W czasie gdy moje dzieci i wnuki tłoczą się w malutkim mieszkaniu, rodzice mojego zięcia rozkoszują się życiem w przestronnym apartamencie w centrum Warszawy.
Moja córka, Zuzanna, wyszła za mąż. Niestety, nie mamy szczęścia do naszego zięcia, Pawła, ani do jego rodziców. My oddajemy dzieciom wszystko, co mamy, a oni nie dają nic. Minęło już osiem lat od ślubu Zuzi i Pawła, a my wciąż musimy mierzyć się z tą rodziną.
Kiedy pojawił się problem mieszkania, rodzice Pawła od razu się odcięli To nie nasza sprawa, stwierdzili chłodno.
Byliśmy zmuszeni sprzedać nasz piękny, ceglany dom w Piasecznie, żeby kupić dzieciom kawalerkę w Warszawie. Nie chcieliśmy tego robić, bo byliśmy bardzo przywiązani do naszego gniazda. Ale co mogliśmy zrobić? Dla nas najważniejsze było, by dzieci miały własny kąt. Wyremontowaliśmy dla nich mieszkanie, kupiliśmy wszystkie meble rodzice Pawła nie dołożyli do tego ani grosza.
Na co dzień pomagam jeszcze z wnukami. Zuzia jest teraz na urlopie macierzyńskim z młodszym synkiem, a starszy chodzi do pierwszej klasy. Wożę go rano do szkoły swoim starym fiatem, bo Zuzia sama zwyczajnie nie daje rady. Obudzić starszego, ubrać młodszego, wyprawić starszego do szkoły i to wszystko w godzinę? Nierealne! Raz ja, raz dziadek dzielimy się opieką nad wnukami.
Rodzice Pawła, jak zawsze, udają, iż ich to nie dotyczy. Żyją swoim wygodnym życiem i ani myślą pomagać. Patrzę na to i zastanawiam się, jak można tak zimno podchodzić do swoich wnuków.
Taka była ich postawa od początku. Wyobrażacie sobie, iż nie dają choćby złotówki na ślub własnego syna? Tuż przed weselem dzwoniłam do nich, mówię: Dzieci biorą ślub, spotkajmy się, porozmawiajmy, trzeba to wspólnie omówić. A oni na to:
A co, jeżeli się rozwiodą za miesiąc? Przecież teraz 70% par rozwodzi się w pierwszych sześciu miesiącach, taka jest statystyka!
W końcu to ja i mój mąż urządziliśmy wesele i daliśmy młodym mieszkanie. Rodzice Pawła przyszli na imprezę jak zupełnie obcy ludzie i wręczyli im żałosne 500 złotych w kopercie.
A mimo to Paweł wciąż czegoś od nas wymagał.
Osiem lat temu kupiliśmy im kawalerkę dla dwóch osób było to aż nadto. Teraz mają dwójkę dzieci, więc oczywiście zrobiło się ciasno.
Uważam, iż Paweł sam powinien wykazać się inicjatywą. Mówię mu: jeżeli nie potrafisz zarobić więcej, może twoi rodzice mogliby jakoś pomóc?
A on z kamienną twarzą odpowiada:
Nie mogę ich o to prosić!
Mówię mu więc:
To może ja sama z nimi porozmawiam?
Ale Paweł surowo mi tego zabronił. Byłam w szoku. Więc o wsparcie od własnych rodziców pytać nie można, ale od teściów już tak? Przez osiem lat żyją na moim garnuszku. Czemu sam nie spróbuje czegoś osiągnąć? Inni młodzi, jakoś potrafią kupić mieszkania. Powtarzam mu jesteś młody, znajdź drugą pracę, wyjedź za granicę, postaraj się o coś więcej.
Paweł traktuje Zuzę podobnie. Już zaczęła do mnie dzwonić z żalami, iż się wtrącam. On powtarza, iż teściów nie da się zmienić, tacy już są, nie pomogą im nigdy.
Czuję żal i złość: oni żyją sobie spokojnie, wyjeżdżają co roku do sanatorium w Nałęczowie, a moja córka choćby nie śmie poprosić ich o pomoc, bo Paweł jej zabrania. Taki z niego kochający syn! Szkoda tylko, iż nie ma tyle wyrozumiałości dla swoich teściów i własnych dzieci.















