Przypadkowa podsłuchana rozmowa: Zosia dowiaduje się szokujących szczegółów o swojej rodzinie, gdy przyjaciółka zapomina się rozłączyć – czy po tym incydencie można jeszcze ufać bliskim?

newskey24.com 3 dni temu

Po tej historii opowiedzianej przez moją koleżankę, całkowicie zmieniłam podejście do życia towarzyskiego; mój Staszek zresztą też. Zaczęliśmy mocno ograniczać wspólne biesiadowanie, a już na pewno przestaliśmy dzielić się nowinkami z naszego życia. Nie to, iż od razu wszystkich skreśliliśmy albo iż teraz jesteśmy jak jacyś odludki nie, dalej mamy kontakt, ale już każdy, kto chce zajrzeć za kulisy naszego codziennego serialu, dostaje tylko zwiastun. A wszystko przez pewien dość żenujący incydent, który spotkał moją znajomą Marysię i jej męża, Wojtka.

Marysia i Wojtek mieli bardzo bliską parę przyjaciół Anię i Krzysztofa. Znali się od czasów studenckich na Uniwersytecie Warszawskim, a życie niespiesznie tkało ich drogi dalej razem. Wojtek i Krzysztof razem tłukli się do pracy do tej samej korporacji, Marysia z Anią studiowały polonistykę. Sprawy potoczyły się tak, iż najpierw Ania wyszła za Krzysztofa, potem urodził im się Staś. A chwilę później zobaczyła, iż Marysia zupełnie nie czuje mięty do samotności, więc zeswatała ją z kolegą Krzyśka, czyli Wojtkiem i tak powstała druga para.

Z czasem role się trochę odwróciły. Krzysiek rzucił pracę w korporacji, a potem trafił mu się złoty strzał nowa robota z pensją lepszą niż wygrana w Milionerach. Ania też znalazła dobrze płatną posadkę, więc bywali coraz rzadszymi gośćmi na wspólnej kawie. Marysia natomiast przeszła tryb full time mama: ciąża za ciążą, od L4 do L4, z krótkimi epizodami powrotu do pracy. Pracodawcy nie wykazali się nadmierną empatią i pod pretekstem restrukturyzacji pozbyli się jej jak niechcianego paragonu.

Na szczęście Wojtek wziął się w garść, bo czwórka dzieci i żona to nie są tanie hobby. Przez lata dorobili się domu w podwarszawskim Otwocku, regularnie odmalowywanego i z podwórkiem, którego nie powstydziłaby się Pytania na śniadanie. Nie, żeby byli bogaczami, bo do celebrytów z Instagrama to im daleko, ale nikt nie marzł po kątach.

Ania z Krzyśkiem postawili zaś na swobodę dzieci brak, wakacje cztery razy do roku, spontaniczne wyjazdy do Zakopanego na weekend czy weekendowe sushi w centrum Warszawy. Słowem: życie jak z reklamy banku PKO.

I przyszło lato. Krzysiek z Anią stwierdzili, iż już mają przesyt miejskich spalin, więc zaprosili Marysię z rodziną na weekend do ich świeżo wyremontowanego domu w Kazimierzu Dolnym. Miało być pięknie: grill, ognisko, kąpiele w Wiśle, a później wszyscy razem będą zbierać jagody w lesie ot, klasyczna polska sielanka. Marysia była zachwycona, ale powiedziała, iż najpierw dopyta Wojtka, czy dzieci nie mają jakichś zajęć po godzinach i oddzwoni.

No i tu zaczyna się najlepsze. Ania, przekonana iż już się rozłączyła, zostawiła telefon na stole a tam, przez dobrze dziesięć minut, leciał stand-up na temat Marysi i jej familii! Marysia w bezpardonowy sposób dowiedziała się o sobie nowych rzeczy takich, o których choćby ona by nie wymyśliła, gdyby przemówiła do siebie po winie.

Okazuje się, iż w opinii Anki i Krzyśka oni Marysia i Wojtek to jacyś totalni nieudacznicy. Że czwórka dzieci to skaranie boskie, a ludziom takim jak oni gwarantowane są wieczne pieluchy i wyjmowanie 500+ z bankomatu. Dom, jak twierdziła Anka, to chałupa do generalnego, dzieci niewychowane, a po co cztery, przecież połowę mogli od razu oddać do domu dziecka!. O Marysi powiedzieli, iż jest zanudzającą mamuśką, a Wojtek to cham do kwadratu.

Rozmowa przerwana, a Marysia i Wojtek siedzą jak zamurowani. Już chcieli zadzwonić i zrobić awanturę, ale w tym momencie dzwoni Krzysiek! Mówi, iż za dwa dni wpadają do nich do Otwocka z wizytą, żeby sobie trochę pożyć na wsi, po czym odkłada słuchawkę.

Marysia i Wojtek naradzili się i postanowili nie robić scen, tylko zobaczyć, co koledzy od grubej beki wymyślą twarzą w twarz.
Goście przyjechali z powalającym zestawem podarków z promocji w Biedronce: parę słoików z obniżką i czekoladowe batoniki dla dzieci (bo na co lepszego ich stać?). Krzysiek wszedł do kuchni pewny siebie i rzuca:

No co, biedota, choćby na lepszą kawę nie stać? Damy wam za to jeść, przynajmniej się najecie do syta, a potem się trochę przydacie do roboty, bo ogródek zarasta, jakby tu dziki chodziły.

Marysia zza lodówki patrzy z niedowierzaniem. Zaraz Anka wchodzi i pyta:

A wy to czemu jeszcze nie macie piątego dziecka? Dawajcie, na wsi to przecież nuda! rzuca ironicznie.

Wiesz co, jeszcze mamy czas, najpierw trochę chcemy ogarnąć życie pierwotna odpowiedź Marysi.

No jasne, jasne. Dzieci to dla prostaków, my, inteligenci, żyjemy dla siebie! mówi Anka, po czym wywraca oczami tak mocno, iż prawie widzi własny mózg.

Po tej serii uprzejmości Marysia i Wojtek uznali, iż przeprosili się z żelazkiem, bo muszą coś jeszcze uprasować na jutro czyli szybka ewakuacja z własnego domu. Znaleźli pretekst, żeby gości wyprosić wcześniej, przy czym nikt nie wyszedł z tego wieczoru z medalem za asertywność.

I tutaj pytanie: jak powinni się zachować? Mieli machnąć ręką, podać kawę i dalej słuchać wycieczek personalnych? Powiedzieć otwarcie, co usłyszeli? Jestem ciekawa, co wy byście zrobili. W każdym razie, od tego czasu nasza kawka z sąsiadami jest raczej na stację benzynową i pod modnym hasłem żadnych tematów rodzinnych. Bo jak widać, Polak Polakowi… sami dokończcie.

Idź do oryginalnego materiału