Pod koniec ubiegłego miesiąca Ministerstwo Edukacji Narodowej podpisało umowę z Polską Unią Buddyjską. Dokument reguluje przede wszystkim zasady przygotowania nauczycieli, którzy mieliby prowadzić lekcje religii buddyjskiej w szkołach. Ten krok formalny otwiera drogę do wprowadzenia nowego przedmiotu do systemu edukacji.
Nowe porozumienie z resortem edukacji
Za wybór nauczycieli odpowiedzialna ma być Rada Edukacji Buddyjskiej. To ona zdecyduje, kto spełnia wymagania i może prowadzić zajęcia z uczniami.
Na razie nie podano jednak szczegółów dotyczących liczby szkół czy terminu wprowadzenia zajęć. Projekt pozostało w przygotowaniu.
Warto przy tym pamiętać, iż buddyzm w Polsce nie jest zjawiskiem nowym ani egzotycznym — Polska Unia Buddyjska, która podpisała teraz porozumienie z MEN, działa pod patronatem Dalajlamy od 1995 roku i zrzesza większość buddyjskich związków wyznaniowych w kraju. Dla zainteresowanych kontekstem szerzej o tym, gdzie i jak rozwija się ta tradycja, można przeczytać w reportażu buddyzm w Polsce — gdzie można go praktykować i medytować, który pokazuje, iż społeczność praktykujących liczy w Polsce już ok. 10 tysięcy osób.
Program dopiero powstaje
Obecnie realizowane są prace nad podstawą programową. Oznacza to, iż dokładny zakres materiału, sposób prowadzenia lekcji oraz ich forma nie są jeszcze znane. To etap, na którym wiele może się jeszcze zmienić – zarówno pod względem treści, jak i organizacji zajęć.
Dla porównania — równolegle Kościół katolicki też przygotowuje całkowicie nowe ramy dla swojego przedmiotu. Jak opisaliśmy w tekście rewolucja w szkolnych katechezach od września 2027, Kościół ma nową podstawę programową, Komisja Wychowania Katolickiego KEP zatwierdziła już nowy program nauczania religii rzymskokatolickiej, który stopniowo będzie wchodził w życie od roku szkolnego 2027/2028. Ostatnie miesiące to więc czas dużych zmian dla wszystkich, którzy uczą się o religii w polskich szkołach — niezależnie od wyznania.
Krytyczne głosy: "wycina się tradycję chrześcijańską"
Decyzja już wywołała duże emocje. Dr Andrzej Mazan zwraca uwagę na możliwe konsekwencje dla obecnego systemu wartości w szkołach.
Jak powiedział:
"Chodzi nie tylko o to, iż wycina się wszystko, co jest związane z tradycją chrześcijańską w kulturze i w historii polskiej, ale – jak widać – teraz wprowadza się również elementy religii, które na pewno w jakiejś mierze są relatywizujące wiarę katolicką. O to chodzi w tym uderzeniu, żeby pozbawić nasze dzieci w szkole tej tradycji, zaufania do prawdy przynoszonej przez sumienie, do prawdy przynoszonej przez wiarę katolicką i doprowadzenie do tego, żeby zrelatywizować, czyli żeby wiara katolicka straciła wymiar uniwersalności" – mówił dr Andrzej Mazan.
Tego typu komentarze wpisują się w trwający od miesięcy spór o miejsce religii w polskiej szkole. Dla przypomnienia — lekcje religii w szkole, co dalej? Nowacka przegrała batalię opisywał wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, iż minister Barbara Nowacka, ograniczając religię do jednej godziny tygodniowo bez konsultacji z Kościołem, działała niezgodnie z konstytucją. Część komentatorów odbiera teraz porozumienie z Polską Unią Buddyjską właśnie w tym kontekście — jako kolejny krok w stronę osłabienia pozycji religii rzymskokatolickiej.
Nie brakuje jednak głosów, iż większa różnorodność może być dla uczniów szansą na lepsze zrozumienie świata. Obecność buddyzmu obok katolicyzmu, prawosławia czy etyki niektórzy widzą jako naturalne dopełnienie systemu, który formalnie od lat opiera się na zasadzie dobrowolności wyboru. Tu warto przypomnieć tekst obowiązkowa religia lub etyka, harmonogram zmian w szkołach, w którym opisaliśmy zasadę, iż uczeń, który nie chodzi na religię, ma obowiązek uczęszczać na etykę — i odwrotnie. W tej logice każda nowa religia w szkolnym katalogu to po prostu kolejna realna opcja dla tych uczniów, których rodzice tego sobie życzą.
Co to oznacza dla rodziców?
Na tym etapie rodzice nie muszą podejmować żadnych decyzji. Wprowadzenie lekcji buddyzmu to dopiero plan, który wymaga dopracowania szczegółów.
Jeśli jednak zajęcia pojawią się w szkołach, prawdopodobnie – podobnie jak inne lekcje religii – będą dobrowolne. Pytanie pozostaje, jak nowy przedmiot zmieści się w już dziś napiętych planach lekcji — tym bardziej, iż szkoły wciąż mierzą się z chaosem organizacyjnym po ostatnich zmianach.
Skalę tego problemu pokazaliśmy w tekście dyrektorzy układają plany, złoszczą się na MEN — to nieżyciowe rozwiązania, gdzie zarówno dyrektorzy, jak i związkowcy alarmowali, iż ułożenie tygodniowego planu z religią tylko na początku albo końcu dnia okazuje się w praktyce logistycznym koszmarem. Dodanie kolejnego przedmiotu fakultatywnego — choćby jeżeli zainteresowanie nim będzie niewielkie — najpewniej tylko skomplikuje całą układankę.






