Przebaczenia nie będzie
Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, żeby odnaleźć swoją matkę?
Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wiktoria aż drgnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole papiery, które przyniosła z kancelarii sterta dokumentów chyliła się do upadku, więc ostrożnie przytrzymywała ją dłonią. W tej chwili zastygła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Piotra. W jej oczach malowało się szczere zaskoczenie: skąd w ogóle taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która jednym ruchem przekreśliła niemal całe jej dzieciństwo?
Oczywiście, iż nie odpowiedziała Wiktoria, starając się mówić spokojnym tonem. Co to za absurdalny pomysł? Czemu miałabym się tym zajmować?
Piotr zmieszał się lekko. Przeciągnął dłonią po jasnych włosach, jakby próbował zebrać myśli, i lekko się uśmiechnął sztucznie, jakby sam już żałował, iż zaczął ten temat.
No bo zaczął niepewnie. Często słyszę, iż dzieci po domach dziecka czy rodzinach zastępczych marzą, by znaleźć swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem Gdybyś chciała, chętnie pomogę. Naprawdę.
Wiktoria pokręciła głową. Poczuła w piersi znajome, bolesne ściśnięcie, jakby ktoś niewidzialny ściskał jej żebra. Głęboko nabrała powietrza, próbując się opanować, i spojrzała z powrotem na Piotra.
Dzięki, ale nie trzeba, powiedziała stanowczo, lekko podnosząc głos. Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta już dawno nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę!
Tak, zabrzmiało to ostro, ale inaczej się nie dało! Bo co, miałaby wracać do tych wszystkich przykrych rzeczy i wylewać serce przed narzeczonym? Kochala go, bardzo, ale są sprawy, których nie chce się dzielić. choćby z najbliższymi. Dlatego znów zajęła się dokumentami, udając, iż nagle ma mnóstwo pilnych spraw.
Piotr zmarszczył brwi, ale nie ciągnął już dalej. Było widać, iż jego zabolała jej reakcja. W głębi duszy nie potrafił zrozumieć tej postawy! Dla niego matka była prawie świętością bez względu na to, jaką była osobą. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko przez dziewięć miesięcy i dała mu życie, stawiał ją gdzieś wysoko, niemal na piedestale. Wierzył głęboko, iż między matką i dzieckiem istnieje niewidzialna więź, której nie zerwie czas ani okoliczności.
Wiktoria jednak całkowicie odrzucała te przekonania bez wątpliwości, bez zawahania. Dla niej sprawa była klarowna: jak można chcieć spotkać kogoś, kto potraktował cię tak bezlitośnie? Ta tak zwana mama nie tylko oddała ją do domu dziecka to było znacznie gorsze, dużo bardziej bolesne!
Dawno temu, będąc jeszcze nastolatką, Wiktoria w końcu zdecydowała się zadać pytanie, które przez lata ją dręczyło. Podeszła do pani dyrektor placówki, Danuty Kowal, kobiety surowej, ale sprawiedliwej, którą wszystkie dzieci szanowały.
Dlaczego tu jestem? spytała Wiktoria cicho, ale stanowczo. Moja mama… czy ona nie żyje? Czy odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało się stać coś poważnego, prawda?
Danuta Kowal zamarła. Właśnie przeglądała papiery na biurku, ale po pytaniu dziewczynki wolno odłożyła dokumenty. Przez kilka chwil milczała, jakby ważyła każde słowo, w końcu westchnęła ciężko i skinieniem głowy wskazała Wiktorii krzesło.
Wiktoria usiadła, zaciskając palce na krawędzi, czując narastający niepokój. Przeczuwała już, iż usłyszy coś, co na zawsze zmieni jej spojrzenie na przeszłość.
Została pozbawiona praw rodzicielskich i postawiono jej zarzuty karne zaczęła Danuta Kowal powoli, dobierając uważnie słowa. Spoglądała na Wiktorię spokojnie, ale w oczach czaiło się współczucie musiała przekazać dwunastoletniej dziewczynce gorzką prawdę, którą tak wielu wolałoby przemilczeć. Mogła wymyślić łagodniejszą wersję, ale była pewna, iż Wiktoria ma prawo wiedzieć całą prawdę.
