Nazywam się Dominik Sarnecki i wiem, iż ludzie, którzy mnie znają, powiedzieliby: on nigdy by tego nie zrobił. A ja bym im odpowiedział, iż nie znają połowy tego, co robię, i to jest dokładnie ten problem, przez który Julia ode mnie uciekła.
Prowadzę firmę spedycyjną w Gdyni – trzy magazyny przy porcie, dwadzieścia parę ciężarówek, kontrakty, które oficjalnie dotyczą elektroniki i mebli, a nieoficjalnie czasem czegoś innego. Nie jestem z tego dumny, ale nie jestem też hipokrytą – nikogo nie zabiłem, nikogo nie kazałem skrzywdzić. Robię to, co robią wszyscy, którzy chcą wyjść z dzielnicy, w której się wychowałem, i już nigdy tam nie wrócić.
Julię poznałem w galerii przy Świętojańskiej, gdzie pracowała jako kuratorka. Miała dwadzieścia dziewięć lat, farbowała sobie pasemka na rudo, piła kawę bez cukru i taksowała ludzi jednym spojrzeniem, jakby od razu wiedziała, którzy z nich kłamią. Mnie chyba też przejrzała od razu, tylko iż zignorowała to, co zobaczyła, bo – jak mi później powiedziała – „byłeś pierwszym facetem, który nie udawał, iż jest kimś innym."
Kłamała. Udawałem. Tylko dobrze.
Zniknęła w środę, trzynastego maja. Wiem to, bo tego dnia miałem urodziny mojej matki i przez cały wieczór dzwoniłem do Julii, bo obiecała, iż przyjdzie. Nie odebrała. Rano jej mieszkanie na Kamiennej Górze było puste – szafa otwarta, kilka wieszaków na podłodze, telefon zostawiony na parapecie z wyjętą kartą SIM. Zapłaciłem ludziom, żeby sprawdzili kostnice w trzech województwach. Kazałem monitorować dworce PKP od Trójmiasta po Warszawę. Przez dwanaście dni myślałem, iż ktoś ją zabił z mojego powodu, i przez dwanaście nocy nie spałem dłużej niż dwie godziny z rzędu.
Znalazłem ją w małej kawiarni przy rynku w Chojnicach – miasteczko, o którym nikt by nie pomyślał, bo nikt normalny by tam nie pojechał się ukrywać. Pracowała pod nazwiskiem Ania Kubiak, nosiła plastikowy identyfikator i fartuch w kratkę, i kiedy zobaczyła mnie w drzwiach, upuściła dzbanek z kompotem, który akurat niosła do stolika przy oknie.
Nie podszedłem od razu. Stałem chwilę, patrząc, jak drży jej dłoń przy ścierce, którą próbowała wytrzeć rozlany kompot, jak próbuje udawać przed właścicielką, panią Grażyną, iż wszystko w porządku. Poczułem coś, czego się nie spodziewałem – nie triumf, iż w końcu ją znalazłem, tylko strach, iż zbliżając się, znowu ją przestraszę. Że cokolwiek powiem, wyjdzie z tego to samo, co zawsze: mężczyzna, który przychodzi i zabiera.
– Ania, wszystko gra? – zapytała pani Grażyna, patrząc to na mnie, to na nią.
– Muszę z nią porozmawiać na zewnątrz – powiedziałem cicho i bez pośpiechu, bo krzyk niczego by tu nie załatwił, a poza tym nauczyłem się dawno temu, iż najgroźniejsi ludzie, jakich znam, nigdy nie podnoszą głosu.
Julia zdjęła fartuch drżącymi palcami. Zanim wyszliśmy, zobaczyłem, jak jej dłoń na moment spoczęła na brzuchu i natychmiast się cofnęła. Ten gest powiedział mi więcej niż jakiekolwiek słowa.
