Dawno temu, w okolicach Mazowsza, w czasach gdy rozwody były nie lada skandalem, a opinię wsi i rodzin ceniło się niemal święcie, wydarzyła się historia, którą dziś pamiętamy z dreszczem i refleksją.
Rolnik imieniem Stanisław jechał konno wraz ze swoją nową narzeczoną, Cecylią, kiedy nagle ujrzał Katarzynę, swoją byłą żonę, z wielkim brzuchem noszącą na plecach szczapę drewna i zmierzającą do stodoły. W tej jednej chwili, gdy spojrzał na jej sylwetkę, serce zamarło mu w piersi, a krew w żyłach stężała przecież dziecko, które za chwilę miało się narodzić, mogło być jego. Nie miał pojęcia. Przypomniały mu się stare czasy, gdy rozwód oznaczał hańbę, a rozstania były bolesne dla wszystkich zwłaszcza kobiet, które zaczynały być wytykane palcami, i mężczyzn, którym już nie ufano.
Stanisław i Katarzyna byli jedną z tych par, których rozstanie nie było efektem kłótni czy zdrady, ale zwyczajnej niezgodności. Oboje młodzi on miał dwadzieścia sześć lat, ona dwadzieścia trzy. Pobrali się z miłości, czy raczej z przekonania, iż są zakochani. Pierwsze lata były dobre razem prowadzili gospodarstwo, które Katarzyna dostała w spadku po ojcu. Dziesięć hektarów żyznej ziemi, sady i skromny, ale przytulny dom.
Katarzyna kochała swoją ziemię wstawała wraz ze słońcem, znała każde drzewo i każdy kamień na polu. To jej wystarczało: praca, dom, jedzenie na stole. Jednak Stanisław coraz bardziej pragnął czegoś więcej nowych dóbr, rozwoju gospodarstwa, sklepu w mieście, pracowników. Katarzyna nie chciała zmian. Mamy wystarczająco, powtarzała. On marzył, by zbudować coś wielkiego dla przyszłych pokoleń. Tu jednak zaczynały się kłótnie. Nigdy nie były brutalne, ale głębokie i bolesne. Ostatecznie, po ośmiu latach, usiedli do stołu i z ciężkim sercem przyznali, iż nie są w stanie dalej żyć razem.
Rozwiedli się z godnością Stanisław zostawił Katarzynie gospodarstwo, zabrał tylko połowę oszczędności, i ruszyli każde własną drogą. Katarzyna pracowała niezmiennie na swojej ziemi. Stanisław przeniósł się do pobliskiej Warszawy, rozpoczął swoje interesy, kupował kamienice, zatrudnił ludzi, i zaczął żyć tak, jak zawsze chciał.
Trzy tygodnie po rozwodzie poznał Cecylię, córkę bogatego gospodarza, wykształconą, piękną, która podzielała jego wizje. Pół roku później byli już zaręczeni. Stanisław był pewny, iż znalazł adekwatną osobę.
Nie wiedział, iż Katarzyna trzy tygodnie po rozwodzie odkryła, iż jest w ciąży. Próbowała odwiedzić go w mieście. Gdy zapukała do drzwi, Cecylia otworzyła, chłodno informując ją, iż Stanisław nie chce jej widzieć. Katarzyna, zraniona, postanowiła wychować dziecko sama.
Osiem miesięcy pracowała sama na gospodarstwie. Brzuch jej rósł coraz bardziej. Ludzie patrzyli na nią z litością lub surowością, ale ona trzymała głowę wysoko. Pomagał jej sąsiad wdowiec, pan Marian, człowiek dobrego serca. Położna wiejska, pani Wanda, regularnie ją badała. Dziecko rozwijało się zdrowo.
Wiosennego dnia, gdy słońce rozświetlało pola, Stanisław jechał z Cecylią podziwiając okolicę. Nagle zobaczył Katarzynę, objuczoną drewnem i z zaawansowaną ciążą. Zatrzymał konia, zbladł. Cecylia spojrzała z niepokojem: Co się stało?. Stanisław szedł w kierunku Katarzyny przez pole. Przypomniał sobie: osiem miesięcy od rozwodu, siedem od poczęcia Brzuch taki duży, to musiało być jego dziecko.
Gdy podszedł, Katarzyna podniosła brodę z dumą, na twarzy mieszanka lęku, bólu, upokorzenia. Stanisław zapytał cicho, prawie szeptem: Katarzyno Jesteś w ciąży?. Prawie osiem miesięcy, odpowiedziała. Wiedział już. To moje dziecko, nie pytał, stwierdzał. Katarzyna nie zaprzeczyła. Dlaczego mu nie powiedziała? Próbowała, ale Cecylia przekonała ją, iż Stanisław nie chce już jej widzieć.
Cecylia podsłuchiwała rozmowę, przyznała: Byłaś w desperacji. Myślałam, iż chcesz go odzyskać. Katarzyna ścisnęła drewno w rękach: Nie chciałam go odzyskać. Chciałam, by wiedział, iż będzie ojcem. Stanisław poczuł, jak wstyd rozlewa się po ciele. Zaproponował pomoc, wsparcie finansowe, pracę. Katarzyna odmówiła: Poradzę sobie. To moje dziecko, moja ziemia, mój wybór.
Słowa Katarzyny były stanowcze i pełne bólu: Wybrałeś nowe życie i inną kobietę. Teraz to już moje dziecko, nie nasze. Stanisław nie mógł spać tej nocy. Zaczął kwestionować swoje decyzje, miłość do Cecylii.
