Ptasiątko

newskey24.com 1 godzina temu

Wala! No ile ty możesz tam siedzieć, ja tu czekam i czekam! Siadaj wreszcie! zawołała Aniela, sąsiadka Walentyny Maciejewskiej, wiercąc się na ławeczce pod domem, żeby wygodniej się rozsiąść.

A co? Wieczór piękny, aż żal w mieszkaniu siedzieć. W domu to tylko telewizor, kotka Pusia i nuda do kwadratu. A na podwórzu wiosna pełną gębą! Wczesny kwiecień, a tu już cieplej niż na majówkę. choćby ta czereśnia, co ją świętej pamięci mąż Anieli, Stefan, pod oknami posadził, już się obudziła i zakwitła cała jak panna młoda. Ławeczka pod drzewem, co ją ten sam Stefan zrobił, gotowa na pogaduchy. Aniela tydzień temu ją odmalowała, teraz aż się błyszczy. Stoi i wygląda, kiedy znów sąsiadki posiedzą razem i poplotkują tradycyjnie: o dzieciach, o chorobach, o życiu, o… wielkiej miłości!

A o czym innym mają gadać, jak nie o tym? Znają się przecież lepiej niż własne lodówki, a i tak co spotkanie, to wyjdzie coś nowego, jakiś temat zastępczy. Dzieci rosną, chorób przybywa, a miłość? Ech, miłość… Z nią zawsze pod górkę albo z górki rzadko komu starczy na całe życie. Każda więc czeka na moment prawdy aż któraś się zwierzy, co to znaczy być kochaną. Posłucha, westchnie i od razu jakoś lżej. choćby gdy sama ma w sercu ciszę jak po weekendzie na działce bez prądu, to świadomość, iż jeszcze gdzieś ten skarb istnieje, daje promyk nadziei.

Aniela, a adekwatnie Ania tak ją wołali wszyscy z bloku znała Walę odkąd pamiętała. Pół wieku, jak nic, klatka w klatkę. Jeszcze jak były smarkate, mamy nie zamykały drzwi, żeby nie latać co chwilę z kluczem. Wiadomo było, iż jak nie w jednym mieszkaniu, to w drugim, dzieciaki i tak grają w karty. Potem, co prawda, się zamki pojawiły. To było po tej akcji, jak Ania z Walą poszły po szczęście.

Miały wtedy po sześć lat.

Babcia przyjechała do Ani, przez tydzień głaskała ją po głowie i szeptała wielkie życiowe prawdy. Mówiła, iż najważniejsze to znaleźć ptaka szczęścia, złapać go za ogon i nie puścić. Wtedy wszystko ma się jak w bajce życie lekkie, ludzi wokół całe stadko szczęśliwych.

Życie nie wiedziały, co to, ale wszyscy to bardzo konkretnie. Chciały, żeby rodzice się nie kłócili o głupoty, tylko żyli w zgodzie. No więc postanowiły znaleźć tego ptaka.

Ania była przekonana, iż wie, gdzie on mieszka. W sąsiednim bloku! U takiego dziwnego wujka z głosem skrzypiącym jak brama na przedwojennej willi. Czasem wyprowadzał ptaka na dwór ogromny, kolorowy, drący dziób jak kogut na mszę. Ale cud! Ptak szczęścia, jak się patrzy bo choćby w zoo takiego nie miały.

Przygotowały się do tej ekspedycji bardzo poważnie.

Ania wygrzebała ze strychu klatkę, w której kiedyś trzymała króliczka prezent od babci. Przecież ptaka trzeba gdzieś trzymać nie będzie go nosić za ogon non stop, bo ręce odpadną i lody, które powinny magicznie się pojawić po złapaniu szczęścia, nie będzie w co trzymać.

Zabrały też chleb i herbatniki bo skąd wiedzieć, co to za bestia lubi? Wala, po krótkim namyśle, dorzuciła jeszcze krówkę ciągutkę. Bo przecież kto nie lubi cukierków? Będzie wstyd, jak ptak będzie wolał coś słodkiego, a one przyjdą tylko z pajdą chleba.

