Pięć mieszkań w rodzinie, a jednak musimy wynajmować
Siedzę na starym fotelu i patrzę w okno, aż słońce tonie nad Warszawą. Od dawna ta sytuacja mnie nie zaskakuje wszystko wydaje się już normalne, choć każdy dzień boli od nowa. Spróbuję opowiedzieć, jak to się stało, iż mimo pięciu mieszkań w rodzinie, mój mąż i ja nie mamy gdzie się podziać.
Rodzice mojego męża, Wiesław i Halina, żyją wygodnie we własnym, trzypokojowym mieszkaniu na Ochocie, a kolejne dwa lokale mają na Woli i Pradze, oddają obcym za co miesiąc regularny przelew w złotówkach. Ilekroć próbujemy rozmawiać o zamianie, Halina z uśmiechem po raz setny powtarza: Te mieszkania są nasze, bo sami się na nie napracowaliśmy. Wy też musicie sobie radzić. Zupełnie nie czują, iż kiedyś kawalerka załatwiona przez zakład pracy była czymś oczywistym, a dziś bez koneksji i tysięcy złotych odkładanych przez lata trudno wyjść z wynajmu.
Moi rodzice, Władysław i Grażyna, kilka różnią się od teściów. Po śmierci mojej babci Stefanii to na mnie zapisała swoje dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie, ale wtedy byłam jeszcze dziewczynką z warkoczami. Do mojej osiemnastki rodzice postanowili je wynajmować. Teraz jestem dorosła, nazywam się Weronika, mam własną rodzinę a rodzice nie chcą puścić mieszkania, bo przywykli do stałego przelewu co miesiąc, i nie dopuszczają myśli, żebym tam zamieszkała.
Od kilku lat, razem z mężem, Jackiem, wynajmujemy maleńką kawalerkę na Żoliborzu. Prawie cała nasza pensja przepada za czynsz, za prąd, i za wodę. Były dni, iż w portfelu zostawało kilka drobnych, na które trzeba było kupić kaszę i tanią cebulę. Teraz jestem na urlopie macierzyńskim z małą Basią wraca do mnie lęk, bo mojej wypłaty nigdy nie starczyło na więcej niż podstawowe życie, ale przynajmniej przed narodzinami dziecka dało się coś odłożyć. Jacek tyra na dwa etaty, po nocach rozbija się do pracy, bo bez porządnych studiów trudno dziś dostać wysoko płatne stanowisko. Skończył technikum, potem poszedł do wojska, a my poznaliśmy się zaraz potem i studia odeszły gdzieś na drugi plan.
Boli mnie najbardziej, iż mama niemal w każdy weekend prosi, żebym pomogła jej wybrać sukienkę albo bluzkę, gdy tymczasem firma mi na koncie brakuje na witaminy, jabłka czy gruszki dla dziecka. Bez przerwy słychać: Musicie być samodzielni, Weroniko, dorosłość to samodzielność! Uważa, iż powinnam mimo naszej biedy pomagać jej z ojcem, bo oni teraz podróżują po Europie, jeżdżą do Włoch, Hiszpanii, a czasem tylko nad Bałtyk.
Postawa rodziców mojego męża i moich coraz bardziej mnie uwiera. Zdobyli wszystko, mają więcej, niż im potrzeba, a nie potrafią podać ręki własnym dzieciom. Nie mówię przecież, iż mają żyć z dnia na dzień i wszystko nam oddać, ale jeżeli stać ich czy serce nie podpowiada choćby drobnej pomocy? Sama obiecuję sobie, iż mojej Basi oddam wszystko, co będę mieć i jeszcze więcej, by nigdy nie musiała czuć takiej bezsilności.
Znajomi i krewni Jacka powtarzają, iż z czasem odziedziczymy to wszystko. Ale ja, Weronika, jestem już tak zraniona, iż nic od nich nie chcę. Niech te mieszkania zabiorą ze sobą, gdy odejdą… Chcę tylko spokoju i własnego miejsca. W tych czterech ścianach na Żoliborzu, wciąż marzę o domu, o rodzinie, która naprawdę umie być rodziną.














