10 lutego 2023, Warszawa
Zamiast euforii na myśl o powrocie do domu ze szpitala, czułam narastający niepokój. Witek miał po mnie przyjechać prosto z pracy na Śródmieściu. Kilka razy prosiłam go, żeby załatwił sobie urlop, albo chociaż dwa dni wolnego po porodzie, ale szefowa była nieugięta. Przecież tyle razy mówiłam, żebyśmy przygotowali w mieszkaniu wszystko na przyjście naszego synka. Obiecał, potakiwał głową, a wyszło jak zawsze Gdybyśmy tylko zrobili to wcześniej posprzątali, odkurzyli, poprali ciuszki, przecież nie byłoby dziś tego stresu. Tyle rzeczy mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
Wróciłam do naszego bloku na Mokotowie z maleństwem na rękach, a w mieszkaniu chaos nie do opisania. Półki dosłownie bieliły się od kurzu, na ziemi walały się stare ubrania Witka, dziecięcego wózka ani śladu, komody do przewijania też nie było choćby jedna paczka pieluch nie czekała na nas w domu. Gdyby nie moje przyjaciółki Anka i Gosia nie miałabym w czym przewinąć Michałka. To one pożyczyły mi podstawowe rzeczy. A rodzina przyszła, oczy w słup, pełne oburzenia. Nigdy nie czułam takiego wstydu.
Sześć lat temu wyszłam za Witka. Teraz wreszcie zdecydowaliśmy się na dziecko, długo odkładaliśmy tę decyzję brakowało nam stabilizacji. W końcu, gdy on zdobył stałą pracę i dostał sporą podwyżkę (4 tysiące złotych netto!), mogliśmy pomyśleć o rodzinie.
Kiedy powiedziałam w pracy, iż jestem w ciąży, od razu dostałam wypowiedzenie. Większość kobiet walczyłaby o swoje, ale uznałam, iż może tak miało być, los dał mi znak. Spędzałam więc czas haftując kocyki i szydełkując czapeczki, cieszyłam się spokojem. Finansowo nie musieliśmy się martwić Witek utrzymywał nas oboje.
Cała ciąża przebiegła wzorcowo spacerowałam z Anią po Łazienkach, czytałam poradniki, rozmawiałam z doświadczonymi mamami. Ale zakupy? Nie, Witek nie pozwolił mi kupić choćby jednego bodziaka. Lepiej po porodzie, wtedy będzie wiadomo co potrzebujemy mówił, a w rodzinie wszyscy tylko przytakiwali. Moja siostra, Kasia, zapewniła, iż odda nam prawie nową komodę i łóżeczko po swojej Hani. Miałam tylko je odebrać, wyprać, przygotować. Ale Witek się uparł, iż to niepotrzebne, dopóki nie wrócimy z synkiem.
A potem, gdy już zaczęłam rodzić, Witek wpadł w panikę. Dopiero wtedy dotarło do niego, ile wydatków przed nami. W szpitalu wciąż myślałam o tym, iż pranie z ciuszkami czeka w pralce, nie rozwieszone ani jednego body nie miałam gotowego.
Kiedy wróciłam z Michałkiem do domu, miałam tylko to, co dała mi Anka na gwałtownie zebrane po koleżankach ubranka i pieluszki. Witek chodził po Warszawie z jednego osiedla na drugie, zbierając rzeczy dla niemowlaka od kogo się dało. Wszystko trzeba było wyprać, wysuszyć, część rzeczy była niedoprana, a ja po porodzie miałam ochotę zadzwonić do adwokata i wziąć rozwód. Rodzina choćby mi nie współczuła jeszcze słyszałam, jak czas mija, więc powinnam już zaprosić ich na oficjalny obiad dla praprawnuka i zrobić im domową ucztę. Śmiech na sali!
Mama mówi, iż to moja wina, bo przez dziewięć miesięcy powinnam była przygotować wszystko. Że mogłam poprosić Witka, żeby choć te meble wniósł z piwnicy, wszystko umył, wyprał. W jej czasach nikt nie oglądał się na mężczyzn. Sama powinnam była zadbać o wszystko, bo kto dziś liczy na faceta? Ale czy to naprawdę tylko moja wina?
Czuję się jakbym zawiodła wszystkich i samą siebie i nie wiem, czy powinnam mieć żal do rodziny, czy do siebie. Może jednak to kobieta naprawdę musi przygotować się na dziecko samotnie? Co ja bym zrobiła, gdyby naprawdę nie było nikogo?






