Pochodzę z biednej wiejskiej rodziny, z Mazowsza,
urodziłem się bardzo, bardzo dawno temu. Kraj budził się dopiero po wojennej zawierusze, wszędzie była bieda, która aż piszczała szczególnie na takiej wsi, jaką była moja.
Jedną z dobrych rzeczy, które pamiętam doskonale, było to iż mieliśmy, jak na ówczesne czasy, prawie nowy dom, zbudowany z bali drewnianych, postawiony na ubitej ziemi ze szkieletem ceglanym, który dziadkowie zbudowali jeszcze przed wojną w 1939 roku, choć sami klepali biedę, bo mieli trójkę dzieci, dwóch synów i córkę, była nią moja mama.
Mój dziadek był zaradnym człowiekiem, ale ponieważ gospodarstwo nie było w stanie wyżywić rodziny, dorabiał jako cieśla. Wtedy nie budowano domów murowanych, stawiano je z bali drewnianych, obrabianych manualnie, pamiętam ułożone pnie na wysokich kobyłkach i dziadka z przyjacielem, którzy długą piłą z pnia rżnęli deski oraz bale na jednej z ich budów.
Dziadek i babcia, jak na tamte czasy, byli ludźmi światłymi, oboje posługiwali się piękną polszczyzną, pięknym pismem, prawie jakby to była kaligrafia, co zresztą wpoili swoim dzieciom.
W czasie wojny moją wieś ominęła główna pożoga, choć w okolicy były oddziały Armii Krajowej, do których należał jeden z moich wujów i mama jako sanitariuszka. Ale żadnych bitew w okolicy nie było, jak weszli „Ruscy” po ucieczce Niemców, to oni zastrzelili pozostałego w okolicy Polaka - Ślązaka, wcielonego do armii niemieckiej, który nie uciekł z wycofującymi się Niemcami, a tym samym wydał na siebie wyrok. Do dziś w tym miejscu ludzie palą znicze, przekazują sobie pamięć o straconym Polaku.
Miejscowa grupa zasłynęła kilkoma akcjami dywersyjnymi, a było to uszkodzenie parę razy torów kolejowych biegnących niedaleko i rozbrojenie niemieckich strażników tzw. bonszuców, stacjonujących w pobliskim majątku dziedzica.
Na tym ta działalność wojenna się skończyła, ale nie skończyła się dla nowej władzy, wuj został aresztowany i osadzony w więzieniu w Lublinie, wyrokiem sądu został skazany na śmierć.
Tylko nieugięta postawa dziadka, potrafiącego napisać piękną polszczyzną petycję do Bieruta uratowała mu życie na dzień przed rozstrzelaniem. Po powrocie z więzienia, wuj wyjechał na Ziemie Zachodnie i tam osiedlił się z poznaną kobietą, która nie wyjechała do Niemiec po wojnie.
Drugi wuj uczęszczał na studia nauczycielskie w Warszawis, jako biedny chłopak ze wsi chodził w ubraniu, które babcia z moją mamą wytwarzały na krosnach z lnu, wstydził się bardzo, iż pochodzi z tak biednej rodziny. Babcia zawsze wspominała, iż odprowadzając go pieszo piętnaście kilometrów na pociąg z dwoma blachami chleba pod pachą, on płakał, iż ani ona ani rodzice, nie mogą mu nic więcej dać, bo taka była bieda. Nie wiem, jak sobie wtedy radził ale skończył szkołę.
Wstydził się tego lnianego, gryzącego ubrania. A przecież praca przy lnie była bardzo żmudna i wyczerpująca, począwszy od zasiania lnu, poprzez wyrywanie, suszenie, moczenie i dalszą obróbkę, aż do przędzenia nici na kołowrotku. Następnie nici wyprane i zwinięte, były nawijane na krosno stojące w mieszkaniu i kobiety wytwarzały domowym sposobem płótno, z którego szyły koszule, kalesony, sam jako dzieciak jeszcze w takich chodziłem.
