Podkradłam narzeczonego przyjaciółce, ale los surowo mnie ukarał.

newsempire24.com 6 dni temu

Nie sądziłam, iż kiedykolwiek opowiem tę historię, bo kryje się w niej zbyt wiele bólu, wstydu i wyrzutów sumienia. Może jednak ktoś wyciągnie z niej lekcję, a dla mnie będzie to spowiedź, którą dźwigałam w sercu zbyt długo.

Mam na imię Irena. W ostatnich klasach liceum zaprzyjaźniłyśmy się z Weroniką. Obie byłyśmy pilnymi uczennicami, ambitne i marzyłyśmy o wyjeździe z naszego małego miasteczka, by zdobywać większe miasta. Trzymałyśmy się razem, wymieniałyśmy książkami, sekretami i pierwszymi marzeniami o miłości. Byłyśmy do siebie podobne zarówno charakterem, jak i celami. Jednak, jak się później okazało, los chciał inaczej.

Przeszłyśmy do różnych uczelni: Weronika studiowała chemię w Gdańsku, ja zaś filologię w Krakowie. Każde wakacje starałyśmy się spotykać, wspólnie przygotowując śniadania, spacerując i rozmawiając do rana. Obie marzyłyśmy o zostaniu w dużych miastach, zrobieniu kariery i założeniu rodziny.

Czas mijał, studia dobiegały końca, ale narzeczeni się nie pojawiali. Mama powtarzała: „Irena, póki studiujesz, masz szansę znaleźć dobrego człowieka. Potem będzie za późno— w pracy wszyscy są już zajęci”. Kto jednak słucha matek, gdy ma się dwadzieścia lat?

Po ukończeniu studiów obie znalazłyśmy się w Warszawie. Weronika zaczęła uczyć chemii w szkole, a ja pracowałam jako dziennikarka w lokalnej gazecie. Wynajmowałyśmy mieszkania, żyłyśmy skromnie i dużo pracowałyśmy. Weekendy spędzałyśmy na spacerach i spotkaniach ze wspólnymi znajomymi. Wtedy w naszym gronie pojawili się Andrzej i Władysław. Weronika zaczęła się spotykać z Andrzejem—spokojnym, niezawodnym, z mieszkaniem i planami na życie. Ja natomiast zaczęłam widywać się z Władkiem, ale wszystko się skończyło, gdy wyjechał z rodzicami za granicę.

Weronika i Andrzej stawali się coraz bliżsi. Weronika była zmęczona pracą, ale co wieczór sprzątała jego nowe mieszkanie, wybierała meble, planowała przyszłość. W pewnym momencie powiedziała: „Tutaj będzie nasza sypialnia, tu salon, a w tym pokoju będą dorastać nasze dzieci…”

Słuchałam i… zazdrościłam. Po cichu, głucho, podle. Zazdrość pożerała mnie od środka.

Potem Weronika zachorowała. Utrzymująca się słabość okazała się anemią. Trafiła do szpitala na kroplówki. A ja… zaczęłam częściej odwiedzać Andrzeja. Gotowałam mu obiady, żartowałam, śmiałam się, dotykałam jego dłoni. Pewnego razu znalazłam się z nim w tej samej sypialni— „łączniku”, jak to nazywała Weronika.

Uwiodłam go. Celowo. Chłodno. Wygrałam tę grę. Dwa miesiące później wzięliśmy ślub. Weszłam do tego domu w białej sukni, którą kiedyś wyobrażała sobie Weronika. Andrzej nosił mnie na rękach. A ja się uśmiechałam. Zwyciężczyni.

Weronika nie zrobiła sceny. Powiedziała tylko cicho: „Dzięki losowi, iż pokazał mi wszystko w porę”.

Zniknęła z mojego życia, ale czasami wydawało mi się, iż ściany mieszkania szepczą jej głosem. Zwłaszcza w pokoju dziecięcym, gdzie układałam zabawki mojej córki i syna. Tej samej dziecięcej, którą marzyła wypełnić dziecięcym śmiechem.

Kilka lat później dowiedziałam się, iż Weronika wyszła za mąż za Piotra, mężczyznę z córką z poprzedniego związku. Ku mojemu zaskoczeniu, byli szczęśliwi. Dogadywała się zarówno z dziewczynką, jak i z trudną teściową. Kupili przestronne mieszkanie, potem urodziła im się córka i syn. Ich rodzina wyglądała jak z bajki: harmonia, zrozumienie, miłość.

U mnie zaczęły się rysy.

Andrzej nie zrobił żadnej kariery, pozostał w naszym mieście, pracując bez większych perspektyw. Jego matka, na początku miła, potem syknęła kiedyś: „Zajęłaś miejsce Weroniki. Ale może mój syn rzeczywiście zasługuje na taką jak ty”.

Kłótnie stały się częścią naszego życia. Przestaliśmy rozmawiać, z wyjątkiem krzyków. Dzieci dorastały w napiętej atmosferze. Córka wczesnie wyprowadziła się z domu, związując się z chłopakiem z trudnej rodziny, urodziła. Syn wyjechał za granicę i zniknął z naszego życia. Nie dzwonił. Nie pisał. Po prostu zniknął.

A dzieci Weroniki… Jeden pracuje w Brukseli, w Unii Europejskiej. Drugi wykłada w prestiżowej europejskiej uczelni. Przyjeżdżają co lato. Ich rodzina zbiera się na werandzie z gitarą, piosenkami, śmiechem. Piotr śpiewa dla Weroniki pod oknami. W ich domu—radość. W moim—pustka.

W takie wieczory rozumiem: Los naprawdę wszystko ustawia na swoich miejscach.

Weronika miała rację — ma za co dziękować losowi. Ja natomiast—nie mam. Dokonałam swojego wyboru. Zabrałam narzeczonego. Zdradziłam. Dostałam—dom, ślub, status. Ale straciłam siebie.

Nie jestem szczęśliwa. Nie kocham. Żyję z ciężarem winy. I wiem—zasłużyłam.

Idź do oryginalnego materiału