Po chwili namysłu kontynuowała:
Trafiłaś do nas, mając cztery i pół roku. Zgłosili to przechodnie zauważyli samotne dziecko błąkające się ulicami. Szłaś sama, mała, zagubiona… Potem okazało się, iż jakaś kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu, a sama wsiadła do pociągu i odjechała. Była jesień wilgotno, chłodno, a ty miałaś tylko cienki płaszczyk i kalosze. Kilka godzin na dworze skończyło się szpitalem. Byłaś bardzo przeziębiona, leczenie trwało długo.
Wiktoria siedziała bez ruchu, jakby skamieniała. Dłonie zaciśnięte w pięści, twarz bez wyrazu, tylko w oczach zebrały się ciemne chmury. Milczała, ale pani dyrektor wiedziała, iż dziewczyna słucha każdego słowa, chłonie całą prawdę.
A… znaleźli ją? Co powiedziała w swojej obronie? wyszeptała Wiktoria, nie rozluźniając pięści.
Znaleziono ją i skazano. A jej wyjaśnienie… Danuta Kowal zawahała się na moment, potem gorzko się uśmiechnęła. Stwierdziła, iż nie miała pieniędzy, a trafiła się praca. Ale pracodawca nie pozwalał wprowadzać dzieci uznała, iż sprawisz jej problem. To był jakiś pensjonat. Uznała, iż prościej będzie cię zostawić i zacząć nowe życie już bez ciebie.
Wiktoria nie drgnęła. Palce powoli rozluźniły się, dłonie oparła na kolanach. Wpatrywała się gdzieś w dal, ale najwyraźniej myślami była w tamten jesienny poranek, którego już choćby nie pamiętała.
Rozumiem… powiedziała w końcu niemal bezbarwnym głosem. Potem spojrzała prosto na panią dyrektor i cicho dodała: Dziękuję za szczerość.
W tamtej chwili Wiktoria uświadomiła sobie jedno: nie będzie jej szukać. Nigdy. Ta myśl, która kiedyś czasem się pojawiała iż może kiedyś, z ciekawości, spojrzeć jej w oczy i zapytać: dlaczego? teraz zniknęła na zawsze.
Zostawić dziecko na ulicy… Jak można coś takiego zrobić? Czy kobiecie, która dała jej życie, zupełnie zabrakło serca? Z małym dzieckiem mogło się stać wszystko!
To nie jest czyn człowieka, tylko bestii! powtarzała sobie w duchu Wiktoria, a w środku aż ściskało z bólu i żalu. Próbowała, naprawdę próbowała, znaleźć jakieś wyjaśnienie. Może matka była w rozpaczy? Może naprawdę nie było innego wyjścia? Może sądziła, iż to dla Wiktorii będzie lepsze?
Ale te rozważania za każdym razem rozbijały się o twarde fakty. Czemu nie mogła po prostu oddać jej do adopcji? Czemu nie przekazała jej oficjalnie pod opiekę państwa, żeby mieć pewność, iż będzie bezpieczna? Po co naraziła ją na wszystko, co mogło się wydarzyć samotnemu czterolatkowi na wilgotnej, zimnej ulicy?
Wiktoria rozważała różne wyjaśnienia, ale żadne nie było wystarczające. Nic nie łagodziło bólu ani nie usprawiedliwiało zdrady. Za każdym razem widziała tylko jedno: świadomą, okrutną decyzję, by pozbyć się dziecka jak niepotrzebnej rzeczy.
Z każdą kolejną myślą w Wiktorii narastała pewność. Nie, ona nie będzie jej szukać. Nie będzie pytać, nie będzie próbować zrozumieć. Bo zrozumienie już niczego nie zmieni. A przebaczyć to ponad jej siły.