To wszystko robiły kobiety w domu, oprócz podstawowych zajęć w gospodarstwie, czyli porannego obrządku inwentarza, zrobienia śniadania, później pójścia w pole, obiad rzadko kiedy był, raczej razem z kolacją, jeszcze nie było wtedy światła, dopiero do wsi w której mieszkaliśmy, elektryczność dotarła jak miałem siedem lat.
Drugi wujek też po skończeniu studiów wyjechał na Ziemie Odzyskane, poznał żonę, został nauczycielem w jednym z miasteczek nad morzem, zawsze chciał zobaczyć jak wygląda życie na Zachodzie. Jego marzenie się spełniło, w latach siedemdziesiątych wyjechał na wycieczkę do Jugosławii i został tam, przedostając się aż do Stanów Zjednoczonych, gdzie przeżył resztę swego żywota, pozwalając przy okazji niektórym członkom rodziny, między innymi mnie, zobaczyć choć przez kilka miesięcy ten zakazany dla nas świat.
Nowe życie weszło w naszą wieś w 1955 roku, stało się to dlatego, iż wybudowano przy olbrzymiej pomocy okolicznych mieszkańców z sąsiednich wiosek, szkołę i doprowadzono do niej prąd, więc wieś skorzystała, choć z jej elektryfikacją nie było tak szybko, moja rodzina skorzystała szybciej bo mieliśmy dom postawiony poza wsią przy drodze biegnącej obok linii elektrycznej.
Praca w polu była bardzo uciążliwa, nie było maszyn, rodzice mieli wóz na żelaznych kołach, konia i brony oraz pług, więc wszystkie prace wykonywało się manualnie, dopiero po kilku latach kupili siewnik, choć był długi czas oszczędzania na ten zakup.
Miałem pięć lat, gdy na świat przyszedł mój brat, powiedzmy Sylwek, w małej chatce zrobiło się ciaśniej, po jednej stronie mieszkał dziadek z babcią, a po drugiej my w czwórkę.
Wieś wyglądała bardzo biednie, większość budynków było przykrytych słomą, ale zawsze mile wspominam świergot tysięcy wróbli jakie gnieździły się na gontach pod strzechami.
Wieś ożywała zwykle w niedzielę,
wszyscy siadali na ławkach przy piaszczystej drodze, idącej przez wieś i rozmawiali o trudach dnia, tygodnia.
W międzyczasie dziadek uległ wypadkowi, siekiera ześliznęła się z sosnowego pnia, który obciosywał z kory i uderzyła ostrzem w stopę, niestety pomimo starań lekarzy wdała się gangrena i po kilku tygodniach dziadek zmarł. Był doskonałym cieślą, dlatego może trochą lepiej nam się powodziło.
Od najmłodszych lat byłem zabierany na pole, z babcią i mamą, czasami cały dzień spędzałem przy pieleniu ziemniaków, kopaniu ziemniaków i innych pracach. W wieku siedmiu kat zacząłem chodzić do szkoły, w nauce byłem pilnowany przez mamę, bo ojciec zawsze był zajęty pracą w gospodarstwie. Czasami też chodził na ciesielkę, bo był też pojętnym człowiekiem, trochę nauczył się od dziadka.
Mama była nieugięta, więc musiałem nauczyć się bardzo ładnie kaligrafować litery, musiałem pięknie pisać wyrazy i zdania, zgodnie z życzeniem mamy, jak nie, to dostawałem lanie troczkami o fartucha. Prawdę mówiąc, to pisanie bardzo mi się przydało, później w szkole średniej podpisywałem kolegom ich rysunki techniczne, za co dostawałem kanapkę, bo w domu nigdy nie było z czego jej zrobić, chyba iż po świętach ze świniobicia zostawała wędlina.
Szkoła podstawowa była szkołą życia, choć wtedy trwała jeszcze siedem lat, nauczyciele stosowali kary za każde przewinienie, ciągniecie za uszy było raczej lekką karą, przy cięższych przewinieniach dostawało się długą linijką po wewnętrznej części dłoni, lub klęczało przez lekcją w kącie.
W domu miałem już brata który był oczkiem w głowie taty, bo był do niego podobny, ja zawsze byłem ignorowany i karcony przez ojca za każde najmniejsze przewinienie, miałem ciemną karnację, tak jak mama.
