Rano obudził mnie niepokojący sen, w którym mój przyjaciel, starszy pan z sąsiedztwa, opowiadał, iż jego syn, mały Andrzej, stoi na schodach i puka w drzwi. Z takiego przerażenia nie da się wytrzymać podskoczyłem z łóżka, nagi od stóp po kolana, i wbiegłem w stronę wejścia.
Ledwie dotarłem do futryny, poczułem się nagle bezsilny i oprzyrękłem się o framugę. W ciszy nocy nie było żadnych odgłosów, a sen, choć wciąż ciągle zwodził mnie, zawsze zmuszał do otwarcia drzwi szeroko. Tym razem zrobiłem to samo, zaglądnąłem w mroczną pustkę przed domem. Otaczający mnie mrok i cichy szmer nocy zdawały się przytłaczać serce, więc usiadłem na progu i próbowałem uspokoić puls. Nagle zza krzaków poruszył się jakiś szelest dźwięk przypominający piszczenie lub szmer liści.
Znowu nasz sąsiedni kotek się zaplątał pomyślałem, przywołując wspomnienia o licznych przygodach z małym czarnym kotem, który regularnie przygarniał się w krzakach przyjodu. Ale kiedy sięgnąłem po szmatkę wystającą z krzaków dzikiej jeżyny, nie był to kocur, ale stara, kolorowa pieluszka. Szarpnąłem ją mocniej i w jednej chwili zatrząsł mnie widok małego, nagiego chłopca leżącego w rogu. Był tak mały, iż wciąż widać było nieodłączny otaczający go pępek, jakby dopiero co urodził się.
Chłopiec był mokry, wyczerpany i najwyraźniej głodny. Gdy ująłem go w ramiona, wydał słaby, chrapliwy dźwięk. Nie mając pojęcia, co robić, przytuliłem go do siebie i z pośpiechem ruszyłem do domu. Znalazłem czystą prześcieradło, owinąłem nim dziecko, położyłem pod nim ciepły koc i przystąpiłem do podgrzania mleka. Umyłem butelkę, odnalazłem przyssawkę, którą kiedyś używałam przy karmieniu małego koźlęcia, i podałem chłopcu pierwsze łyki.
Mały Andrzej łapotał i dławił się przy chciwym połykaniu, ale po kilku minutach, rozgrzany i najedzony, zasnął. Świt wstawał powoli, a ja wciąż nie mogłem oderwać myśli od tego nagłego znaleziska. Miałam już czterdzieści kilka lat, a w naszej wsi młodzież nazywała mnie już ciocią. Mój mąż i syn zginęli w walce w 1944 roku, zostawiwszy mnie samą w tym świecie. Nie potrafiłam przyzwyczaić się do samotności, ale gorzka prawda życia nieustannie mi to przypominała, i w końcu nauczyłam się polegać jedynie na sobie. Teraz, patrząc na uspokajająco śpiącego chłopca, poczułam, iż muszę porozmawiać z sąsiadką Grażyną.
Grażyna prowadziła spokojne, wolne życie bez męża i dzieci. Nie znała wojny, nie musiała żegnać się z bliskimi, a jej mężczyźni przychodzili i odchodzili, gdy tylko chciała. Stała przy swoim domu, rozciągając się w połówce szalika na ramionach, rozgrzewając się pod promieniami wschodzącego słońca. Gdy opowiedziałam jej o nocnym wydarzeniu, spojrzała na mnie krótko i powiedziała:
No i po co ci to? po czym wróciła do domu. Zauważyłam, jak w jej oknie przesuwa się firanka kolejny nocny gość, prawdopodobnie jakiś zalotnik. Po co? Naprawdę po co? mruknęłam pod nosem. Wróciłam do domu, nakarmiłam dziecko, owinęłam je w suchą szmatę, spakowałam jedzenie i ruszyłam złapać podwózkę do miasta.
Po krótkiej chwili przy drodze zatrzymał się ciężarówka jadąca w stronę Warszawy.
Do szpitala? zapytał kierowca, wskazując na pakunek w moich rękach.
Do szpitala odpowiedziałam powściągliwie.
W przytułku, kiedy wypełnialiśmy formalności za porzucone dziecko, nie mogłam przestać myśleć, iż coś w tym nie gra, iż nie postępuję zgodnie ze sumieniem. Czułam pustkę w sercu, podobną do tej, którą odczułam, gdy dowiedziałam się o śmierci męża, a potem syna.
Jak nazwiesz chłopca? Jakie ma imię? zapytała kierowniczka przytułku.
