Rankiem Stanisławowi Zygmuntowi zrobiło się gorzej. Dusił się.
Przemek, niczego mi nie trzeba. Żadnych waszych lekarstw, nic. Proszę cię tylko, pozwól mi się pożegnać z Przyjacielem. Błagam. Odłącz to wszystko ode mnie
Wskazał na kroplówki.
Nie mogę tak odejść. Zrozum, nie mogę
Po policzku spłynęła mu łza. Przemek wiedział, iż gdyby to wszystko odłączył, może choćby nie zdążyć wyprowadzić go na zewnątrz.
Zebrali się wokół nich wszyscy mężczyźni z sali.
Przemek, naprawdę nie można nic wymyślić? Tak nie wypada
Rozumiem Ale tu szpital, wszystko musi być sterylne.
Kogo to obchodzi Zobacz, przecież on nie potrafi odejść.
On wszystko rozumiał. I co miał zrobić? Przemek wstał. Przecież może wszystko. Do diabła z tym regulaminem, do diabła z ojcową firmą. jeżeli trzeba, niech go wyrzucą. Gwałtownie odwrócił się i spojrzał w oczy Hani. Było w nich uznanie.
Przemek wybiegł na zewnątrz.
Przyjacielu, proszę cię, tylko cicho. Może nikt nie zauważy. Chodź, chodź do pana.
Już otwierał drzwi, gdy ktoś go zastąpił. Przed nim stała Elżbieta Edwardowna.
Co to ma znaczyć?
Elżbieto Edwardowno Proszę, tylko pięć minut. Pozwól im się pożegnać. Wszystko rozumiem. Zwolnijcie mnie potem, jeżeli trzeba.
Przez chwilę milczała. Któż wie, co wtedy czuła. Nagle zrobiła krok w bok.
Dobrze. Niech i mnie wtedy wyrzucą.
Przyjacielu, za mną!
Przemek pobiegł przez korytarz szpitala, obok biegł Przyjaciel. Na końcu Hania otworzyła drzwi. Pies, jakby przeczuwał, w dwóch susach znalazł się przed salą… jeszcze jeden skok i Przyjaciel stoi na tylnych łapach przy łóżku Stanisława Zygmunta, przednie łapy opierają się o brzeg.
W sali zapadła grobowa cisza. Mężczyzna otworzył oczy. Spróbował podnieść rękę, ale nie miał siły. Przeszkadzały kroplówki. Wtedy drugą ręką je po prostu wyrwał.
Przyjacielu! Przyszedłeś
Pies położył głowę na piersi Stanisława Zygmunta. Ten pogłaskał Przyjaciela. Raz, drugi. Uśmiechnął się Uśmiech zamarł mu na ustach. Ręka opadła. Ktoś szepnął:
Pies płacze
Przemek podszedł do łóżka. Przyjaciel rzeczywiście płakał.
Już. Chodź… Chodź
***
Przemek usiadł na płotku, a Przyjaciel zaszył się w krzakach i położył tam. Przyszedł do niego jeden z mężczyzn z sali, ten, co kiedyś pierwszy oddał swoje kotlety. Podał paczkę papierosów. Przemek spojrzał na niego, zamierzał powiedzieć, iż nie pali, ale machnął ręką. Zapalił.
Obok usiadła Hania. Miała czerwone oczy, nos nabrzmiały.
Haniu Dzisiaj mój ostatni dzień.
Dlaczego?
Wiesz, najpierw byłem tu za karę, potem bo chciałem ojcu udowodnić, iż coś potrafię Miał przejąć firmę. Ale to nie o firmę chodzi. Nie mogę. Wracam do domu. Powiem prosto twój syn to miernota. Przepraszam, Haniu
Przemek odszedł. Złożył wypowiedzenie, spakował rzeczy. Hania patrzyła przez okno, jak podjeżdża pod wejście swoim mercedesem, wysiada. Otworzył drzwi pasażera i ruszył w stronę krzaków. Coś powiedział Przyjacielowi, potem poszedł do auta i oparł się o maskę. Pies podszedł po kilku minutach. Przez dłuższą chwilę patrzył Przemkowi w oczy, a potem wskoczył do samochodu.
Hania znów płakała.
Nie jesteś miernotą! Jesteś najlepszy!
***
Kilka dni później Hania zobaczyła przez okno, jak z ordynatorem idzie mężczyzna, do złudzenia podobny do Przemka. Zbiegła po schodach i wybiegła na zewnątrz.
Jest pan ojcem Przemka?
Ordynator spojrzał na nią zdziwiony.
Haniu, co tu się dzieje?
Poczekajcie, panie Sergiuszu, potem mnie zwolnicie! To pan?
Wadim Olgierdowicz równie zaskoczony patrzył na drobną dziewczynę z uroczymi piegami.
Tak, to ja.
Nie wolno panu! Słyszy pan? Nie wolno myśleć, iż Przemek jest miernotą! On jest najlepszy! Jako jedyny nie bał się i pozwolił człowiekowi pożegnać się z Przyjacielem przed śmiercią! On ma serce i duszę!
Hania odwróciła się na pięcie i weszła do budynku. Wadim Olgierdowicz się uśmiechnął.
Widział pan, jaka ona?
Sergiusz odpowiedział:
I co z taką zrobić? Dobra dziewczyna, ale ciągle prawdy domaga się!
W tym coś złego?
Niekoniecznie zawsze dobre
***
Minęły trzy lata.
Z bramy pięknego domu wyszła cała rodzina. Przemek prowadził wózek dziecięcy, a Hania na smyczy miała ogromnego, zadbanego psa. Doszli do rzeki i Hania spuściła psa luzem.
Przyjacielu, nie odchodź za daleko!
Pies wielkimi skokami popędził do rzeki. Po kilku minutach dziecko w wózku zapiszczało. Przyjaciel od razu tymi samymi susami wrócił do wózka.
Hania roześmiała się.
Przemek, widzisz, chyba nie potrzebujemy niani. Po co taki pośpiech? Sonia tylko smoczek zgubiła.
Dziecko znowu zasnęło, Przyjaciel zajrzał do wózka i dopiero upewniwszy się, iż wszystko w porządku, znów pognał za motylemPrzemek uśmiechnął się szeroko, patrząc na Hanię i ich córkę. Spojrzał na Przyjaciela, który delikatnie trącił nosem dziecko, a potem przysiadł obok nich, jakby pilnował całego świata przed wszystkim złym.
Może i nie miernota mruknął Przemek, całując Hanię w czoło.
Już o tym zapomniałam odpowiedziała z uśmiechem. Najważniejsze, iż jesteśmy razem.
Sonia wyciągnęła rączki do słońca, a Przyjaciel raz jeszcze obszedł wokół wózka, po czym położył się z westchnieniem na trawie. Słychać było tylko śmiech dziecka i cichy plusk rzeki. Nad nimi lekki wiatr poruszył liśćmi, zanosząc zapach domu, czułości i nadziei.
Przemek spojrzał na Przyjaciela i poczuł wdzięczność za wszystko, co przeszli, za każdą odwagę, każdą łzę i każdy śmiech, które doprowadziły ich do tego miejsca.
A potem, gdy Sonia zasnęła, Hania przytuliła się do Przemka, Przyjaciel położył głowę na jej kolanach i na chwilę cały świat zamilkł, jakby tylko dla nich spłynął spokojem i szczęściem.
Bo czasem wystarczy być czyimś Przyjacielem, żeby zrozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne.