Rozpocząłem szkołę średnią dosyć daleko od domu, ale ponieważ był rower i można było dojechać kilka kilometrów do autobusu, to codziennie przez pięć lat wskakiwałem rano na rower, później wsiadałem do autobusu, zima, lato bez przerwy.
Nigdy człowiek nie chorował, choć czasami w zimę trudno było dojść do autobusu, wychodziłem godzinę wcześniej, a czasem dwie godziny, żeby zdążyć.
Szkoła upłynęła bez specjalnych zgrzytów, nie mogłem sobie pozwolić na to żeby zawalić jakiś przedmiot lub mieć „lufę” na okres, choć raz się zdarzyła, ale nim ojciec się dowiedział została poprawiona.
To była ta część mojego życia prowadząca do dorosłości, opowiedziana w dużym skrócie, bo można byłoby napisać więcej.
Kończąc szkołę średnią, nie mogłem marzyć o tym, iż pójdę na studia, choćby nie myślałem o tym, dalej na wsi panowała bieda. Kiedy człowiek wracał ze szkoły, to najpierw kroił pajdę chleba, szedł do bańki z mlekiem, łyżką zbierał śmietanę, smarował nią chleb i posypywał to cukrem, to był największy rarytas do zaspokojenia głodu.
Dlatego jak najszybciej chciałem uciec z tej wsi,
nie lubiłem tej ciężkiej codziennej pracy, najbardziej nie lubiłem żniw, wszystko kosiło się ręczną kosą, za kosiarzem szła odbieraczka, która zbierała skoszone zboże pod pachę, układała na powróśle i wiązała w snopek. Jak były wakacje, to ja musiałem za mamą wiązać te snopki. Z powiązanych snopów stawiało się stogi, kopki, nazwa zależnie od regionu Mazowsza, później zwoziło do stodoły i układało w sąsiekach. Drugą rzeczą której wszyscy chyba nie znosili, była młocka, czyli oddzielenie ziarna od słomy, to była bardzo ciężka praca, pamiętam jeszcze, jak ojciec z dziadkiem robili to cepami, później były to małe młocarnie, ale to już jak wieś miała kilka lat prąd i stała się zamożniejsza, kilku gospodarzy się składało i sprowadzali stare maszyny poniemieckie z Zachodnich Ziem i po pewnym czasie rodzicom kupił taką maszynę najstarszy brat mamy. Została dostarczona koleją, kilka godzin ściągali ją z kolei konno, miała żelazne kółka, więc bardzo ciężko było jechać po piaszczystych i kamienistych drogach. Ale teraz można już było młócić młocarnią, choć kurz był przy tym tak wielki, iż pluło się po tym tym kurzem przez tydzień.
Nastawiony negatywnie do rolnictwa, znalazłem pracę jako stażysta w dużym zakładzie metalowym, była to mała lekcja życia produkcyjnego, odbiegająca od tego, co było w szkole.
Niestety cała ta praktyka nie trwała długo, po trzech miesiącach dostałem powołanie do wojska. Bardzo daleko od domu, przez rok nie widziałem bliskich, po roku pojechałem w przeciwległy zakątek kraju i odsłużyłem całe dwadzieścia cztery miesiące "ku chwale Ojczyzny".
Muszę powiedzieć, iż to wojsko robiło wtedy z nas prawdziwych mężczyzn, gotowych na każde wezwanie, dodatkowo każdy, choćby największa życiowa fujara, potrafiła pościelić łóżko, wyprasować koszulę, mundur, wyczyścić buty.
Wojsko to nie przedszkole, jak mówili kaprale, choć ja nie miałem choćby pojęcia, co to takiego przedszkole. Pobudka zaczynała się musztrą na dworze, czy padał deszcz czy był mróz minus dwadzieścia pięć stopni, to pół godziny było ćwiczeń na placu bądź biegu dokoła placu. Jak spadł śnieg, a spadło go kiedyś więcej jak metr, największym wysiłkiem był marsz na strzelnicę z pełnym wyposażeniem, na strzelnicę było trzy kilometry, a my robiliśmy z dziewięć.
