Przenieś się na “swoje terytorium” – ogłosił mąż

newsempire24.com 8 godzin temu

Pamiętam, iż pewnego wieczoru w naszej kamienicy na Pradze wtedy już po latach małżeństwa musiałem usiąść przy stole i porozmawiać z żoną. Nie mogłem tego odkładać na później.

Alino, usiądź, poprosił mnie mój mąż, Witold, ciężko i z trudem.
Alina wyłączyła gaz i obróciła się wolno.

Co się stało? zapytała, zaniepokojona.
Witold nie patrzył mi w oczy wstyd go przygniatał.

Odchodzę. Mam inną kobietę, jej imię jest Julia. Pracujemy razem. To nie jest tylko przelotny romans, Alino. To prawdziwa miłość. Nie mogę już dłużej kłamać ani tobie, ani sobie.

Alina przyjęła tę wiadomość godnie. Nie płakała, nie rzucała naczyń, nie błagała, by został. Jego decyzję przyjęła. Jedynie jedno sprawiało jej trudność: Witold chciał, by zabrała nasze dzieci córkę ze pierwszego małżeństwa, Martę, i naszego wspólnego syna, Tomka i wyprowadziła się na swoją dzielnicę.

Bo przecież on miał gdzieś swój nowy życiowy zakątek?

Alina nie zamknęła oczu tej nocy, rozmyślając. Siedmioma i pół metra mieszkanie, dwoje dzieci, jej pensja jako księgowej, której ledwo starczało na koniec miesiąca. I pomoc, jeżeli będzie możliwa, od człowieka, który właśnie zdradził rodzinę.

Jak żyć? Dlaczego miałaby być ofiarą? Dlaczego miałaby poświęcać siebie i dzieci dla jego wygody i nowej miłości?

Rano Alina, patrząc wprost w oczy Witoldowi, powiedziała:

Dobrze, Witoldzie. Zgodzę się wyprowadzić.

Mężczyzna ucieszył się:

No widzisz, jesteś mądra. Wiedziałem, iż masz rozum, i

Ale mam jedną warunek, przerwała go Alina.

Jaki? spytał ostrożnie.

Zakochałeś się w innej, nie mam temu nic przeciwko. Nie zamierzam dzielić mieszkania, choć prawnie mam prawo do połowy. Zostaw ją sobie.

Naprawdę? wzrosnął ton Witolda. Dziękuję!

Naprawdę. Ja i Marta wchodzimy do mojego kawalerki, dwie osoby, a wystarczy nam. Zrobimy przenosin, kupimy łóżko piętrowe, znajdziemy miejsce.

A co z Tomkiem? zapytał zdezorientowany Witold.

Alina spojrzała go prosto:

Syn zostaje z tobą.

Co? Z… ze mną? zaśmiał się nerwowo Witold. Żartujesz? On jest mały! Potrzebuje mamy!

W Polsce rodzice mają równe prawa i obowiązki, Witoldzie podkreśliła Alina. Ty jesteś ojcem. Prosiłeś, żebym go urodziła, pamiętasz? Chcę potomka, żeby grał w piłkę. I będziesz płacił alimenty, jak mówi prawo, i zabierał go w weekendy, o ile będziesz mógł.

Nie możesz tak postąpić! krzyczał Witold. Jesteś matką! Jaką matkę zostawiłaby dziecko?

Nie zostawiam, oddaję go prawdziwemu ojcu, w przestronnym mieszkaniu, blisko przedszkola. Dlaczego miałbym go tłoczyć w ciasną kawalerkę, zmieniać mu ogródek, odbierać komfort? Sam powiedziałeś, iż warunki nie będą najlepsze. Niech więc syn mieszka w dobrych warunkach, z tobą i Julią. Niech ona uczy się roli macochy, bo już zamierza z tobą budować rodzinę.

Mam pracę! krzyczał Witold. Cały dzień w biurze! Kto go odprowadzi do przedszkola? Kto go odbierze? Kto go nakarmi, ubierze, położy spać?

Ja też pracuję odparła spokojnie Alina. Nie mam czasu, ale radziłam sobie te cztery lata. Teraz twoja kolej. Chłopiec potrzebuje męskiego wychowania. Zawsze mówiłeś, iż go za bardzo rozpieszczam. Więc wyhoduj go na mężczyznę.

Witold zaczął drżeć i biegać po sypialni.

To absurd! To jakiś żart! Julia nie zgodzi się! Ma dwadzieścia pięć lat, po co jej moje dziecko?

