Przebaczenia nie będzie
Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, żeby odnaleźć swoją matkę?
Pytanie padło tak znienacka, iż Weronika aż drgnęła. Akurat układała na kuchennym stole papiery, które przyniosła z pracy stos dokumentów chwiał się niebezpiecznie, więc dziewczyna asekurowała go dłonią. Teraz znieruchomiała, powoli opuściła ręce i spojrzała na Artura. W jej oczach pojawiło się prawdziwe zdziwienie: skąd w ogóle wziął się u niego taki pomysł? Po co jej szukać tej, która jednym lekkomyślnym gestem zniszczyła niemal całe jej życie?
Oczywiście, iż nie odpowiedziała spokojnym tonem Weronika, choć w środku coś w niej pulsowało. Skąd taki niedorzeczny pomysł? Dlaczego miałabym to robić?
Artur zmieszał się trochę, przeczesał palcami włosy, jakby zbierając myśli, i uśmiechnął się lekko, choć nieco sztucznie już żałował swego pytania.
Słuchaj zaczął powoli, dobierając słowa. Często słyszę, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych marzą o odnalezieniu swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem… jeżeli będziesz chciała, pomogę, naprawdę.
Weronika pokręciła głową. W środku zrobiło jej się duszno, jakby coś ścisnęło jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować narastającą irytację, i znów spojrzała na Artura.
Doceniam dobre chęci, ale nie trzeba powiedziała stanowczo i nieco głośniej. Nigdy jej nie będę szukać! Ta kobieta już dla mnie nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę!
To zabrzmiało ostro, ale nie mogła inaczej. Gdyby zaczęła, czekałoby ją wywlekanie bolesnych wspomnień i żalenie się przed narzeczonym. Tak, kochała Artura, ale niektórych rzeczy nie potrafiła dzielić choćby z najbliższymi. Sięgnęła więc z powrotem po dokumenty, udając, iż jest bardzo zajęta.
Artur zmarszczył brwi, ale nie drążył tematu. Widać było, iż był rozczarowany jej reakcją. W głębi ducha nie mógł pojąć jej postawy! Dla niego matka zawsze była kimś niemal świętym bez względu na to, czy wychowywała dziecko, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko przez dziewięć miesięcy, dawał jej w jego oczach szczególny status. Artur głęboko wierzył, iż więź matki z dzieckiem jest nierozerwalna nie zniszczą jej ani czas, ani okoliczności.
A Weronika była wobec tych przekonań nieustępliwa. Dla niej wszystko było jasne: jak można pragnąć spotkania z kimś, kto był wobec ciebie tak okrutny? Ta mama nie tylko oddała ją do domu dziecka. Sprawa była o wiele poważniejsza, o wiele boleśniejsza.
Jeszcze jako nastolatka Weronika zebrała się na odwagę, by zadać nurtujące ją pytania. Poszła do dyrektorki domu dziecka, pani Grażyny Nowak, znanej z surowości, ale i sprawiedliwości, dzięki czemu dzieci czuły do niej szacunek.
Dlaczego tu jestem? Czy moja mama nie żyje? A może straciła prawa rodzicielskie? Musiało się stać coś poważnego, prawda? spytała cicho, ale z determinacją.
Grażyna Nowak zamarła w pół ruchu, przekładając akurat dokumenty na biurku, po czym odłożyła je na bok. Zamilkła na moment, chcąc starannie dobrać słowa, a potem ciężko westchnęła i gestem zaprosiła Weronikę do zajęcia miejsca.
Dziewczyna usiadła, ściskając palcami krzesło, czując narastające napięcie. Przeczuwała, iż zaraz pozna prawdę, której tak długo się obawiała.
Twoja matka została pozbawiona praw rodzicielskich i pociągnięta do odpowiedzialności karnej zaczęła powoli dyrektorka. Spojrzała na Weronikę ze spokojem, choć w oczach czaił się smutek. Chociaż wiele osób wolałoby przemilczeć bolesną prawdę przed dwunastoletnią dziewczynką, pani Nowak uznała, iż Weronika musi poznać realia swojego losu. Lepiej znać gorzką prawdę niż żyć w niewiedzy.