Imię? odparłam, chwilę się zastanawiając, i nagle wykrzyknęłam: Andrzej.
Dobre imię odparła, uśmiechając się. Mamy tu po wojnie wiele Andrzeja i Kasi. Rozumiemy, iż po stracie bliskich przychodzi ktoś nieznany. Teraz nie ma już mężczyzn, więc cieszmy się tym dzieckiem. Nie zostawiaj go.
Choć słowa nie były skierowane do mnie, poczułam w sobie niepokojący ciężar. Wróciłam do pustego domu pod zmierzch. Zaczęłam przeglądać starą pieluszkę Andrzeja, którą odłożyłam w kącie szafy. Przeglądając mokrą tkaninę, natrafiłam na mały węzełek. W jego wnętrzu leżał szary papier i mały, cynowy krzyżyk na sznurku. Rozwinęłam kartkę i przeczytałam: Kochana, dobra kobieto, wybacz mi. Nie potrzebuję tego dziecka, zagubiłam się w życiu, jutro mnie już nie będzie. Nie zostawiaj mojego syna, zrób dla niego to, czego nie mogę. Pod spodem znajdowała się data urodzenia.
Łzy popłynęły mi po policzkach niczym rwący potok. Płakałam, jakby to był pogrzeb. Przypomniały mi się chwile, kiedy poślubiłam męża i jak szczęśliwi byliśmy. Potem przyszedł Andrzej nasz drugi syn i znów rozbłysło szczęście w naszej wsi. Kobiety zazdrościły mi radości, bo mąż był kochany, syn kochany. Przed wojną syn ukończył kursy kierowców i obiecał, iż podwiezie mnie nowym autem, które miał dostać w kołchozie. A potem nadeszła wojna
W sierpniu 1944 roku przywieziono mi grób męża, a w październiku tego samego roku grób syna. Po tych stratach moje światło przygasło, a ja stałam się jedną z wielu kobiet w wiosce, które nocą biegają do drzwi, otwierają je szeroko i wpatrują się w ciemność. Nie ma nikogo, jedynie szelest nocy i biedny kot sąsiada. Tej nocy nie mogłam zasnąć, biegałam po dworze, słuchałam ciszy i czekałam na coś, co mogłoby przynieść ukojenie.
Rankiem znów pojechałam do miasta. Kierowniczka przytułku od razu mnie rozpoznała i nie zdziwiła się, gdy powiedziałam, iż chcę zabrać chłopca z powrotem, bo tak rozkazał mój zmarły syn.
Dobrze rzekła. Pomogę z dokumentami.
Owinęłam Andrzeja w koc i opuściłam przytułek z innym sercem nie było już tego wszystkiego pożerającego smutku i pustki, które nosiłem przez lata samotności. Zajęły je uczucia szczęścia i miłości. jeżeli los ma człowiekowi przeznaczyć szczęście, to musi ono przyjść, i tak stało się ze mną. W pustym domu, do którego wróciłam, czekały jedynie zdjęcia męża i syna.
Tym razem ich twarze wydawały się inne: nie tak poważne i smutne, ale rozświetlone, łagodne, jakby przyznawały mi otuchę. Przytuliłam małego Andrzeja do siebie i poczułam się silna przed nim jeszcze długa droga, a ja będę mu wsparciem i ochroną.
Czy pomożecie mi? zwróciłam się do zdjęć.
Minęło dwadzieścia lat. Andrzej wyrosł na przystojnego młodzieńca, o którym marzyło wiele dziewczyn. On wybrał jednak tę jedyną, najukochaną Ludwikę. Przedstawił ją kiedyś matce, a ja zrozumiałam, iż mój syn stał się prawdziwym mężczyzną. Błogosławiłam ich, a wesele rozbrzmiało radością. Para zaczęła budować własny gniazdo. Z czasem pojawiły się dzieci, a najmłodszego nazwano Andrzejem, co uczyniło mnie bogatą w potomstwo.
Pewnej nocy obudził mnie hałas za oknem. Zwykłym odruchem podszedłem do drzwi, otworzyłem je i wyszedłem na podwórko. Nadciągała burza, a w oddali błyskał piorun.
Dziękuję ci, synu szepnęłam w ciemność. Teraz mam trzech Andrzeja i kocham was wszystkich.
Za drzwiami szumiał wielki dąb, który posadził mój mąż, gdy urodził się pierwszy Andrzej, a przed nami rozświetliła się błyskawica, jakby uśmiech jednego z nich rozbłysł w niebie.