Z tą decyzją poczuła dziwne, niemal fizyczne ukojenie…
***
Mam dla ciebie niespodziankę! Piotr promieniał szczęściem, jakby właśnie wygrał szóstkę w totolotka. Stał w korytarzu, przebierał z niecierpliwości nogami i wyciągał rękę. Spodoba ci się, zobaczysz! Chodź, nie każ się długo prosić!
Wiktoria zatrzymała się w drzwiach pokoju, z kubkiem zimnej herbaty w dłoniach. Spojrzała na Piotra z lekkim niepokojem, odstawiła kubek na stolik. Co to za niespodzianka? I dlaczego mimo jego entuzjazmu czuła rosnący niepokój? W środku miała wrażenie, iż w każdej chwili pęknie napięta do granic struna.
Gdzie idziemy? spytała, siląc się na opanowany głos.
Zaraz zobaczysz! Piotr uśmiechnął się jeszcze szerzej, złapał ją za rękę i pociągnął do drzwi. Zaufaj mi.
Nie stawiała oporu, ale pod skórą czuła dziwne napięcie. Automatycznie narzuciła płaszcz, wsunęła buty i wyszła za Piotrem. Całą drogę do parku próbowała zgadnąć, co on wymyślił. Może bilety do filharmonii? Może spotkanie z dawną koleżanką? Nic jednak nie wydawało się prawdopodobne.
Kiedy weszli do parku, Wiktoria od razu zauważyła siedzącą na ławce kobietę. Była skromnie, ale schludnie ubrana: ciemny płaszcz, szalik dokładnie owinięty wokół szyi, mała torebka na kolanach. Jej twarz wydała się Wiktorii dziwnie znajoma, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd. Rodzina Piotra? Jakaś jego znajoma?
Piotr z pewnością ruszył w kierunku ławki. Wiktoria szła za nim, próbując dopasować elementy tej układanki. Gdy były blisko, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. Nagle coś w środku Wiktorii się poruszyło pojęła, skąd zna tę twarz. Z lustra. Tylko starszą o trzydzieści lat.
Wiktoria Piotr wypowiedział jej imię uroczyście, jakby na estradzie ogłaszał coś bardzo ważnego mam zaszczyt oznajmić, iż po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć twoją mamę. Jesteś szczęśliwa?
Wiktoria stanęła jak zamurowana, czując, jak świat wokół niej na moment się zatrzymał. Jak on mógł? Przecież wyraźnie powiedziała, iż nie chce choćby słyszeć o tej kobiecie!
Córeczko! Jakaś ty wyrosła piękna! Kobieta gwałtownie wstała, wyciągnęła ręce, by ją objąć. Jej głos drżał od wzruszenia, oczy błyszczały łzami szczęścia.
Ale Wiktoria cofnęła się o krok, jakby chciała powiększyć odległość między sobą a tą kobietą. Jej twarz zesztywniała, spojrzenie stwardniało.
To ja, twoja mama! kobieta mówiła dalej, z uporem nie zauważając reakcji córki. Szukałam cię tak długo! Myślałam o tobie cały czas…
To było trudne! wtrącił Piotr z wyraźną dumą, promieniejąc jak świeży grosz. Musiałem prosić znajomych, dzwonić po różnych urzędach, szukać kontaktów Ale udało się, i jestem naprawdę szczęśliwy!
Przerwała mu szybka, głośna, bolesna policzek. Ręka Wiktorii uniosła się mechanicznie, bez zastanowienia. W oczach miała łzy gniewne, pełne bólu. Patrzyła na narzeczonego i widziała w nim jedno wielkie pytanie: jak on mógł? Tyle razy tłumaczyła, iż nie chce znać tej kobiety, iż tu już wszystko zostało zamknięte!