Po chwili kontynuowała:
Trafiłaś do nas, gdy miałaś cztery i pół roku. Znaleźli cię przechodnie widzieli samotną dziewczynkę błąkającą się ulicami Radomia. Byłaś malutka, zagubiona… Później okazało się, iż jakaś kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu PKP, a sama wskoczyła do pociągu i wyjechała. Była jesień, zimno, wilgotno, a ty miałaś na sobie tylko cieniutki płaszcz i kalosze. Kilka godzin na chłodzie zakończyło się poważnym zapaleniem płuc i pobytem w szpitalu.
Weronika siedziała nieruchomo, niczym statuła. Jej palce zaciśnięte były w pięści, ale twarz pozostała niewzruszona tylko w oczach rozpętywała się burza.
Znaleziono ją? Co powiedziała? zapytała cicho Weronika, nie rozluźniając palców.
Tak, odnaleziono. I została skazana. A w sądzie powiedziała dyrektorka przerwała na chwilę, z goryczą na twarzy. Tłumaczyła, iż nie miała pieniędzy, iż dostała pracę, ale nie mogła zabrać dziecka ze sobą, więc postanowiła zostawić cię i zacząć od nowa.
Weronika opuściła dłonie na kolana, patrząc przed siebie tępo, jakby wróciła myślami do tamtego jesiennego poranka, którego nie pamiętała.
Rozumiem powiedziała wreszcie, spokojnie, choć bez życia. Potem podniosła wzrok na dyrektorkę: Dziękuję za szczerą odpowiedź.
Wtedy już całkowicie zrozumiała: nie chce nigdy szukać tej kobiety. choćby z ciekawości, choćby żeby zadać jedno pytanie dlaczego? ta myśl zniknęła raz na zawsze.
Zostawić dziecko na ławce Nie mieściło jej się to w głowie! Czy kobieta, która ją urodziła, nie miała ani krzty odpowiedzialności czy współczucia? Na ulicy mogło wydarzyć się wszystko!
To nie ludzki postępek, tylko bestialski! powtarzała w myślach Weronika, ściskając zęby z żalu i gniewu. Próbowała, naprawdę próbowała znaleźć jakieś usprawiedliwienie. Może jej matka była w rozpaczliwej sytuacji? Może naprawdę nie miała wyjścia? Może chciała najlepiej dla Weroniki?
Ale zawsze natrafiała na ścianę brutalnych faktów. Miała wybór mogła oficjalnie oddać dziecko. Zgłosić się do szpitala czy MOPS, gdzie Weronika byłaby bezpieczna. Dlaczego zostawiła ją samą na dworcu jesienią, narażając na los?
Nie znalazła żadnej odpowiedzi, która choć trochę złagodziłaby ból. Każda myśl prowadziła do tej samej puenty: matka celowo, z zimną krwią, pozbyła się niewygodnego dziecka, jak rzeczy.
Z każdą kolejną analizą Weronika była coraz bardziej pewna swej decyzji. Nie. Nie będzie jej szukać. Nie będzie pytać. Nie będzie próbować zrozumieć. Jedyne, czego była pewna, to iż nie ma już nic do wybaczenia.
Wraz z tą decyzją poczuła dziwne, niemal fizyczne poczucie ulgi
***
Mam dla ciebie niespodziankę! Artur aż promieniał, całą twarz mu rozświetlał triumf, jakby wygrał w totolotka. Stał w przedpokoju, przebierając z niecierpliwości nogami i prawie podskakiwał z ekscytacji. Spodoba ci się! Chodź szybko! Czekanie nie wchodzi w grę!
Weronika zastygła w progu pokoju, z kubkiem wystygłej herbaty w ręku. Spojrzała na Artura zdziwiona, po czym ostrożnie odstawiła kubek na stolik. Co to za niespodzianka? Skąd mimo radosnego tonu narzeczonego to niepokojące przeczucie, które jakby oplatało ją chłodną nicią?
Gdzie idziemy? zapytała najspokojniej, jak umiała.
Zaraz zobaczysz! Artur uśmiechnął się jeszcze szerzej, ujął jej dłoń i pociągnął do drzwi Zaufaj mi, warto!
Weronika nie protestowała, ale w środku coraz bardziej się spinała. Od niechcenia narzuciła płaszcz, włożyła buty i wyszła za nim. Po drodze do parku próbowała zgadywać: może kupił bilety na koncert? A może umówił się z kimś z przeszłości? Żaden scenariusz nie wydawał się prawdopodobny.