Nie spieszyły się. Wielkie sprawy nie lubią pośpiechu! Babcia wyjechała już do siebie, obiecując zabrać wnuczkę na całe lato. Rodzice już się pakowali nad morze jeździli obie rodziny razem, Polonezem, żeby taniej wyszło. Do Bałtyku rzut beretem dwie godziny i już. Dom na wynajem stary, ale trzyma się kupy, ogromne podwórze, huśtawki. Do morza ścieżką przez las bajka!

Anię cieszyła i ta wyprawa, i wyczekiwane wakacje u babci. Żal jej tylko było Wali. U niej babć zero. No jak to? Dziecko bez babci? Kto ci szepnie bajkę, kto da cukierka, kto wydzierga czapkę z pomponem, jak nikt tego nie potrafi poza babcią? Ania myślała złapią ptaka i Wala też dostanie babcię. Może choćby taką samą, z tej samej wsi, to nie będą musiały się rozstawać latem!

Dzień przed wyjazdem nad morze zakrzyknęły: Idziemy do koleżanki! i pognały. Drzwi cicho, żeby się nie zatrzasnęły na przeciągu, ściszając chichoty, zeszły po schodach na podwórko.

Swój blok, sąsiedni, i już przy szarym, ponurym domu, skąd, wedle przekonania, ptak szczęścia miał pochodzić.

Na podwórku pusto. Skwar taki, iż choćby dorośli nie chcieli wyłazić. Tylko psy w cieniu przysypiały.

Dziewczyny spojrzały na siebie. No i co teraz? Pytać nie ma kogo. Wala już wciągała powietrze nosem, żeby zacząć łkać, ale Ania, kształcona na babcinej szkole twardości, wytrzymała. Jak nie spróbują, to nici z lodów, babci i nowych sukienek w grochy. A rodzice znów się pokłócą o ptaki i bajki.

A ptak, skoro taki wartościowy, powinien czekać pod blokiem. A go nie ma!

Ania, rozglądając się, złapała Walę za rękę i pociągnęła pod klatkę schodową. Lepiej działać niż gadać! Zaczęły dzwonić do mieszkań.

W tym bloku drzwi jak w twierdzy. Część ludzi nie otwiera, część krzyczy na nieletnich żartownisiów.

A Ania z Walą idą od drzwi do drzwi, stukają tam, gdzie do dzwonka nie dosięgną.

Gdzie mieszka ptak szczęścia?

Co za ludzie, ci dorośli! Proste pytanie co się drzesz, kobietko? Trafiła się choćby jedna, co groziła pasem. Uciekły przed nią, ale zielone wrota z brzydką klamką na zawsze zapamiętały tutaj ptakiem nie pachnie!

Wreszcie szczęście! Otworzył im chłopak, starszy o dwa lata. Słucha i tylko macha ręką:

Chodźcie!

Ptaka nie było, ale za to eksponatów masa: maski z różnych krajów, ogromne muszle, w których szumiało morze, model statku z żaglem i marynarzami.

To z tatą składałem. Święta Aniela.

Ej! Jak ja! pisnęła Ania, nie dotykając żagla z trwogą.

Też masz na imię Ania? Moja mama tak samo.

A gdzie mama?

W pracy. Zaraz przyjdzie. A wy same latacie po świecie? Nie opieprzą was w domu?

No i tu im się przypomniało czas na obiad, matki już nogami tupią, potem się już tylko stoi w kącie, bo mama wkurzona.

Wala, spadamy!

Ania chwyciła Walę za rękaw, klatka została. Zanim wybiegły, chłopak dogonił je w korytarzu:

Czekajcie!

Trzymał w ręce kolorowe pióra, takie piękne, iż obie otworzyły buzie z zachwytu.

Co to?

To pióra pawia! Mama mi przynosi z zoo pracuje tam. Weźcie!

Uszczęśliwione, przytuliły piórka i gnały do domu, nie żegnając się nawet.

A tam afera na cały blok!

Matki, czerwone ze strachu, latały po podwórzu, ojcowie palili nerwowo pod klatką, czekając na dzielnicowego, który kazał nikomu się nie ruszać, dopóki nie zarządzi.

Jak zobaczyła je mama Wali, to aż usiadła na środku placu.