Służba była skończona, czas było wracać do rodziny, pracy. Wróciłem do swojego zakładu, praca nie była zbyt ciężka, absorbująca, poznałem wartość zarobionych pieniędzy. Można było już wziąć kredyt, więc wziąłem na kredyt motor, żeby już nie pedałować do autobusu. To już było po stanie wojennym, kształtował się obraz nowego kraju, wszyscy z moich znajomych mieli pracę, jedni lepszą inni gorszą, każdy wiązał koniec z końcem jak mógł.
Zacząłem rozglądać się za dziewczyną, na mojej wsi nie było żadnych kandydatek, zresztą jak były, to spokrewnione, na wiejskich zabawach organizowanych wtedy na tzw. "dechach" też nie dało się żadnej poznać, pozostała tylko możliwość poznania kogoś w pracy.
Nie schlebiając sobie, byłem przystojnym chłopakiem, ale wstydliwym, płochliwym w kontakcie z płcią przeciwną, więc nawiązywanie znajomości szło mi dosyć opornie. Miałem swoją „wzrokową sympatię”, która była jedną z najładniejszych dziewczyn w zakładzie, którego załoga liczyła prawie dwa i pół tysiąca osób. To była sekretarką jednego z kierowników, jak szła do dyrekcji, to każdy chłop zjadał ją oczami. Traf chciał iż przenieśli mnie do biura, do którego ona przynosiła jakieś harmonogramy produkcji, więc gwałtownie znaleźliśmy nić porozumienia, ona też pochodziła z biednej rodziny, choć pracowała już kilka lat, jak ja byłem w wojsku.
Zaczęliśmy się spotykać, mieszkaliśmy kilkanaście kilometrów od siebie, ale mając motor już nie było przeszkód żeby "miłość kwitła". Przedstawiłem swoją sympatię rodzicom, zaraz ruszył wywiad pantoflowy mojej mamy, kim jest moja wybranka, jaka jest jej rodzina, gdzie mieszkają i tu się zaczęły schody. Mama wymarzyła sobie, iż znajdę dziewczynę bogatą, a moja wybranka, pomimo jej pięknej aparycji i skromności, jej nie odpowiadała.
Postanowiłem postawić na swoim, pomimo wszelkich przeciwności zmierzaliśmy do ślubu. Przygotowania trwały, pomagali nam w tym jej wspaniali sąsiedzi, ślub się odbył, choć skromny, ze względu na nasze środki ale z pompą. Mieszkaliśmy u teściowej.
Zaraz urodził nam się syn, urodził się w domu, bo moja żona nie chciała jechać do szpitala, a chciała rodzić przy sąsiadce- koleżance. Czas mijał, pracowaliśmy dalej w tym samym zakładzie, syn Mundek rósł, ale ciężko było mieścić się w jednej klitce z jej mamą.
Znaleźliśmy nowo powstający zakład, który oferował w niedalekiej przyszłości mieszkania, zaczęliśmy tam pracę, dojeżdżając codziennie kilkadziesiąt kilometrów, pociągiem.
Po trzech latach szczęście się do nas uśmiechnęło
małe M-3, ciasne, ale własne zaspokoiło nasze potrzeby. Po następnych trzech latach urodził się drugi syn, poród odebrałem sam, bo była bardzo sroga zima, telefonów jeszcze wtedy nie było, nie było jak zadzwonić po karetkę, więc szliśmy z żoną pieszo do szpitala, a mieliśmy około trzech kilometrów. Po drodze spotkaliśmy kierowcę który odpalał autobus, bo jechał po pracowników gdzieś daleko na wieś. Była godzina czwarta rano, pozwolił nam wsiąść i podwiózł nas do szpitala, żona urodziła w tym autobusie, a ja odebrałem poród, dopiero po kilku minutach przybiegły akuszerki z pościelą.