Gdy dotarli do parku, Weronika od razu zauważyła kobietę siedzącą na ławce przy alejce. Ubrana skromnie, ale czysto: ciemny płaszcz, szal, mała torba na kolanach. Jej twarz wydała się Weronice niepokojąco znajoma, choć nie mogła przypomnieć sobie, gdzie już ją widziała. Może to kuzynka Artura? Albo koleżanka z pracy?
Artur podszedł do ławki z pewnością, której Weronika nie podzielała. Im bliżej podchodziła, tym silniejsze miała przekonanie, iż coś tu się nie zgadza. Kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. I właśnie wtedy Weronika zrozumiała. To była ona. Jakby patrzyła w swoje lustrzane odbicie sprzed lat.
Weronika, Artur wypowiedział jej imię prawie uroczyście po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć twoją mamę. Cieszysz się?
Dziewczyna znieruchomiała. Jak on mógł? Przecież wyraźnie prosiła, by nie wracać do tego tematu!
Córeczko! Wyrosłaś na taką piękną kobietę! kobieta wyciągnęła do niej ramiona, z oczyma pełnymi łez i nadziei.
Weronika gwałtownie cofnęła się o krok, jakby chciała odsunąć się od tej kobiety na bezpieczną odległość. Jej twarz stężała, wzrok stał się ostry.
To ja, twoja mama! kobieta nie zwracała uwagi na chłód Weroniki Tak długo cię szukałam! Ciągle o tobie myślałam
To naprawdę nie było łatwe! Artur z dumą w głosie wtrącił. Użyłem wszelkich znajomości, obdzwoniłem pół Warszawy Ale zrobiłem to dla ciebie!
Przerwał mu nagły, głośny policzek. Ręka Weroniki uniosła się natychmiast, instynktownie. Łzy stanęły jej w oczach, pełne żalu i wściekłości. Patrzyła na narzeczonego z taką goryczą, jakby nie mogła uwierzyć, iż jej to zrobił. Przecież tyle razy mówiła, by nie ruszał jej przeszłości. A on mimo to zorganizował to spotkanie, odkopując ból, który Weronika ukryła bardzo głęboko.
Kobieta obok zdezorientowana przenosiła wzrok z Weroniki na Artura, nie potrafiąc znaleźć dla siebie miejsca w tej scenie.
Nie prosiłam cię o to, w końcu powiedziała Weronika cicho, chłodno jasno dałam ci do zrozumienia, iż nie chcę tego spotkania! A ty i tak zrobiłeś po swojemu!
Artur odsunął dłoń od policzka i bezradnie rozkładał ręce, patrząc na Weronikę z nadzieją, iż jeszcze zmieni decyzję. Widział u niej tylko lodowatą nieugiętość.
Przecież to twoja matka! Nie ważne, jaka jest! Matka!
W tym momencie kobieta odważyła się powiedzieć, cichym, niemal pokornym głosem:
Często chorowałaś, nie miałam pieniędzy choćby na leki Pojawiła się praca życia Myślałam, iż kiedyś cię zabiorę, naprawdę. Wszystko miało się ułożyć
Weronika zwróciła się ku niej, a w jej oczach nie było ani grama współczucia tylko bolesna, wypracowana przez lata obojętność.
Skąd chciałaś mnie zabrać? Z cmentarza? jej głos zabrzmiał twardo. Mogłaś zgłosić się do MOPS-u. Mogłaś poprosić o wsparcie, zostawić mnie oficjalnie w szpitalu. Ale nie na ławce! Nie na dworcu, nie samotnie!
Artur, bezradny wobec eskalującej kłótni, próbował złapać Weronikę za rękę. Delikatnie ujął jej nadgarstek, ale ona natychmiast się wyrwała, choćby na niego nie patrząc.
Przeszłości nie zmienisz, trzeba patrzeć w przyszłość mówił uporczywie, jakby chciał przekonać także samego siebie. Przecież zawsze marzyłaś, by na weselu stanęła twoja rodzina. Spełniłem to marzenie
Weronika spojrzała na niego, a w jej oczach pojawiło się smutne rozczarowanie.
Zaprosiłam panią Grażynę Nowak, dyrektorkę domu dziecka i Elżbietę Maj, moją wychowawczynię. To one są dla mnie rodziną! To one mnie wspierały, opiekowały się, były przy mnie! To one zasługują na miano matek!
