Razem z mężem adoptowaliśmy dwuletnią dziewczynkę z polskiego domu dziecka. Wielu ludzi odradzało nam ten krok, ale nie posłuchaliśmy ich rad.

twojacena.pl 2 godzin temu

Nigdy nie poznałem mojego ojca, a mama odwiedzała mnie rzadko. Dopiero po latach opiekunowie opowiedzieli mi, jak znalazłem się w domu dziecka. Miałem około roku, kiedy zachorowałem na ciężkie zapalenie płuc. Osłabiony chorobą przestałem zupełnie płakać. Leżałem cicho w łóżeczku przez kilka dni i powoli gasłem, podczas gdy moja smutna matka popijała wódkę w sąsiednim pokoju.

Urodziłem się w rodzinie, w której matka przepadała za alkoholem. Potrafiła pić przez kilka dni bez przerwy, a dźwięk butelek nie pozwalał mi spać w nocy. Sąsiedzi skarżyli się na płaczące dziecko, więc pewnego dnia mama zdecydowała się zanieść mnie do szpitala. Kiedy pielęgniarka przyszła mnie obejrzeć, zauważyła, iż jestem objęty płomieniami. Moje ubranka stały w ogniu i dopiero trzy osoby ugasiły pożar. Trafiłem na oddział ratunkowy, gdzie leczyli moje poparzenia. Gdy przebywałem w szpitalu i dochodziłem do siebie, matka ani razu mnie nie odwiedziła.

Szczęście, którego doświadczyłem w domu dziecka, przełożyło się także na dorosłe życie po przyjściu na świat mojego pierwszego dziecka. Dostałem dobre wykształcenie oraz solidną pracę, a nasze mieszkanie było duże i ładnie urządzone. Pobyt tam przynosił mi ogromną radość. Pokochaliśmy się z żoną jak wyjątkowa, zastępcza rodzina. Brakowało nam tylko własnego potomka

Z żoną adoptowaliśmy dwuletnią dziewczynkę z domu dziecka. Wielu odradzało nam ten krok, ale nie posłuchaliśmy. Zabraliśmy ją ze sobą, gdy przenieśliśmy się do miasta i świadomie zaryzykowaliśmy, iż może mieć jakieś choroby dziedziczne. Od tamtej pory była absolutnie zdrowa!

Dziś codziennie dziękuję Bogu, iż dał mi siłę, by myśleć samodzielnie i nie słuchać niepotrzebnych rad innych. Żadne z ostrzeżeń lekarzy się nie sprawdziło nasze dziecko jest zdrowe i rośnie. Uważam, iż bardzo łatwo przypisywać trudności czy choroby dzieci złym genom. To tak, jakby mówić, iż tylko biologiczni rodzice są za wszystko winni, a nie sposób traktowania i warunki dorastania. Dziecko potrzebuje przede wszystkim miłości i poczucia, iż jest komuś potrzebne, żeby wyrosło na dobrego człowieka.

Za kilka dni minie pięć lat od dnia, gdy adoptowaliśmy naszą córkę i bardzo się denerwuję. Kocham zarówno mojego syna, jak i moją adoptowaną córkę oboje są moją rodziną. Ale część mnie boi się, iż Anna dowie się o adopcji i źle na to zareaguje. Nie mogę wymyślić, jak z nią o tym porozmawiać, jeżeli się dowie. Czy to zrozumie? Ta myśl przeraża mnie bardziej niż to, iż ktoś inny mógłby powiedzieć jej o tym przede mną.

Idź do oryginalnego materiału