W nowym zakładzie praca płynęła monotonnie, choć w moim przypadku dosyć nerwowo, byłem na stanowisku kierowniczym na produkcji, więc wymagania dyrekcji były wysokie, a zabezpieczenie w detale kiepskie. Dyrektorów nowo powstającego zakładu przywieźli w partyjnych teczkach gdzieś ze Śąska, to była era Gierka, tam byli działaczami Związku Młodzieży Socjalistycznej. Nie potrafili nic, oprócz dręczenia podległych kierowników, ponieważ sami nie mieli pojęcia o kierowania tak dużym zakładem, a chcieli też przed partią czymś się wykazać.
Domowa sielanka została przerwana strasznym wypadkiem starszego syna, miał prawie dziesięć lat, był na urlopie u moich rodziców, gdzie bardzo lubił przebywać. Miał już kolegę syna sąsiadów. Jeździli rowerami po drodze gminnej asfaltowej, zawsze ostrożnie, ale tym razem wpadł pod duży samochód, stara, wiozącego dźwig.
Sytuacja była tragiczna, gwałtownie ktoś powiadomił rodziców, nie było nigdzie w pobliżu telefonów, żeby zadzwonić po karetkę, dziadek, czyli mój tata, zatrzymał przejeżdżającego żuka, i pojechali do szpitala.
Już miałem wtedy Fiata 126, więc po prawie trzech godzinach zjawiliśmy się w szpitalu, trwał operacja syna, czekaliśmy prawie siedem godzin. Dowiedzieliśmy się, iż syn ma pękniętą wątrobę, żołądek i śledzionę. Najbliższe godziny decydowały o jego życiu. Potem pojechał do Centum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Wyszedł z tego.
Po piętnastu latach stresującej pracy, którą bardzo lubiłem, choć ze stresu trzy razy pękały mi wrzody, wypowiedziałem umowę. W zrobiłem rozeznanie, jakie mam szanse na lepszy zarobek. I tu się zaczęła moja przygoda z tzw." prywatną inicjatywą".
Namówiłem jeszcze trzech swoich pracowników i zaczęliśmy wspólnie montować elementy, które przedtem wytwarzaliśmy. Praca i zarobki były na tyle intratne, iż pracując przez miesiąc zarabialiśmy trzy razy więcej niż w zakładzie. Każdy założył własną działalność, każdy odprowadzał podatek i z ZUS, każdy wystawiał oddzielny rachunek na część wykonywanej przez siebie pracy.
Życie płynęło, pracy mieliśmy dużo,
w miedzy czasie mój brat poznał dziewczynę, Helę, z sąsiedniej wsi, ta już mamie odpowiadała, bo jej rodzice mieli dużo hektarów. Jej matka potrafiła zachwalać walory córki, więc się pobrali. Wesele było na dwieście osób. Nie chcieli mieszkać na wsi, wyprowadzili się pod Warszawę, gdzie wynajęli jakąś klitkę. Brat dostał pracę pomocnika mechanika.
Nasza wspólna spółka miała coraz więcej zleceń, jeździliśmy już po dużej części województwa, pracując od rana do wieczora, żeby wywiązać się z terminów.
Dzieci rosły, człowiek wracał do domu zmęczony, chciałby odpocząć, a w domu był ciągły harmider, jeden drugiemu coś wyrywał, skarżył jeden na drugiego, żona nie potrafiła ich uspokoić. Ja jak najrzadziej chciałem już wracać do tych krzyków.
Postanowiłem odejść, okazja nadarzyła się, bo dostałem zaproszenie wuja z USA, posprzedawałem wszystko, co miałem, pieniądze, które miałem na koncie przekazałem żonie, a było tego naprawdę jak na tamte czasy sporo i poleciałem z myślą pozostania tam.
Niestety Ameryka zweryfikowała moje marzenia, bez języka mogłem sprzątać co najwyżej biura, stać na zmywaku w restauracji lub robić sałatki do lanczu, choć ta praca wyjątkowo mi się podobała, za sobotę i niedzielę dostawałem równo sto dolarów, co na tamte czasy było dobą zapłatą, tylko ta bariera językowa była nie do przejścia.