Szybko wyrwała rękę z uścisku i bez słowa ruszyła alejką w stronę wyjścia z parku. Kroki niosły ją same, daleko od tej sceny, daleko od słów, od narzeczonego, w którego jeszcze chwilę temu wierzyła. W klatce piersiowej szalał sztorm. Na taką zdradę z jego strony nie była przygotowana.
Nie ukrywała przed Arturem niczego. Opowiedziała mu prawdę o swoim dzieciństwie, o tygodniach spędzonych w domu dziecka i czekaniu na matkę, która nigdy nie wróciła. Artur kiwał głową, zapewniał, iż rozumie. A jednak nie potrafił zaakceptować jej decyzji. Znalazł tamtą kobietę mimo jej protestów. “Nie ważne jaka, ale matka” te słowa waliły jej w uszy falą goryczy.
Nigdy! postanowiła Weronika. Nigdy nie przyjmie tej kobiety do swojego życia. Nigdy nie udawała, iż nic się nie stało.
Nie zwalniając kroku, opuściła park i ruszyła przed siebie, nie zwracając uwagi na przechodniów i samochody. Myśli kotłowały się, przed oczami stawała twarz matki z dzisiejszego spotkania starsza, zmęczona, z wymuszoną uprzejmością. Weronika zacisnęła dłonie w pięści, odpychając widzenie. Chciała być jak najdalej od tego wszystkiego.
Nawet nie wróciła po rzeczy do mieszkania Artura. Na szczęście nie miała ich tam wiele: parę ubrań, drobiazgi. Przeprowadzkę planowali dopiero po ślubie, więc jej rzeczy czekały w niewielkiej, jednopokojowej kawalerce z przydziału. To ułatwiało sprawę nie musiała wracać tam teraz, by nie stawiać sobie oczu z bólem i gniewem.
Telefon w kieszeni wibrował nieustannie Artur próbował się do niej dodzwonić raz za razem. Weronika patrzyła na wyświetlacz i odrzucała połączenia. Wiedziała, iż jeżeli odbierze, nie zdoła powstrzymać fali żalu i rozpaczliwych słów. Lepiej poczekać, aż opadną emocje.
Artur nie dawał za wygraną. Poza telefonami, przysłał kilka wiadomości głosowych. Jego ton był ostry, niemal zły:
Weronika, zachowujesz się jak gówniara! Starałem się, chciałem dobrze, a ty Po prostu nie masz serca! To czysta histeria!
Kolejna wiadomość była jeszcze bardziej zdecydowana:
Podjąłem decyzję. Ludmiła będzie na ślubie. Kropka. Nie będę zmieniał zdania przez twoje fochy. Będziemy utrzymywać rodzinne relacje, a nasze dzieci będą do niej mówić babcia. Tak trzeba!
Stała na przystanku autobusowym, słuchając tych słów, a w jej sercu rosła twarda, gorzka pewność. Wyłączyła telefon, schowała go głęboko do kieszeni i spojrzała w szare niebo. Jej świat właśnie pękł na pół.
Długo wpatrywała się w ekran telefonu, gdzie jeszcze przed chwilą migały ostatnie wiadomości od Artura. “Ludmiła będzie na ślubie. Kropka” te słowa utkwiły niczym drzazga, nie pozwalając oddychać.
W końcu napisała krótko, jasno i bez niedopowiedzeń: Ślubu nie będzie. Nie chcę widzieć ani ciebie, ani tej kobiety.
Wysłała. Przez chwilę patrzyła na ptaszka przy powiadomieniu, potem spokojnie zablokowała numer Artura.
Zapadła cisza żadnych telefonów, żadnych powiadomień, żadnych rozpaczliwych prób kontaktu. Cisza tłumiła jej myśli jak ciepły koc i przyniosła wyczekiwane ukojenie.
Może kiedyś pożałuje tej decyzji. Może… Ale dziś, w tej chwili, wiedziała jedno. To była jedyna słuszna droga. Bo nie da się budować przyszłości z kimś, kto nie szanuje twoich granic ani twojej przeszłości.
Prawdziwa rodzina to nie ta, która przekazała geny, ale ta, która była przy tobie wtedy, gdy najbardziej jej potrzebowałaś. To właśnie wybór a nie historia krwi daje nam prawo do szczęścia i godności.













