Pamiętam, jak kiedyś, w małym warszawskim bistro, mój ojciec Stanisław siedział przy stole z córką swoją, Łucją, i mieszał łyżeczką już wystudzoną kawę w maleńkiej białej filiżance. Łucja nie dotknęła swojego deseru, choć przed nią w szklance stało małe dzieło sztuki: kolorowe kulki ukryte pod zielonym listkiem i wisienką, całość oblana czekoladą. Każde sześciolatki by się rozkoszowało takim widokiem, ale Łucja już od zeszłego piątku postanowiła poważnie porozmawiać z tatą.
Ojciec milczał długo, po czym odezwał się:
Co więc mamy zrobić, córeczko? Czy mamy się już zupełnie nie widywać? Jak mam żyć bez ciebie?
Łucja, mając mały, niemal ziemniaczany nosek jak u mamy, zamyśliła się i odparła:
Nie, tato. Nie damy sobie rady osobno. Zróbmy tak: zadzwoń do mamy i powiedz, iż w każdy piątek będziesz mnie odbierał z przedszkola. Będziemy razem spacerować, a jeżeli zechcesz kawy albo lodów możemy usiąść w tej samej kawiarni. Opowiem ci wszystko o naszym życiu z mamą.
Po chwili dodała:
A jeżeli zechcesz zobaczyć mamę, będę co tydzień nagrywać ją na telefon i przesyłać ci zdjęcia. Co ty na to?
Stanisław spojrzał na swoją małą, już nieco mądrą dziewczynkę, uśmiechnął się i skinął głową:
Dobrze, tak więc będziemy żyć odtąd.
Łucja westchnęła z ulgą i zajęła się swoim deserem, ale nie skończyła jeszcze rozmowy. Gdy pod nosem przybrały się barwne wąsy o tęczowych odcieniach, oblizała je językiem i ponownie przybrała poważny, prawie dorosły wyraz twarzy. Pamiętała, iż w zeszłym tygodniu ojcu przypadł na urodziny dwudziesty ósmy rok 28. Łucja w przedszkolu namalowała mu wielką cyfrę 28 na kartce.
Z powagą podniosła brew i rzekła:
Myślę, iż powinieneś wziąć ślub.
I dodała wielkodusznie:
Przecież nie jesteś jeszcze tak stary.
Ojciec przyjął gest dobrej woli i zmrużył oczy:
Powiesz mi, iż jest nie tak bardzo
Łucja z zapałem kontynuowała:
Nie tak bardzo, nie tak bardzo! Spójrz, wujek Zygmunt, co już dwukrotnie odwiedzał mamę, jest już trochę łysy. Tu
Wskazała na własny czoło, gładząc delikatne loki dłonią. Potem, po tym jak ojciec napinał się i rzucił ostrym spojrzeniem w jej oczy, jakby niechcący wydał matczyną tajemnicę. Łucja przycisnęła obie dłonie do ust, rozszerzyła oczy, co miało oznaczać przerażenie i zagubienie.
Wujek Zygmunt? Co to za wujek Zygmunt, który tak często was odwiedza? To chyba szef mamy? podniósł głos, niemal przyciągając uwagę całej kawiarni.
Łucja, mocno zmieszana, odpowiedziała:
Nie wiem, tato Może to szef. Przynosi mi cukierki, torty, a choćby kwiaty dla mamy.
Stanisław, spleciony palcami na stole, długo wpatrywał się w dłonie. Łucja wyczuła, iż w tej chwili ojciec podejmuje istotną decyzję życiową. Dlatego nie pośpieszała, nie naciskała go wnioskami. Wiedziała, iż mężczyźni bywają ociężałymi, a to kobietom, a zwłaszcza jednej z najcenniejszych w ich życiu, należy ich popchnąć w dobrą stronę.
Ojciec milczał jeszcze dłużej, po czym wziął głęboki, hałaśliwy wdech, rozluźnił dłoń i rzekł Gdyby Łucja była starsza, zrozumiałaby, iż ton jego słów przypominałby dramatyczny monolog Otella skierowany do Desdemony. ale ona nie znała jeszcze tych postaci, żyła po prostu, obserwując ludzi ich euforii i troski.
W końcu stanął i powiedział:
Chodźmy, córeczko. Jest już późno, odprowadzę cię do domu i przy okazji pogadam z mamą.
O Łucji nie padło pytanie, co dokładnie miał omawiać z matką, ale poczuła, iż to ważne. gwałtownie dokończyła lody, a kiedy zrozumiała, iż decyzja ojca jest ważniejsza niż najpyszniejsze deser, energicznie rzuciła łyżeczką na stół, zsunęła się z krzesła, przetarła brudne wargi grzbietem dłoni, powąchała nosa i, patrząc prosto w tatę, rzekła:
Jestem gotowa. Idziemy
Nie szli już spokojnie, ale prawie biegli. Ot, ojciec, trzymał Łucję za rękę, a ona machała jak sztandar, niczym flaga podniesiona przez księcia Andrzeja Bolesława, kiedy prowadził swych ludzi do bitwy pod Austerlitzem. Gdy wbiegli na klatkę schodową, drzwi windy wolno się zamknęły, wynosząc jednego z sąsiadów na wyższe piętra. Stanisław spojrzał nieco zdezorientowany na łuczę, ona zaś od dołu w górę, zdecydowanie, zapytała:
No i co? Kogo czekamy? Mamy dopiero siódme piętro!
Ojciec podniósł dziewczynkę na ramiona i pobiegł w górę po schodach. Kiedy w końcu mama, Maria, otworzyła drzwi, Stanisław natychmiast zwrócił się do niej:
Nie możesz tak postępować! Co to za Zygmunt? Przecież kocham cię i mamy siebie Łucję
Trzymając córkę w objęciach, objął też żonę. Łucja przytuliła oboje do szyi, przymknęła oczy, bo dorośli się całowali.