Wizę miałem tylko na trzy miesiące, więc postanowiłem wrócić. Kolega znalazł mi mieszkanie i po powrocie zamieszkałem oddzielnie, nie miałem samochodu, więc za zarobione pieniądze kupiłem używanego fiata i dalej wróciłem do swojej ekipy, zarabiać tyle, co w Ameryce. Do spółki przyjąłem swojego brata, miałem zawsze serce na dłoni dla wszystkich więc i jemu dałem szansę na duży zarobek.
Bratowa pracowała w państwowym urzędzie, miała jakieś dojścia, tak to się wtedy nazywało, więc dostała działkę budowlaną i postanowili się budować. Urodziło im się dwóch synów, jeden został moim chrześniakiem. Starszy spokojny trochę fajtlapowaty, Marek, młodszy szprync, wszędobylski, który miał się okazać moim przekleństwem.
Przez kilka lat jeżdżąc po kraju, wznosiliśmy różne obiekty, zarabiając dobre pieniądze. Moi wspólnicy pobudowali domy, brat też postawił pół bliźniaka, wykończył, nie powiedział nigdy dziękuję. Tak samo jego Helka patrzyła zawsze zawistnie na mnie, chyba dlatego, iż brałem ze wspólnego podziału trzy procent więcej za to, iż ja to wszystko prowadziłem, oni dostawali gotowe dane do wystawiania faktur.
W miarę pomnażania dochodów, kupiłem mieszkanie w Warszawie, z byłą już żoną przeprowadziliśmy, rozwód, synowie dorośleli, przez cały czas otrzymywali alimenty większe niż przysądził sąd. Kontakt mieliśmy rzadki, ślub starszego mnie ominął, honorowo zrezygnowałem, bo zaproszenie przekazał przez znajomych, choćby nie zadzwonił.
Tak minęło kilka lat, nastały czasy okrągłego stołu, sytuacja na się zmieniła, rynek się skurczył, trzeba było szukać nowych możliwości, w między czasie zmarł ojciec, mama została sama. Gospodarkę, choć w dobrym stanie, trzeba było zlikwidować, mama zdecydowała, iż podzieli ziemię pomiędzy nas dwóch. Nie oponowałem, to co ustalili brat z mamą jako moje działki, zapisali mi aktem notarialnym.
Nasza spółka się rozpadła,
zresztą wszyscy mieli środki, żeby rozpocząć jakieś nowe biznesy. Ja z bratem zatrudniłem się w nowo powstającym zakładzie mojego kolegi, on też szukał nowych możliwości i z dwoma kolegami ze studiów organizował jak na owe czasy coś, co dopiero wchodziło na rynek krajowy, była to produkcja ślusarki aluminiowej.
Wszyscy się tego uczyli, nowości każdy chłonął pełną gębą, pracowało się też czasami od rana do wieczora, ja byłem na stanowisku technologa, brat miał stanowisko robocze, robił wszystko, co było do zrobienia, od produkcji do montażu wyrobów.
Przepracowałem tam tylko dwa lata, najgorzej jest być pracownikiem przyjaciela, jak wszyscy, dostawałem część wypłaty na listę, a część pod stołem, to jednak choćby przy mojej jednoosobowej rodzinie było zbyt mało żeby wyżyć.
Ponieważ już poznałem specyfikę produkcji zacząłem szukać pracy w tej dziedzinie. Brat pozostał w firmie kolegi, podobała mu się ta praca, zresztą doszły do płacy inne profity, o których dowiedziałem się później.
Znalazłem zatrudnienie w zakładzie o takim samym profilu produkcji, tutaj praca była spokojniejsza. Wchodziły na rynek już nowe technologie, zaczynała się era telefonów komórkowych, co prawda jeszcze w formie "cegły", ale już pracodawca miał ze mną kontakt jak wyjeżdżałem po towar.
Minęło znów kilka lat, weszliśmy w nowy wiek, byłem już zapoznany z branżą, znalem ludzi. Ja i dwóch znajomych łączymy siły. Założyliśmy spółkę. Pierwsze zamówienia i realizacja były proste, zysk dobry, można było podjąć się większych. Nie było czasu w życie prywatne, praca, praca i dalej praca.