Znalazły się…

Były łzy, buziaki, i pas na dokładkę. Ale czasu w nauczkę już nie starczyło rodzice musieli się szybciej zbierać nad morze.

A po paru dniach, na huśtawkach przed domkiem letnim, dziewczyny wierciły się na deseczce i szeptały:

Wiesz co, Walka, nam żadna ptak szczęścia niepotrzebny!

Dlaczego?

Bo babcia mówiła, iż najważniejsze to być kochanym.

I?

No właśnie! Jakby nas nie kochali, to by tak nie płakali, jak się zgubiłyśmy, prawda? I nie bali się, iż nas już nie będzie.

Prawda

A więc jesteśmy szczęśliwe, kapujesz?

No chyba tak…

Ja to wiem na pewno!

A rodzice?

Co tam rodzice! Pokłócili się choć raz przez te dwa dni?

Nie…

Czyli mogą żyć w zgodzie tylko im się nie chce. Żaden ptak cudotwórca im nie pomoże. Kumam?

Kumam.

To lato było ich najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.

Aniela, wspominając życie, zawsze cieszyła się, iż ma przy kim dzielić pamięć. Razem się żyje łatwiej, a i kto lepiej pamięta, ten drugą podpowie a Walentyna zawsze pamiętała lepiej. Spokojniejsza była, może dlatego. Z Anią to jak z rtęcią wszędzie jej pełno. Wala jak kwiat niby cicha, a rozjaśnia dzień.

Co ciekawe, Ania poznała przyszłego męża i nie rozpoznała go przez miesiąc, dopóki nie wylądowała u niego w mieszkaniu.

Święta Aniela

Statek stał tam, gdzie dawniej. Miały już po dwadzieścia trzy lata, a Wala już była zamężna. Ania znowu poczuła się jak ta mała, przestraszona dziewczynka, co bała się dotknąć figurki marynarza.

Na ślubie wyjęła ze swojej najdroższej książki pióro, schowane przez tyle lat.

Pamiętasz?

Pośmiały się oboje do łez, bo mąż próbował przypomnieć sobie coś sprzed wieków.

A potem było długie, trzydziestoletnie prawdziwe szczęście. Z kłopotami i troskami, z tupotem małych nóżek, a potem już tych większych. Z chorobą, którą Stefan przegrał na ostatniej prostej ale walczył, trzymając ją za rękę każdego dnia. Aż nadszedł dzień, gdy czas stanął, a Ania przestała oddychać, bo powietrze jej i życie odeszło razem ze Stefanem. Wtedy Wala była jak skała. Kiedy wszyscy spanikowali, wzięła przyjaciółkę za ramiona, potrząsnęła, przytuliła jak dziecko.

Trzymaj się, Aniela! Dzieci jeszcze masz…

Ania się ocknęła. Bo szczęście zostało. Niepełne, ale jednak dane jej przez Stefana. Dzieci, choć dorosłe, nie mogą zostać bez matki po odejściu ojca to już by było przegięcie. Jak babcia mówiła:

Dopóki między dzieckiem a niebem stoi ktoś dorosły, to dziecko nie jest sierotą! Szczęśliwe to dziecko…

Miała rację! Więc trzeba żyć dalej dla dzieci, dla wnuków. Chociaż się już rozjechali, bo i praca, i własne życie, ale Ania wie: zawsze jej potrzeba. Zawsze kochana. Może spakować walizę, kupić bombonierkę za kilka złotych i pojechać z wizytą. Czy do syna, czy do córki wszędzie witana jak królowa. Albo poczekać na ferie. Wtedy w jej domu znów gwarno, znów nocami słucha chrapania maluchów obok. A łóżko, to duże, szerokie, nie stoi puste. I choćby najstarsza wnuczka przyjdzie, zawstydzona, do dzieciaków na bajki, których przecież zna na pamięć, ale słucha jak cała reszta.

Powoli wraca spokój. I euforia taka, lekka jak piórko. Może nie takie piękne jak to pawie, co dostała od męża, ale na pewno wymarzone.

