Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co się u nas wydarzyło. Ja i mój mąż, Tomek, zostawiliśmy nasze mieszkanie dla syna i przeprowadziliśmy się na wieś. On jednak zamieszkał z teściową, a nasze mieszkanie wynajął dalej.
Z Tomkiem pobraliśmy się, gdy mieliśmy po 23 lata. Wtedy już byłam w ciąży. Oboje skończyliśmy uniwersytet pedagogiczny. Nasze rodziny nie były zamożne, nie mieliśmy jakiegoś bogatego wujka, więc wszystko osiągnęliśmy ciężką pracą.
Do pracy wróciłam szybko, ledwie syn Jaśko się urodził. Z różnych powodów może przez stres, a może jedzenie na gwałtownie praktycznie nie miałam pokarmu i musiałam karmić go butelką. Skarbiec trafił do żłobka, gdy miał ledwie jedenaście miesięcy. Tam nauczył się sam jeść łyżeczką, siadać na nocnik i zasypiać bez kołysania. Nam z Tomkiem praca nie pozwalała na inne rozwiązania.
Najpierw mieszkaliśmy w wynajmowanym pokoju, potem dorobiliśmy się własnej kawalerki, aż w końcu zebraliśmy na dwupokojowe mieszkanie. Marzyliśmy jednak o kawałku ziemi wiesz, zawsze ciągnęło nas do natury więc kupiliśmy działkę pod Krakowem. Tomek, cegła po cegle, wybudował tam domek z dwoma pokojami. Postawiliśmy piecyk, wyrównaliśmy teren, kupiliśmy meble.
Nic tylko żyć i się cieszyć. Oboje mamy po 46 lat. Dopiero co zaczęliśmy żyć dla siebie. No ale te rodzinne geny Nasz Jaśko, dokładnie w naszym wieku z czasów ślubu, też postanowił się ożenić. Jego narzeczona, Zuzia, pochodzi z bogatej rodziny. Poznali się na studiach prawniczych, postanowili się pobrać.
Zaczęła się cała parada oczekiwań: droga restauracja, limuzyna, podróż poślubna, osobne mieszkanie.
Od zawsze miałam poczucie, iż nie daliśmy synowi wystarczająco miłości był przecież wcześnie w żłobku, potem przedszkolu, szkole… Nieustannie pochłaniała nas praca, przecież wiesz, jak to u nauczycieli cudzym dzieciom poświęcasz serce, własne dorasta niejako obok. Żeby mu to jakoś wynagrodzić, choć materialnie, zawsze mu się starałam coś kupić zabawki, dobre ubrania, samochód na osiemnastkę, płatne studia.
No i teraz zdecydowaliśmy: damy im coś od siebie. Wszystkie nasze oszczędności poszły na wesele. Po długich rozmowach z Tomkiem, stwierdziliśmy, iż damy im mieszkanie w prezencie, żeby nie musieli zaczynać od zera tak jak my. Teściowie Zuzi dołożyli swoją cegiełkę, ale bardziej w rzeczy futra, biżuterię, wszystko najwyższa półka. Wymieniliśmy Jasiowi i Zuzi całą zabudowę w mieszkaniu. Oni zaś mieli rezydencję na wsi, trzy piętra, luksusy, drogie auta.
Z czasem Jaśko coraz bardziej się oddalał. Potem przestał dzwonić, odwiedzał nas raz na miesiąc. Szwagier załatwił mu fuchę w dużej firmie.
Pewnego dnia, będąc z Tomkiem na krakowskim Kleparzu, spotkaliśmy sąsiadkę. Wyobraź sobie nasze zaskoczenie, gdy dowiedzieliśmy się, iż nasz syn od dawna już nie mieszka w tym mieszkaniu, tylko przeprowadzili się z żoną do jej matki, a nasze lokum wynajmują! Tomek aż pobladł, a ja starałam się go uspokoić. Zadzwoniłam do Jaśka od razu, a on odebrał i burknął, iż sami oddaliśmy im mieszkanie i nie nasza sprawa, co z nim robią. Wypomniał nam, iż zawsze robiliśmy za biedaków i nigdy mu nic się nie należało. Chyba wciąż czuł się gorszy, iż jego żona pochodzi z bogatszej rodziny. Zgorzkniał, miał żal, iż my do tej pory byliśmy tylko zwykłymi nauczycielami.
W końcu postanowiliśmy z Tomkiem nie godzić się na to, iż ktoś nas tak wykorzystał. Poszliśmy do prawnika, a on nam powiedział, iż skoro nie daliśmy darowizny na papierze, to mieszkanie ciągle jest nasze to właściciel decyduje, kto może je wynajmować.
Nie chcieliśmy robić synowi problemów, więc poprosiliśmy najemców, żeby dali nam miesiąc. Wszystko spokojnie załatwiliśmy, trudno było trafić na lepszych ludzi. W końcu wyprowadzili się w ciszy i spokoju, a my wróciliśmy do naszego mieszkania.
Niestety kontaktu z Jaśkiem dalej nie mamy. Tomek jeszcze długo przeżywał, ja zresztą też. Może z czasem sprawy się jakoś ułożą, kto wie. Ale czasami naprawdę się zastanawiam, czy nie lepiej od początku kierować się rozumem, a nie tylko sercem…