Życie pędzi, był już rok dwa tysiące osiem, założyłem własną firmę, miałem doświadczenie. To były dobre pieniądze, miałem zaufanych ludzi, zacząłem współpracę z dawnym przyjacielem. Ale komuś to przeszkadzało, domyślam się komu, ale nigdy urzędniczki nie potwierdziły, iż był jakiś donos, choć to sugerowały. Dzwonek do drzwi w domu, panie przedstawiły się, iż są z Urzędu Skarbowego, poprosiły o dokumentację firmy, zaczęła się kontrola.
Znajomi od razu radzili, żebym się pozbył dóbr które mam, a miałem tego dosyć sporo. Na ziemi, którą dostałem po rodzicach, rozpocząłem budowę dużego domu, już były zrobione ściany, był materiał na cały dom. Dzialka była ogrodzona, obsadzona świerkami, przy okazji tego ogrodziłem gratis działkę brata. Mówił, iż nie ma kasy ale kiedyś odda. Doradzono mi, żeby przepisać wszystko, co mam na brata, a jak sprawa się wyprostuje, to mi to odda. Sprawa była dalej w toku, zatrudniłem doradców podatkowych, ja złożyłem swoje wyjaśnienia w urzędzie, urząd podważał wiarygodność moich wyjaśnień. Sprawa toczyła się w sądzie, doradcy przegrali z urzędem, nałożona została kara, było odwołanie, sąd utrzymał jednak wyrok w mocy.
Nie zatrzymałem budowy, chociaż jest to już wszystko było przepisane na brata, dom pięknie wyglądał, jak dworek. Brat w międzyczasie przepisuje całą moją darowiznę na swojego młodszego syna, mojego chrześniaka. Czuję, iż coś nie tak, ale myślę, iż za to, co dla nich zrobiłem, jak ich ustawiłem w życiu, nic nie może się złego dziać. Bratowa Helka pnie się po szczeblach kariery pracując w sądzie, już prawie rządzi miastem, wszystkie rozumy już pozjadała, najmądrzejsza we wsi z której pochodzi. Okazuje się straszną materialistką, pani na włościach. Mam sporo zarobionych pieniędzy, starszy syn dostał mieszkanie po ciotce. Ponieważ uważam, iż młodszy syn został skrzywdzony, więc ustalam ze starszym, iż założymy konto, ja będę miał pełnomocnictwo, wpłacę mu pieniądze na nie i to będzie kiedyś dla jego brata. Na drugi dzień po wpłacie, syn cofa mi pełnomocnictwo i zrywa wszelki kontakt. Młodszy mój syn szuka przez cały czas sposobów, jak mi dopiec. Obaj zerwali kontakty choćby z moją mamą, nie odwiedzają już jej, choćby na Zaduszki nie przyjeżdżają. Pięc lat temu złożył wniosek o alimenty do dwutysięcznego dwudziestego roku, wzaz z odsetkami od momentu kiedy przestałem płacić.
Po wyrokach sądu o nałożeniu kary sprzedałem mieszkanie, które miałem w Warszawie, żeby nie zajął go urząd, sprzedałem poniżej ceny rynkowej, straciłem na tym gdzieś pięćdziesiąt tysięcy złotych. Otrzymałem gotówkę do przeliczenia, ale ufam ludziom i nie przeliczyłem tych pakietów po dwieście złotych, było tego ponad trzysta tysięcy złotych. Facet, który kupił mieszkanie, z każdego pakietu uszczknął po jednej dwusetce, choćby mu nie mogłem naubliżać, nie odbieral telefonu.
Syn brata, a mój chrześniak tylko mi został.
Dałem mu więc pełnomocnictwo do konta, żeby w razie czego mógł mi wybrać pieniądze, gdybym był a szpitalu. Chłopak niestety wpadł w ciąg narkotykowy, wymagania w pracy przerastały możliwości, więc trzeba było dopalacza, a zarobki nie starczały na kokę. Zadłużył się u dostawców, podbierał kasę z mojego konta, co tydzień dziesięć tysięcy, jak się zorientowałem, to już wybrane było trzydzieści tysięcy złotych.