Nie każdemu się tak zdarza. Co z tego, iż chcesz nie uproś się szczęścia u nieba. A im się z Walą udało. Prawda, nie złapały wtedy ptaka za ogon, ale szczęścia nie przegapiły. Wymyśliły je sobie po swojemu i wystarczy, żeby dzieci były zdrowe, cała reszta się ułoży, jeżeli się tylko chce.

Wala też sobie wyszarpała trochę tego szczęścia, choć mogła w ogóle dzieci nie mieć. Z mężem jakoś nie wyszło, a przecież kochali się tak, iż cała rodzina rozkładała ręce. Zawsze razem, nierozłączni, nie mieli dość siebie. Sąsiadki narzekały na mężów, a Wala milczała, bo złego słowa nie mogła powiedzieć.

Żyli dusza w duszę.

Ania kiedyś nie wierzyła w takie rzeczy. Aż spotkała własnego Stefana i patrząc na Walę wiedziała już o, tak wygląda miłość!

Choć w rodzinie Wali wcale nie było różowo. U jej męża, Antoniego, kupa rodzeństwa i jeszcze więcej ciotek siedem dokładnie. Do tego dwie siostry, każda trudniejsza od drugiej. Walentyna wiele przeszła wszystko nie tak robiła, wszystko niby nie po naszemu. Nie pozdrawiała, źle gotowała, jeszcze gorzej sprzątała.

Tylko teściowa, Maria, okazała się aniołem. Jako jedyna przyjęła Walę do rodziny bez szemrania. Skąd u niej wzięły się takie córki tego choćby święty nie ogarnie. Syn był porządny chłopak.

Maria była miękka jak serek wiejski. Nie mogła nikomu odmówić, w konflikty nie wchodziła, zamiast krzyczeć płakała. Wala ją szanowała, gwałtownie zaczęła mówić do niej mamo.

Wszyscy blisko siebie.

Co się działo, jak teściowa sprzedała mieszkanie i przeprowadziła się do syna! Z córkami się pokłóciła na amen. Mimo próśb Antoniego, u Wali nie zamieszkała, kupiła własne M2 w sąsiednim bloku, bo nie chciała przeszkadzać wiedziała o ich planach, ale nikomu nic nie mówiła.

Znała wartość rodzinnego pokoju, przeszła piekło, kiedy mąż ją opuścił, zostawiając z trójką dzieci. Pomagał, jasne, ale co z tego? Z czasem się pogodziła, nie bez pomocy Wali.

A okazało się, iż nie była wcale niewinna. Najzwyczajniej zakochał się jeszcze raz. Ot, taki słowiański sultanik.

Mimo wszystko Maria nie chciała być haremi. Ułożyła sobie życie na nowo i dziękowała Wali.

To ona zresztą pomogła Wali i Antonowi znaleźć syna. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, potem w domu dziecka wypatrzyła chłopca, który idealnie do nich pasował.

Zrobili to po cichu wyjechali, wrócili już z synem. Nie chwalili się, nikt nie pytał, a jak się dopytywali Wala umiała uciąć temat. Rodzina trochę pomarudziła, ale widząc, jak Maria kocha wnuka, dała spokój.

Te złośliwe siostry Antoniego coś tam podejrzewały, ale teraz nie śmiały już kwękać Maria je trzymała twardo. Trochę im się to podobało, trochę nie, ale nie miały wyboru.

Takiemu dziecku trzeba było dodatkowej miłości, więc Maria wlała w niego całe serce i pomogła Wali jak mogła, by rodzina syna przetrwała i szczęście trwało. Bo jaka z niej matka, gdyby tego nie zrozumiała?

Tak więc Wala miała męża i syna, a Ania własną rodzinę.

Przyjaźniły się, jeździły razem nad jezioro, dzieci rosły razem, drzwi były zawsze otwarte nikt nie biegał z kluczem.

Potem Stefan odszedł, zostawiając pustkę i niezrealizowane plany na wspólne starzenie się.

A zaraz po nim odszedł Antoni lekarze przeoczyli zakrzep, choć wszyscy co roku mieli badania w pracy.

Wala wtedy legła całkiem. Teraz przyszedł czas, by Ania ją podniosła z podłogi.