To już twoje problemy, kochanie powiedziała Alina, krzyżując ręce na piersi. Jesteś głową rodziny, więc decyduj.

Zasady podwójne mnie męczą. Chcesz nowe życie weź odpowiedzialność.

***

Pakowanie zajęło dwa dni. Witold przez cały czas chodził jakby w wodzie, naprzemiennie wzbudzając litość, grożąc i wzywając sumienie.

Alino, pomyśl, co ludzie powiedzą! syknął, kiedy pakowałam rzeczy Darii do kartonów. Twoi rodzice, moi rodzice

Niech gadają zamykałam karton taśmą. Nie obchodzi mnie to. Nie wytrzymam dwojga na jednej pensji i w jednym pokoju.

Najtrudniejszy był telefon do mamy dzwoniła trzy razy wieczorem, płacząc w słuchawce.

Córeczko, ogarnij się! Jak możesz zostawić Tomka ojcu? On cię potrzebuje!

Mamo odpowiedziałam zmęczona. Jesteście w innym mieście. Co możecie zrobić? Przesłać pieniądze? Wasze emerytury to jedynie mrzonki.

Wszystko już ustaliłam. Witold będzie ojcem, nie tylko słowami. Nie będzie go już nękać.

W dniu wyprowadzki Tomek biegał po mieszkaniu, myśląc, iż to jakaś gra. Usiadłam przy nim na kolana, poprawiłam mu warkocz. Serce mi pękało, chciałam go przytulić i uciec, gdzie oczy sięgną. Wiedziałam jednak, iż gdyby dałam się ponieść, Witold położyłby mi rękę na szyi i zostawiłby bez grosza. Zostałabym sama z dwójką dzieci, bez pieniędzy, w małym gołej chatce, a on cieszyłby się życiem.

Synku powiedziałam, patrząc w jego jasne oczy. Mama z Darią zamieszka w innym miejscu. Ty zostaniesz z tatą. Będziecie się bawić, chodzić na spacery. Tata cię bardzo kocha.

A wrócisz? zapytał Tomek, trzymając pluszowego królika.

Oczywiście. W sobotę przyjdę, pójdziemy do parku, zjemy lody. Słuchaj się taty.

Daria stała przy drzwiach, słuchawki na szyi, milcząco wspierając mnie. Witold stał w korytarzu, bladego koloru jak ściana.

Na serio wyjdziesz? Tak po prostu?

Klucze na stoliku rzuciłaś. Lista leków na lodówce, ma trochę podrażnione gardło, trzeba płukać. W przedszkolu spotkanie w czwartek, nie zapomnij.

I odszedłam.

***

Pierwszy tydzień samodzielnego życia Witolda był katastrofą. Poranek zaczynał się nie od kawy i pocałunku z Julią, a od krzyku: Tato, chcę jeść!. Potem gonitwa po mieszkaniu w poszukiwaniu skarpet, które zawsze gdzieś znikały. Owsianka przypalała się, mleko leciało. Tomek odmawiał jedzenia, pluł, domagał się kreskówek.

Jedz, kogoś tam przysłuchało! wykrzykiwał, spóźniając się do pracy. Dziecko zaczynało płakać. Witold czuł się jak rozbitek, chwytał się za pasek, potem go zrzucał, podsuwał synowi czekoladkę, by go uciszyć.

W przedszkolu patrzyli na niego krzywo. Pani opiekunka co chwilę komentowała:

Tato, dlaczego dziecko w brudnej koszulce?

Zapomniałeś czepka.

Trzeba dopłacić za zasłony.

W pracy wszystko wymykało się z rąk. Szef dwukrotnie wzywał go na rozmowę, sugerując, iż życie prywatne nie powinno kolidować z obowiązkami zawodowymi. Wieczorami zaczynał drugi akt: odbierał dziecko z przedszkola, biegł po zakupy, sprzątał, gotował. Po pięciu minutach od sprzątania Tomek rozrzucał zabawki po całym podłodze.

Trzeci dzień pojawiła się Julia. Weszła do mieszkania i od razu zmarszczyła nos.

Witek, mieliśmy iść do kina wymamrotała, nie zdejmuąc butów.

Jakie kino, Julio? siedział na kanapie, w jednym skarpetce, rozczochrany. Tomka nie zostawić nikomu.

No to wynajmij niani!

Za ile? Widzisz ceny niani? Połowa pensji idzie na kredyt!