A mnie nie przyszło choćby na myśl iż chłopak ćpa, chodź bywał jakiś taki pobudzony.
Mieszkałem dalej w wynajętym mieszkaniu, jednocześnie urządzałem dom, do wykończenia zatrudniłem też brata, który nie miał nigdy pieniędzy, płaciłem dwa razy więcej, jak, choć jak wspomniałem jest cały czas mi winny za całe ogrodzenie swojej posesji, używanie mojej koparki do robót na swojej działce, kopanie szamba. Z prowadzonej działalności zwiozłem do niego mnóstwo, profili, materiałów, nowych szyb, które zostawały po zmianie koncepcji w trakcie budów.
W końcu zamknąłem firmę, znalazłem pracę kierownika w dużej firmie, znanej na rynku krajowym, poznałem dziewczynę dużo młodszą, jesteśmy razem. Dom był całkowicie wykończony, ja wybierałem się na emeryturę, miałem już prawie osiągnięty wiek, więc myślałem o przeprowadzce na wieś. Zasięgnąłem opinii doradców, jak to będzie z wyrokiem sądu, ile mi zabierze komornik. Okazuje się, iż moja dziewczyna była w ciąży. Urodzila, ja poszedłem na emeryturę, sąd zasadził mi alimenty na średnie dziecko, komornik pobiera swoje, zostały mi grosze na życie. Przeprowadzilismy się na wieś, zostało mi jeszcze trochę z mieszkania, sporo też zarobiłem za znalezienie zlecenia na duży kontrakt, mój najmłodszy synek rośnie, woziliśmy go do szkoły, bo tu gdzie mieszkaliśmy jej nie ma, było to bardzo kłopotliwe. Po dwóch latach ustaliliśmy, iż moja dziewczyna pojedzie do swoich rodziców, bo tam jest blisko szkoła, a ja muszę odzyskać teraz swoją darowiznę sprzedać ją i dołączyć do niej i syna.
I tu niestety zaczyna się ta najważniejsza część mojej historii.
Helka, moja bratowa, wydumała sobie, jak mnie "wydymać"całkowicie.
Choć darowizna była już ponad dziesięć lat temu, powiedziała, iż moi synowie mogą żądać od nich zachowku po mojej śmierci, tak więc z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży domu, muszą kupić mieszkanie na mojego chrześniaka Sylwka, a ja z moim synkiem będę mógł tylko w nim mieszkać, a kiedyś jak już wszystko się wyjaśni, to może przepiszą to na niego.
Sprzedali mój piękny dom, wartość razem z działkami około dwóch milionów, nie wiem dokładnie za ile, nie wiemy ile za to wzięli, nigdy nie pokazali aktu notarialnego. Ja szukałem mieszkania tu gdzie mieszka moja dziewczyna, bratowa kupiła mieszkanie przez telefon, bez oglądania, za trochę więcej jak trzysta tysięcy złotych, ale na chrześniaka. A ja mam cicho siedzieć i nie podskakiwać ponieważ nie mam środków na czynsz, bo dalej spłacam wyrok. Chrześniak wciąż grozi nam, iż wywali nas pod most, albo sprzeda nas bandytom.
Ma jeszcze moje dwie działki, które chciałem żeby mi zwrócił, mają wartość rynkową ponad milion złotych, ale spotykam się tylko z groźbami. Brat wysprzedał wszystko, co było moje na jego placu, zarobił na tym też duże pieniądze, nic mu nie mogę zrobić. Helka nie odbiera telefonu, a to ona jest motorem napędowym tego złodziejskiego precederu, choć muszę się przyznać, iż sam do tego pośrednio doprowadziłem.
Jesteśmy pod kreską, potrzebujemy pomocy, może macie jakąś receptę, co z tym bólem zrobić?
I zapamiętajcie moją przestrogę, z rodziną, jak mówią, najlepiej stać na zdjęciu w środku, bo inaczej odetną. I ani dzieciom, ani rodzinie nic swojego nie powierzać, choćby gdyby przysięgali krzyżem przed ołtarzem. A najbardziej strzeżcie się fałszywych bratowych takich Helek właśnie.
Stary straceniec