Masz syna, Walka! Teściową Marię! Kto ich przytrzyma, jeżeli nie ty? No co, jak nie my, zostało nam, co? Załamać się, to najłatwiejsze, ale żal byłby Antek by się w grobie przewracał! Kochał cię choćby bardziej niż siebie, pamiętaj!

Może te słowa zrobiły swoje, a może Wala po prostu musiała stanąć na nogi, bo tylu ludzi na nią liczyło? W każdym razie podniosła się. Przeżyła swoje, wyszła na prostą.

Syn, Paweł, skończył wojskową szkołę, śmiga po Polsce jako oficer, ale mamy nie zapomina. Wnuki przywozi dwa razy w roku, a jak nie on, to jego żona Świetka. Z Walą ma układ jak z matką, bo Wala od razu postawiła na szczerość zaakceptowała synową bez żadnych testów na rodzinność.

I miała rację.

Bo syn przywiózł nie tylko żonę, ale synka, który nie był jego. Świetka została porzucona w szóstym miesiącu ciąży przez pierwszego męża. Facet zachował się później przyzwoicie dał słowo, iż się nie będzie wtrącać i pozwoli Pawłowi adoptować chłopca.

Wala, kiedy pierwszy raz zobaczyła wnuka, od razu złapała za rękę, przytuliła:

Cześć! Jestem twoja babcia Wala! Chcesz ciasteczko? Nie? To chodź pod choinkę poszukać prezentu! Widziałam, Mikołaj przyniósł!

Ile potrzeba kobiecie, by się otworzyć? Niewiele. Wystarczy zaakceptować jej dziecko. Dlatego Świetka jest dla niej jak córka, a wnuka kocha najmocniej.

Waluś, kiedy jedziemy na działkę? Zobacz, jak cieplutko! Ania zadarła głowę, patrząc na kwiaty czereśni nad sobą.

W weekend. Okna muszę jeszcze umyć i lecimy.

O rany! Zapomniałam, iż Wielkanoc taka wczesna w tym roku. Muszę pogarniać chałupę, nie?

Ano, czas! I jeszcze gotowanie ogarnąć.

Twoi przyjadą?

Na dwa dni. Najstarszy do Warszawy się wybiera, bo chce na studia. Najpierw tylko zajrzą, potem w drodze powrotnej zostaną na dłużej. Może młodszych w końcu zostawią ze mną na dwa tygodnie. Jeszcze się dogadujemy. A twoi?

Moi dopiero na wakacje. Już nie przedszkole, tylko szkoła nauka do końca maja, więc muszę poczekać.

Półtora miesiąca! To mało.

Taa… Dla mnie to wieczność…

Tak zawsze, jak czekasz na coś fajnego. Ciągnie się jak guma, a potem śmignie sekunda i koniec. Ale wiesz co, Aniu?

Co takiego?

Ja za tę sekundę oddałabym wszystko. Bo z niej robi się cała nić szczęścia. Człowiek zbiera takie chwile jak koraliki, przegląda je w myślach. Szczęścia jest mało tylko wtedy, gdy go nie zauważasz.

Święta racja! Pamiętasz, jak latałyśmy za ptakiem szczęścia?

Jakże by nie! Wala parsknęła śmiechem, prężąc piersi. Przez tydzień po tej akcji klęczałam jak przed bierzmowaniem. Mama się rozkleiła, to tata pogroził paskiem. Ale ty też swoje dostałaś, co?

Oj, było, było! Ale wiesz co, Walka?

No?

Wydaje mi się, iż tego ptaka szczęścia wtedy jednak złapałyśmy. choćby nie zauważyłyśmy kiedy, a on krążył nad nami przez całe życie. Bo jak wyjaśnić, iż nam się przydarzyło wszystko, czego wiele kobiet może się tylko modlić albo marzyć? I rodzina, i tacy mężowie, i takie dzieci! No i wnuki! Powiesz, iż nie jesteśmy szczęśliwe?

Powiem ci, iż masz rację! I temu naszemu ptakowi dziękować trzeba jak największej gwieździe. Niech jeszcze pomacha skrzydłem, zamacha ogonem, żeby i ci, których kochamy, byli szczęśliwi…

Idź do oryginalnego materiału