twarz powrócił jej ten zatroskany, jakby nieobecny wyraz. Zapytałem co się stało, a ona, wzdychając, zaczęła opowiadać o swoich problemach w domu.
Anna i Leszek pobrali się z wielkiej miłości. Ich narzeczeństwo to był czas pełen romantycznych spotkań, niespodzianek i marzeń o wspólnej przyszłości. Po ślubie Leszek rozpieszczał ją wręcz nosił na rękach. Zawsze potrafili się dogadać i znaleźć kompromis, choćby gdy się sprzeczali.
Wszystko zmieniło się, gdy na świat przyszła Zosia. Leszek nagle poczuł, co znaczy bycie ojcem, i gwałtownie okazało się, iż nie jest na to zupełnie gotowy. Pracował z domu i każde płacze czy marudzenie dziecka wytrącały go z równowagi. Większość obowiązków spadła na Annę, ale i on czasami dostawał po głowie jak sam się wyraził.
Gdy Anna była na urlopie macierzyńskim, ich domowy budżet mocno się skurczył. Leszek postanowił, iż na niej spoczywa cała odpowiedzialność za wychowanie córki. Po kilku miesiącach wymógł na niej powrót do pracy, proponując, żeby Zosią zajęła się jego mama albo teściowa.
Anna próbowała mu tłumaczyć, iż babcie nie poradzą sobie z takim maluchem, ale Leszek był nieugięty musieli mieć w domu więcej pieniędzy. Przejrzał choćby oferty żłobków i przedszkoli w Krakowie, żeby przypadkiem nie musiał pomagać przy opiece. Od tej pory przestał dawać żonie gotówkę na zakupy twierdził, iż nie umie gospodarować pieniędzmi i sam chodził do sklepów, żeby trzymać budżet w ryzach.
Anna z córką coraz częściej wychodziły do miejskiego parku Jordana albo na place zabaw na Podgórzu, byle tylko nie siedzieć z Leszkiem w dusznej, napiętej atmosferze domu.
Zapytała mnie chyba bardziej dla wyrzucenia z siebie bólu co ma zrobić. Nie umiałem jej doradzić. Rozwód? To nie wchodziło w grę. Anna, choć była zmęczona i przygnębiona, przez cały czas kochała Leszka. Poza tym nie chciała, by Zosia dorastała bez ojca. Cała sytuacja ją wykańczała, zwłaszcza ciągłe pretensje Leszka o pieniądze, mimo iż to nie była jej wina.
Na pożegnanie próbowałem ją pocieszyć. Powiedziałem: Trzymaj się, Aniu. Będzie dobrze. Wszystko w końcu się ułoży. Naprawdę chciałbym w to wierzyć.





