Pamiętam, iż w dawnych latach, na skraju zapomnianej wsi Podlesie, mieszkała samotna staruszka, Bronisława Kowalska. Jej chatka, z drewnianymi okiennicami pośród dzikiej łąki, tętniła ciszą, której echo odbijało się w kamiennych ścianach. Po śmierci męża i wyjeździe dzieci do miasta, codzienność ograniczała się do pary herbaty, dziergania, pielęgnacji ogródka i słuchania wieczornych audycji Polskiego Radia.
Pewnej pochmurnej jesieni, gdy niebo przybrało szary odcień, a liście spadały jak popiół, zauważyła w cieniu za płotem czarną sylwetkę. To był pies chudy, brudny, z wyraźnie uwidocznionymi żebrami i oczami, w których błysnęło coś ludzkiego. Nie szczekał, nie warczał po prostu patrzył.
Bronisława podsunęła mu trochę zimnego chlebka i plasterek salami. Pies podszedł ostrożnie, zjadł wszystko i odszedł. Następnego dnia wrócił, a potem znów i znów.
Nazwała go Barankiem, choć bardziej przypominał włóczęgę niż szlachetnego pana. Z dnia na dzień pies zaczynał jej ufać merdał ogonem, ocierał się o jej rękę i choćby towarzyszył przy studni.
Pewnej nocy usłyszała głośny szczek. Wyszła na podwórze, a Baranek biegł kikutym krokiem wokół szopy. Gdy podeszła bliżej, usłyszała szmer. Ktoś był w środku. Chwyciła latarkę, otworzyła drzwi i prawie zemdlela. W środku stał chudy chłopiec, ubrany w podarty płaszcz, brudny i ze strachem w oczach.
Proszę, nie bijcie mnie wyszeptał.
Okazało się, iż uciekł z domu dziecka, uciekając przed okrutnym opiekunem. Baranek znalazł go w lesie, nakarmił, ogrzał swoim ciałem i przywiódł do osoby, którą wyczuł jako dobrą.
Bronisława nie zastanawiając się długo, schowała chłopca. Kiedy przybyła policja zawołana przez sąsiadów z powodu szczekania i świecącego światła nie oddała go od razu. Po rozmowie z jedynym miejscowym policjantem dowiedziała się, iż chłopiec był poszukiwany od dawna, a jego opiekun już stracił pracę. Dziecko trafiło do nowej rodziny adopcyjnej, a przed wyjazdem wyszeptało:
Teraz jesteś moją babcią Czy mogę do ciebie pisać?
Baranek pozostał. Już nie był bez właściciela stał się prawdziwym panem podwórka.
Od tamtej pory Bronisława znów miała rodzinę psa, listy od wnuka co tydzień i przekonanie, iż życie, niczym ogon psa, potrafi nieoczekiwanie zawrócić, przynosząc radość.
