Na chodniku przed kawiarnią, obok wystawy z pierogami z sezonowej oferty, powiedziała mi, iż słyszała moją rozmowę telefoniczną o Kubie Wieremczuku. Że usłyszała, jak mówię komuś, iż Kuba stał się „problemem" i iż „trzeba to zamknąć". Uznała, iż planuję go zabić.
– Nie planowałem zabić Kuby – powiedziałem. – Kazałem go usunąć z systemu księgowego, bo kradł z magazynu numer dwa. Miał wylecieć z pracy, nie z życia.
Nie uwierzyła mi od razu. Nie miałem prawa oczekiwać, iż uwierzy – od miesięcy okłamywałem ją co do połowy mojego życia, więc dlaczego akurat teraz miałaby wybrać wiarę.
– A dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej, co robisz naprawdę? – zapytała, a głos jej się łamał na każdym drugim słowie.
– Bo myślałem, iż ochronię cię, trzymając to od ciebie z dala.
– Myliłeś się.
To było jedyne zdanie, które w pełni zrozumiałem i z którym w pełni się zgodziłem.
Powiedziała mi wtedy o ciąży. Dwadzieścia jeden tygodni. Ukrywała to przede mną przez trzy tygodnie przed ucieczką, bo bała się, iż dziecko urodzone w mojej rodzinie już od pierwszego dnia będzie towarem, kartą przetargową, zakładnikiem.
Zapadła się we mnie jakaś ściana, kiedy to usłyszałem. Oparłem się o słupek z markizą kawiarni, bo nogi nagle wydały mi się za słabe, żeby stać samemu.
Powiedziałem jej wtedy o Kubie – iż żyje, pracuje teraz w firmie transportowej w Szczecinie u kuzyna, i iż zapłaciłem mu odprawę, żeby zamknął gębę na temat tego, co widział w księgach. Pokazałem jej zdjęcie z telefonu – Kuba przy nowym miejscu pracy, uśmiechnięty, z piwem w plastikowym kubku na jakimś grillu firmowym.
– To niemożliwe – powtarzała, wpatrując się w ekran.
– Usłyszałaś połowę rozmowy i dobudowałaś sobie resztę.
Nie skłamałem, ale nie powiedziałem jej też całej prawdy od razu. Bo prawda była gorsza: Kuba przez pół roku przekazywał informacje o moich trasach komuś z rodziny Baraniaków, konkurencji z Trójmiasta, która od dawna chciała przejąć moje kontrakty portowe. I ta sama osoba, która wynajęła Kubę, mogła teraz interesować się Julią.
Kiedy pokazałem jej zdjęcie z monitoringu przy magazynie numer trzy – kobieta w tym samym granatowym płaszczu co Julia, ta sama sylwetka, te same włosy, stojąca przy bramie dwa dni przed jej zniknięciem – Julia wpatrzyła się w ekran i palce jej zesztywniały na obudowie telefonu.
– To niemożliwe. Nigdy tam nie byłam.
– Wiem – powiedziałem. – To znaczy, iż ktoś cię naśladuje. Albo ktoś chce, żebym pomyślał, iż to ty.
Zabrałem ją wtedy do samochodu, nie siłą, tylko dlatego, iż zaczynało padać, a ona drżała bardziej z zimna niż ze strachu. Zawiozłem ją do prywatnej kliniki w Bydgoszczy, gdzie lekarka, pani doktor Wolska, znająca mnie z dawnych kontraktów transportowych na sprzęt medyczny, zbadała ją bez zadawania zbędnych pytań. Dziecko było zdrowe. Chłopiec.
Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy razem w moim domu w Sopocie, w pokoju z widokiem na molo, i powoli, kawałek po kawałku, opowiadałem jej, kim naprawdę jestem – nie żeby ją przekonać, iż jestem dobrym człowiekiem, bo nim nie jestem w każdym calu, tylko żeby przestała się bać rzeczy, które nie były prawdziwe, i zaczęła bać się tej jednej, która była.