Co robisz?! wykrztusił Piotr, przykładając rękę do rozpalonego policzka. Był wyraźnie zszokowany jej reakcją. Przecież chciałem ci zrobić przyjemność! Pomyślałem o twoim dobru…
Wiktoria milczała. W gardle miała gulę, w środku wszystko kipiało. Piotr, mężczyzna, któremu ufała, złamał najważniejszą zasadę: nie ruszać jej przeszłości. To, co chowała najgłębiej, teraz zostało wystawione na światło dzienne, i to przez jego dobre intencje!
Kobieta obok nich zdezorientowana rzucała spojrzenia raz na Wiktorię, raz na Piotra. Wyraźnie nie wiedziała, co zrobić. Chciała coś powiedzieć, ale widząc twarz córki, zamilkła.
Nie prosiłam cię o to! powiedziała Wiktoria cicho, z trudem panując nad głosem. Jasno mówiłam, iż tego nie chcę! Ty i tak postawiłeś na swoim!
Piotr odjął dłoń od twarzy. Szukał wzrokiem jakiejkolwiek szansy, iż Wiktoria zmieni zdanie, ale widział w jej oczach jedynie stalową determinację.
Przecież to twoja matka! Nieważne, jaka jest, ale matka! powiedział śmiało Piotr, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
W tej chwili kobieta nieśmiało zrobiła krok w przód. Jej głos był cichy, niepewny, jakby szukała jakiejś pokrętnej wymówki, choć sama nie wierzyła we własne słowa:
Tak często chorowałaś, nie miałam pieniędzy na lekarstwa zaczęła, cedząc każde zdanie. Trafiła się szansa na zarobek Miałam cię zabrać, naprawdę! Ułożyłoby się i byłoby dobrze…
Wiktoria gwałtownie się do niej odwróciła. W jej oczach nie było najmniejszej litości tylko twarda, wycierpiana przez lata gorycz.
Zabierzesz skąd? Z cmentarza? jej głos był zimny, niemal bezwzględny, ale nie mogła już dłużej milczeć. Mogłaś napisać do opieki, iż chwilowo nie możesz się mną zajmować. Mogłaś mnie oddać do szpitala, jeżeli tak często chorowałam! Ale nie zostawia się dziecka na ulicy! W zimno, samo bez opieki!
Piotr, nie wiedząc już, jak opanować narastający konflikt, próbował złapać Wiktorię za rękę. Jego palce lekko objęły jej nadgarstek, ale natychmiast się wyswobodziła, choćby na niego nie patrząc.
Przeszłość minęła, trzeba żyć dniem dzisiejszym mówił Piotr stanowczo, jakby próbował przekonać i ją, i samego siebie. Przecież zawsze mówiłaś, iż chciałabyś mieć rodzinę na weselu. Ja to dla ciebie załatwiłem…
Wiktoria spojrzała na niego, a jej oczy pełne były rozczarowania. Piotr automatycznie zrobił krok do tyłu.
Zaprosiłam panią Danutę Kowal, dyrektorkę domu dziecka, i Julię Pawlikowską, moją wychowawczynię jej głos brzmiał cicho, ale głęboko. One były dla mnie prawdziwymi mamami! To one były przy mnie, gdy było źle. To im zawdzięczam wszystko i one są moją rodziną!
Wiktoria szarpnęła rękę i, nie oglądając się za siebie, wybiegła z parku. Nogi niosły ją przez alejki, obok ławek, dalej byleby uciec od słów, od spojrzeń, od narzeczonego, któremu ufała bez zastrzeżeń. W środku aż buzowało od emocji, tchu brakowało. choćby przez chwilę nie przypuszczała, iż Piotr zdolny byłby do takiej zdrady.
Ona przecież nic przed nim nie ukrywała. Opowiedziała całą prawdę o swoim dzieciństwie bez upiększania, bez łagodzenia. O miesiącach w domu dziecka, o dniach pełnych nadziei, iż matka wróci. Piotr słuchał, kiwał głową, twierdził, iż rozumie. A jednak odnalazł tę kobietę. I przyprowadził ją. Nieważne, jaka jest ale matka jego słowa dudniły w głowie, wywołując kolejną falę rozpaczy.
