Po siedemdziesiątce stała się nikomu niepotrzebna – choćby syn i córka zapomnieli o jej urodzinach. Lidia samotnie obchodzi siedemdziesiąte urodziny w szpitalnym parku, bo dzieci zostawiły ją w ośrodku, syn odebrał jej mieszkanie, a córka nie odzywa się od lat – czy w końcu los się do niej uśmiechnie?

twojacena.pl 15 godzin temu

Lidia siedzi na ławce w szpitalnym ogrodzie w Gdańsku, otulona ciepłym kardiganem, a po policzkach ciekną jej łzy. Dziś kończy siedemdziesiąte urodziny, ale żadne z jej dzieci nie przesłało choćby sms-a z życzeniami. Tylko współlokatorka z pokoju w oddziale, pani Teresa, złożyła jej życzenia i podarowała własnoręcznie wydzierganą serwetkę. Pielęgniarka Kasia przyniosła jej jabłko, tłumacząc, iż to prezent na zdrowie w kolejnym roku życia. Ogólnie w szpitalu warunki są dobre, jedzenie smaczne, ale personel odnosi się do pacjentów z dystansem, jakby z każdym dniem człowiek stawał się mniej widzialny.

Każdy tutaj wie, iż rodziny przysyłają swoich starszych krewnych, gdy nie mają już ochoty nimi się zajmować. Lidię przywiózł syn, Mariusz, tłumacząc to potrzebą wypoczynku i rehabilitacji. W rzeczywistości przeszkadzała jego żonie.

Lidia była właścicielką trzypokojowego mieszkania w centrum Gdańska. Mariusz namówił ją, by przepisała mieszkanie na niego, obiecując, iż dalej będzie mogła tam mieszkać i nic się nie zmieni. Niedługo potem do mieszkania wprowadził się syn z żoną i dwójką dzieci, a między Lidią a synową, Justyną, zaczęły się ciągłe niesnaski.

Justyna nieustannie robiła jej wymówki a to żurek słony, a to koc na łóżku źle złożony, a to zostawiła kałużę w łazience. Początkowo Mariusz stawał po stronie matki, ale stopniowo zaczął unikać konfliktów i w końcu przyłączał się do pretensji żony. Lidia widziała, iż syn i synowa coraz częściej rozmawiają szeptem.

Aż w końcu Mariusz zaczął mówić o tym, iż dobrze by było, gdyby matka odpoczęła w sanatorium, odzyskała siły. Lidia jasno zapytała:
Synu, czy chcesz, żebym zamieszkała w domu spokojnej starości?

Mariusz nie patrzył jej w oczy, spąsowiał i odparł:
Mamo, czemu tak mówisz? To sanatorium, pojedziesz na miesiąc, odpoczniesz i wrócisz.

Zawiózł ją na miejsce, podpisał papiery i obiecał przyjechać po nią niedługo. I tak mija już dwa lata, a Lidia wciąż czeka.

Pewnego dnia zadzwoniła pod dawny numer syna; odebrał obcy mężczyzna, który poinformował ją, iż mieszkanie jest już sprzedane, a nowi właściciele nic o niej nie wiedzą. Od tamtej pory wiele nocy przepłakała w poduszkę, bo tuż po przyjeździe zrozumiała, iż do swojego domu już nie wróci. Zabolało ją szczególnie to, iż kiedyś skrzywdziła własną córkę dla szczęścia syna.

Lidia pochodzi z maleńkiej wioski na Kaszubach, gdzie razem z mężem mieli duży dom i kawałek pola. Pewnego dnia sąsiad opowiadał jej mężowi, iż w mieście życie jest lepsze pewna praca, wyższe zarobki, mieszkanie od spółdzielni. Mąż Lidii, Zygmunt, dał się przekonać. Sprzedali wszystko, zamieszkali w Gdańsku, dostali przydział, powoli kupowali meble, choćby starego Malucha, którym potem Zygmunt miał wypadek.

Po tym wypadku zmarł dzień później w szpitalu. Została z dwójką dzieci. By zapewnić im przyszłość, sprzątała klatki schodowe wieczorami, a rano pracowała jako pomoc w szkolnej stołówce. Liczyła, iż gdy dzieci dorosną, odwdzięczą jej się za trud.

Najpierw Mariusz wpadł w kłopoty finansowe, musiała pożyczyć od sąsiadek parę tysięcy złotych, by ratować go przed prokuraturą. Kiedy wszystko się ułożyło, jej córka, Dobrosława, wyszła za mąż, urodziła Kubusia. Przez pierwsze lata było dobrze, ale chłopiec zaczął poważnie chorować. Dobrosława rzuciła pracę, syn ciągle jeździł po lekarzach, diagnoza nie padała.

W końcu okazało się, iż Kubuś potrzebuje kosztownego leczenia w specjalistycznym dziecięcym szpitalu w Warszawie, a tam lista oczekujących była bardzo długa. Wtedy zięć Dobrosławy zostawił rodzinę. Poznała innego mężczyznę, wdowca, którego córka również chorowała. Zamieszkali razem i po kilku latach nowy partner potrzebował pieniędzy na trudną operację.

Lidia miała wtedy odłożone oszczędności prawie dwadzieścia tysięcy złotych na pierwszą ratę mieszkania dla Mariusza. Córka poprosiła o pomoc finansową, ale matka odmówiła na cudzych ludzi nie będę wydawać, to mieszkanie dla syna. Dobrosława zerwała kontakt, i choćby przez święta nie składały sobie życzeń. Nie widziały się już jedenaście lat.

Lidia podnosi się powoli z ławki i wraca do budynku, gdzie mieszka z innymi pensjonariuszami. Nagle słyszy:
Mamo!

Serce niemal wyskakuje jej z piersi, obraca się i widzi swoją córkę, Dobrosławę. Nogi się jej uginają, niemal upada, ale córka podbiega, obejmuje ją i pomaga stanąć.

Szukałam cię przez długie miesiące. Brat nie chciał mi powiedzieć, dokąd cię zabrał. Przyznał się dopiero, gdy zagroziłam mu, iż pójdę z tym do sądu za sprzedaż twojego mieszkania bez twojej zgody.
Mamusiu, przepraszam, iż nie przyjechałam wcześniej. Najpierw byłam na ciebie zła, potem wstydziłam się zrobić pierwszy krok, a jeszcze potem odkładałam to na wieczne „jutro”. Niedawno śniło mi się, iż krążysz zapłakana po kaszubskim lesie. Kiedy się obudziłam, poczułam ogromny żal. Powiedziałam mężowi o tym śnie poradził mi, żeby wrócić do ciebie i wszystko wyjaśnić. Przyjechałam do mieszkania, ale tam już obcy ludzie, nikt cię nie widział. Musiałam długo szukać brata i dopiero wtedy znaleźliśmy to miejsce. Mam duży dom w Rewie, nad samym morzem. Mój mąż mówi, iż już czas, żebyś z nami zamieszkała.

Lidia tuli córkę w ramionach i płacze, ale tym razem to są łzy szczęścia.

Idź do oryginalnego materiału