Kobieta z monitoringu okazała się być moją byłą wspólniczką, Renatą Chmiel, która trzy lata wcześniej odeszła z firmy po sporze o udziały i od tamtej pory szukała sposobu, żeby mnie zniszczyć – finansowo, a jeżeli się nie uda, to inaczej. Wynajęła sobowtóra, kobietę o podobnej budowie, żeby skompromitować mnie przed moimi własnymi ludźmi, sugerując, iż to ja kazałem obserwować własne magazyny, żeby zastraszyć Julię do milczenia.
Dowiedziałem się tego od Kuby, kiedy do niego pojechałem – nie z groźbami, tylko z pytaniami i butelką żubrówki, którą wypiliśmy razem na klatce schodowej jego bloku w Szczecinie. Powiedział mi wszystko, co wiedział o Renacie, bo bał się jej bardziej niż mnie, a ja przynajmniej trzymałem słowo.
Renata przyszła sama, dwa tygodnie później, do biura przy nabrzeżu w Gdyni – chciała negocjować, myślała, iż przez cały czas ma nade mną przewagę, bo miała nagrania rozmów sprzed lat, które teoretycznie mogłyby mnie wsadzić. Usiadła naprzeciwko mnie, otworzyła teczkę z dokumentami i zaczęła mówić o „rozsądnym rozwiązaniu za pięćset tysięcy złotych".
Julia siedziała obok mnie, dłoń trzymała płasko na brzuchu, i w jej oczach nie było już ani śladu strachu, który widziałem w Chojnicach.
– Renato – powiedziałem – zamiast pięciuset tysięcy dam ci coś innego. Zeznania Kuby, nagranie z jego telefonu, gdzie mówisz mu, żeby wynajął sobowtóra, i kopię umowy sprzed trzech lat, w której własnoręcznie podpisałaś klauzulę o zakazie działania na szkodę firmy. Mój prawnik czeka w sąsiednim pokoju.
Nie musiałem podnosić głosu. Renata wyszła z biura pod eskortą mojego ochroniarza i już nikt jej więcej w Trójmieście nie widział – wiem tylko od znajomego z urzędu, iż sprzedała mieszkanie na Redłowie i wyjechała, podobno do Wrocławia.
Julia nie wróciła do mnie od razu, i nie oczekiwałem tego. Wynajęła sobie mieszkanie przy ulicy Świętojańskiej, niedaleko galerii, w której kiedyś pracowała, i powiedziała, iż potrzebuje mieszkać sama, żeby wiedzieć, iż wraca do mnie z wyboru, a nie ze strachu.
Syn urodził się w lutym, w szpitalu przy Kartuskiej. Nazwaliśmy go Antoni.
Miesiąc później Julia przyszła do mojego biura z teczką w ręku – nie dokumentami od prawnika, tylko planem, który sama sporządziła: udziały w mojej firmie mają zostać w połowie przepisane na fundusz powierniczy dla Antosia, zarządzany przez niezależną kancelarię, tak żeby żadna Renata, żaden Kuba i żaden ja sam nigdy więcej nie mógł zagrozić dziecku, wykorzystując pieniądze jako broń.
Podpisałem to samego dnia, w obecności notariusza przy ulicy 10 Lutego. Bez targowania się, bez pytań.
Kiedy wychodziliśmy z kancelarii, padał drobny, wrześniowy deszcz, taki, jaki bywa tylko nad morzem – ciepły jeszcze, ale już z zapowiedzią jesieni. Julia niosła teczkę pod pachą, a ja niosłem Antosia, owiniętego w kocyk, który jego babcia zrobiła na drutach zeszłej zimy.
– To nie znaczy, iż ci ufam do końca – powiedziała Julia, kiedy szliśmy do samochodu.
– Wiem – odpowiedziałem. – Ale masz papier, który mówi, iż nie musisz.
Otuliła synka ciaśniej kocykiem i wsiadła do auta.