Nigdy! zdecydowała stanowczo Wiktoria. Nie przyjmie tej kobiety do swojego życia! Nie udawała, iż nic się nie stało.
Nie zwalniając kroku, wyszła z parku na ulicę, nie patrząc pod nogi. Myśli się plątały, przed oczami co chwila pojawiała się twarz matki postarzała, z niepewnym uśmiechem, z tym samym drżeniem, które widziała dziś. Zacisnęła pięści, próbując o tym nie myśleć. Chciała tylko być jak najdalej od tego wszystkiego.
Nawet nie wróciła po rzeczy do mieszkania Piotra. Na szczęście zostało tam niewiele: kilka ubrań, parę drobiazgów. Przeprowadzka była zaplanowana dopiero po ślubie, więc większość rzeczy czekała w przydzielonej z urzędu kawalerce. To ułatwiało wszystko. Najważniejsze nie wracać do Piotra, nie prowokować kolejnych scen, gdy uczucia są wciąż zbyt świeże.
Telefon w kurtce dzwonił raz po raz Piotr próbował się dodzwonić. Wiktoria patrzyła na wyświetlacz, ale nie odbierała. Bała się, iż nie wytrzyma, powie coś, z czego nie będzie się w stanie wycofać. Lepiej przeczekać pierwszą burzę żalu.
Ale Piotr nie ustępował. Poza próbami rozmowy wysłał kilka wiadomości głosowych. Głos miał ostry, niemal zły:
Wiktoria, zachowujesz się jak dziecko! Przecież starałem się dla ciebie, a ty… Po prostu jesteś niewdzięczna! Histeryzujesz!
A kolejne wiadomości były jeszcze bardziej stanowcze:
Już postanowiłem. Jadwiga będzie na naszym ślubie. Kropka. Nie zamierzam tego zmieniać przez twoje fanaberie. Będziemy mieć rodzinne kontakty, a nasze dzieci zawołają ją babcią. Tak jest normalnie i tak będzie!
Wiktoria słuchała tych słów, stojąc na przystanku autobusowym, i czuła, jak w środku wszystko się wywraca. Wyłączyła telefon, wsunęła go do kieszeni i spojrzała w szare niebo. Jej świat właśnie pękł na pół i nie wiedziała, czy da się go jeszcze poskładać.
Jeszcze długo patrzyła na zamrożony wyświetlacz z ostatnią wiadomością od Piotra. Słowa ciągle dudniły jej w głowie twarde, bezdyskusyjne, niepodważalne. Jadwiga będzie na ślubie. Kropka. Wryły się w pamięć, nie dając chwili wytchnienia.
Otworzyła wiadomości, wpisała krótki tekst i czytała go kilka razy. Słowa były proste i jasne: Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć ani ciebie, ani tej kobiety.
Wysłała wiadomość. Przez moment patrzyła na niebieski znaczek potwierdzający dostarczenie, po czym powoli odłożyła telefon.
Prawie od razu dzwonek znowu rozdzwonił się Piotr dzwonił uparcie. Wiktoria nie ruszyła się nawet. Przyszły kolejne wiadomości, ale nie przeczytała żadnej. Weszła w kontakty i bez zawahania dodała numer Piotra do czarnej listy.
Zapadła cisza żadnych dzwonków, powiadomień, żadnych kolejnych prób kontaktu. Spokój otulił ją jak ciepły koc, przynosząc wytęsknione ukojenie.
Może później pożałuje swojej decyzji. Może… Ale teraz, w tej chwili, to był jej jedyny wybór. Czuła, iż burza się uspokaja, a zamiast niej pojawia się wyciszenie i zmęczona, ale jasna świadomość.
Tak jest dobrze. Nie ma przyszłości z kimś, kto potrafiłby coś takiego zrobić.

![Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra w Radoszycach. Znamy szczegóły [wideo, zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/Zapowiedz-WOSP-w-Radoszycach-2026.jpg)









