Po rozmowie z Martą, moją przyjaciółką od lat szkolnych, moje podejście do ludzi diametralnie się zmienia to samo dotyczy mojego męża, Andrzeja. Od tej pory staramy się mniej dzielić swoim życiem prywatnym z innymi, choć przez cały czas podtrzymujemy z nimi dobre relacje. Nikogo już jednak nie wpuszczamy aż tak blisko, jak kiedyś. Wszystko przez niemiłe doświadczenie, które spotkało Martę i jej męża.
Marta ze swoim mężem, Tomaszem, przyjaźnią się od dawna z Anitą i Piotrem. Panowie znali się z pracy w jednej z krakowskich firm, kobiety studiowały razem na UJ. Później Anita wyszła za Piotra i urodziła synka, a Marta poznała Tomasza na ślubie Anity. Niedługo później również się pobrali.
Wszystko układało się świetnie, do czasu aż Piotr zdecydował się na zmianę pracy znalazł stanowisko w dużej firmie w Warszawie, bardziej dochodowe. Anita również dostała dobrą posadę w banku. Cztery lata później, kiedy Marta przechodziła na kolejne urlopy macierzyńskie z powodu narodzin dzieci, zwolniono ją pod byle pretekstem. Atmosfera w ich domu stała się napięta, bo Tomasz musiał ciężko pracować, by zapewnić rodzinie wygodne życie. Mimo to radzili sobie kupili dom pod Krakowem, prowadzili nieduże gospodarstwo, wychowywali czwórkę dzieci. Nie byli bogaci, ale nie brakowało im na chleb i na przyjemności.
Anita z Piotrem dzieci nie mieli, skupiali się na karierze i podróżach. Żyli zupełnie inaczej.
Któregoś letniego dnia Anita zadzwoniła do Marty z pomysłem wspólnego weekendu. Chciała zaprosić Martę i Tomasza z dziećmi do ich domu nad Wisłą wspólne ognisko, kąpiele, spacery po lesie. Marta ucieszyła się, ale powiedziała, iż musi to najpierw omówić z mężem i oddzwoni za chwilę. Rozmowa się zakończyła… a raczej tak się wydawało, bo Anita odłożyła telefona na stół, nie rozłączając połączenia.
I wtedy Marta usłyszała znacznie więcej, niż się spodziewała. Z głośnika wydobywały się okropne epitety Piotr z Anitą wyśmiewali jej rodzinę, mówili, iż Marta i Tomek są życiowymi nieudacznikami, którzy ledwo wiążą koniec z końcem przez dzieci. Ich dom nazwali ruderą, dzieci „dziczyzną”, którą ponoć powinni oddać do domu dziecka, skoro nie dają sobie z nimi rady. Marta została nazwana nudziarą, dla której istnieje tylko wychowanie i pieluchy, jej mąż chamem, z którym nie sposób się dogadać. Słuchając tego Marta czuła się, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody.
Nim się otrząsnęła, połączenie się przerwało. Zaraz potem zadzwonił Piotr, jakby nigdy nic potwierdził, iż chętnie przyjadą w weekend. Tomasz odpowiedział spokojnie i odłożył telefon.
Wieczorem, przy herbacie, Marta i Tomek przeanalizowali sytuację. W końcu uznali, iż zobaczą się z nimi i zachowają się normalnie chcieli przekonać się, jak zachowają się „przyjaciele”, nie wiedząc, co się wydarzyło.
W sobotę Anita i Piotr przyjechali z dwoma słoikami ogórków i zwykłą czekoladą dla dzieci. „Widziałam od razu, iż was nie stać na lepsze rzeczy, choćby nie macie czym poczęstować. Ale nie martwcie się, nakarmimy was porządną, domową kuchnią, bo u nas zawsze stół suto zastawiony powiedziała Anita z udawaną uprzejmością. Na to Piotr dorzucił: A potem pomożecie nam trochę w ogrodzie, pracy sporo”.
Tomasz i Marta patrzyli na siebie zdziwieni, nie wiedząc, jak się zachować wobec tych jawnych przytyków, gdy Anita niespodziewanie dodała: A wy co, dzieci jeszcze nie macie?
Daj spokój, jeszcze nie teraz odpowiedziała krótko Marta.
No tak, tylko ludzie bez wyobraźni mają dzieci; porządni Polacy żyją dla siebie rzuciła Anita ironicznie.
Marta i Tomek nie byli w stanie już dłużej tego słuchać. Zorientowali się, iż „przyjaciele” wiedzą znacznie więcej, niż powinni choć nie podejrzewali, iż to przypadek z telefonem jest przyczyną. Po krótkiej wymianie uprzejmości wymyślili pretekst, żeby przerwać spotkanie.
Czy powinni powiedzieć wprost, co wiedzą? Czy lepiej odciąć się dyskretnie? A wy, co byście zrobili na ich miejscu?