Tomek wybiegł do korytarza, pomalowany flamastrami, i wpadł w nogi Julii, obejmując jej jasne spodnie brudnymi rękoma.

Ciociu! Patrz, jestem tygrysem!

Ała! wykrzyknęła, skacząc. Co robisz?! Witek, weź go! To mój Deliccio, kosztuje fortunę!

On jest dzieckiem! ryczał Witold. Przestań się denerwować! Pomogłabyś lepiej!

Ja? Pomogłabym? oczy Julii rozszerzyły się. Nie zatrudniono mnie jako niania! Ja chcę uwagi!

A u ciebie w domu! Twoja była specjalnie to zaaranżowała!

Moja była, przy okazji, cztery lata się tym zajmowała, kiedy ja siedziałem w biurze! wpadło mu do ust.

Julia przewróciła oczami, odwróciła się i wybiegła, trzaskając drzwiami. Nie wróciła już nigdy.

Do soboty Witold był cieniem. Schudł, zarósł w zarost, pod oczami miał czarne kręgi. Mieszkanie przypominało pole bitwy. Gdy zadzwonił dzwonek, wybiegł otwierać, potykając się o małe samochodziki. Na progu stały Alina i obok niej Daria.

Mamusiu! Tomek podbiegł do niej, krzycząc.

Alina wzięła syna na ręce, pocałowała w oba policzki.

No witajcie, kochani. Jakże się macie? Żywi się?

Witold oprzyrósł się przy ścianie, kolana drżały. Patrzył na Alinę, jakby widział ją po raz pierwszy. Nagle pojął, jaki ciężki wysiłek dźwigała wszystkie te lata, uśmiechając się i nie narzekając. On zaś nazwał to siedzeniem w domu.

Alino wychrypiał.

Ona uniosła brew, pytająco.

Zabierz go. Proszę. Nie dam rady, nie poradzę. Zwolnią mnie. Julia odeszła. Ja ja

Alina położyła Tomka na podłogę.

Idź, synku, pokaż Dari macie nowe rysunki.

Dzieci pobiegły do pokoju. Alina przeszła do kuchni, spojrzała na stos brudnych naczyń, przyrumienioną kaszę na kuchence. Usiadła na tym samym stołku, na którym siedziała tydzień temu.

Nie wrócę tu, Witoldzie rzekła spokojnie. Po tym, co zorganizowałeś, nie będę z tobą żyła.

A niech to szlag z Julianą! machnął ręką, siadając naprzeciw i zakrywając twarz dłońmi. Zrozumiałem. Byłem w błędzie, wszystko jest nie tak. Ale Tomek nie mogę go zostawić. Jestem złym ojcem, Alino

Ucz się odparła surowo Alina. Rozumiem, iż dziecko nie powinno cierpieć. Mam więc propozycję.

Witold podniósł głowę, patrząc na nią jak na zagubionego psa.

Jaka? Zgadzam się na wszystko.

Biorę Tomka, mieszkamy we własnym mieszkaniu. Ty wyprowadzasz się.

Gdzie? zapytał osłabiony.

Do mojej kawalerki, tych siedemnaście metrów. Tam mieszkałam, tam możesz przyprowadzić kogo chcesz. Przekazuję mieszkanie dzieciom po równo, by mieć pewność, iż nie wyrzucisz nas jutro z powodu nowej miłości.

Witold otworzył usta, by protestować, iż to grabież, iż to i jego mieszkanie Ale potem przywołał wspomnienie tej nocy, płaczu, gorączki, kaprysów, niekończącego się deja vu. Przypomniał sobie pustą kawalerkę i całkowitą bezsilność. Spojrzał na Alinę nie blefowała.

Alimenty płacisz stałe kontynuowała. Dołożysz połowę kosztów zajęć i warsztatów. Będziesz mógł widywać syna, kiedy będziesz chciał, nie będę cię powstrzymywać. My będziemy tu, bez ciebie.

Witold milczał chwilę, po czym westchnął:

Dobrze. Zgoda.

Alina skinęła głową.

Pakuj rzeczy, Witoldzie. Kawalerka jest wolna. Klucze dam ci od razu.

Wstał i poszedł do sypialni po walizkę. Stracił wszystko: rodzinę, syna, dumę. Gdy zapinał suwak torby, poczuł, iż to jedyne słuszne rozwiązanie po siedem lat chaosu.

Idź do oryginalnego materiału