Poszedł po radę do ojca, pana Wojciecha Nowaka zamożnego właściciela ziemskiego, władczego patriarchy. To nasze nazwisko, nasza krew. Dziecko powinno być wychowane jak Nowak!, powiedział Wojciech. Stanisław tłumaczył: Katarzyna nie chce naszej pomocy. Wojciech nie ustępował, sugerował, by wymusić prawa ojca i przekonać Katarzynę do wspólnego wychowania.
Stanisław wielokrotnie próbował spotkać się z Katarzyną. Odtrącała go za każdym razem, szczególnie, gdy spotkał ją na rynku. Masz prawa, proszę, pozwól mi być ojcem. A gdzie byłeś, gdy próbowałam Ci powiedzieć? Nie byłeś ze mną, gdy musiałam radzić sobie sama, odparła. Chcę uczestniczyć w życiu dziecka. Trzeba było myśleć o tym, zanim zaręczyłeś się z inną trzy tygodnie po rozwodzie.
Po powrocie do domu, Cecylia postawiła Stanisławowi ultimatum: Wybierasz mnie albo ją i dziecko. Stanisław nie umiał odpowiedzieć. Zrozumiał, iż musi sam się określić.
Kilka tygodni później usłyszał plotki na rynku o tym, jak pan Marian pomaga Katarzynie, jak spędza u niej długie godziny. Czy mogło ich coś łączyć? Stanisław postanowił odwiedzić Katarzynę. Zastał ją na ganku, a Marian naprawiał płot. Stanisław spytał: Czy jest coś między wami?. Katarzyna spojrzała ze zdziwieniem: Nie, Marian to przyjaciel. Proszę, wysłuchaj mnie przynajmniej raz. Wiem, iż popełniłem błąd. Myślałem o wielkości i przyszłości, a nie dostrzegłem, iż zostawiłem wszystko, co miało wartość. Nie proszę o powrót. Proszę tylko, daj mi być ojcem, na twoich zasadach.
Katarzyna po długim namyśle zgodziła się. Stanisław mógł odwiedzać ją raz w tygodniu, bez prezentów, bez Cecylii. Miał słuchać i respektować jej decyzje.
Coraz częstsze wizyty zbliżyły ich z powrotem. Rozmawiali o dziecku wspólnie wybierali imię, planowali przyszłość. Jednak pewnego dnia Katarzyna wręczyła Stanisławowi list dostała od Wojciecha propozycję: pięćset tysięcy złotych w zamian za oddanie dziecka rodzinie Nowaków. Katarzyna odmówiła, ale wątpliwości pozostały.
Stanisław poszedł skonfrontować się z ojcem. Nie można kupować własnego wnuka! Dziecko potrzebuje matki i matka go kocha. Miłość nie jest na sprzedaż.
Ojciec zrezygnował z propozycji, jednak nie ustąpił całkowicie. Rozpoczął batalię prawną o opiekę nad wnukiem, powołując się na wyższe możliwości finansowe i warunki materialne rodziny Nowaków. Katarzyna była zdruzgotana. Pan Marian zachęcił ją, by powiedziała Stanisławowi.
Stanisław, gdy wziął do rąk pismo z sądu, wpadł w szał. Pojechał do ojca: Zrezygnuję z nazwiska i majątku, jeżeli nie cofniesz tej sprawy!. Wojciech ustąpił, ale z warunkiem: jeżeli Katarzyna zgodzi się na ślub z synem i wspólne wychowanie dziecka.
Stanisław wrócił na wieś, usiadł z Katarzyną na ganku: Prosi o ślub, ale ja sam tego chcę. Wiem, co znaczy kochać i chcę budować z tobą życie Twoje, a nie wielkomiejskie. Katarzyna obiecała przemyśleć sprawę. Jednak dwa dni później, o północy, zaczęła rodzić. Pan Marian był w mieście. Katarzyna ruszyła do pani Wandy, położnej. Rodziła w bólu, sama, ale dzielnie. Pani Wanda posłała syna po Stanisława. Ten wpadł do izby zadyszany Jestem przy Tobie, powiedział i trzymał ją za rękę.
O świcie narodził się zdrowy chłopczyk dali mu imię Michał, po dziadku Katarzyny. Stanisław objął syna, zapłakał i przysiągł, iż już nigdy go nie zostawi.
W najbliższe dni pomagał Katarzynie przy dziecku. Przewijał, nosił na rękach, tulił do snu. niedługo Katarzyna powiedziała: Nie chcę ślubu z przymusu, ale chcę go z miłości. Patrzę na Ciebie, widzę jak zmieniłeś się dla Michała. Chcę spróbować jeszcze raz, ale tym razem uczciwie, z zaangażowaniem.
Ich ślub był prosty w maleńkim kościele, wśród najbliższych: pan Marian, pani Wanda, sąsiedzi. choćby pan Wojciech przyjechał, skruszony. Byłem głupi. Chciałem kontrolować życie, prawie wszystko straciłem. Katarzyna przebaczyła, pod warunkiem szacunku i braku wtrącania się w ich sprawy.
Po powrocie do domu na mazowiecką ziemię, Stanisław wiedział, iż znalazł swoje miejsce. Sprzedał większość miejskich interesów, zachował tylko te, które wymagały minimum zaangażowania. Najważniejsza była rodzina, ziemia i wspólne życie.
Jakież to było szczęście, gdy kilka lat później, obok Michała bawiła się w trawie jego młodsza siostra Lucyna, z typowo polskim imieniem. Stanisław z dumą opowiadał synowi tę historię: Myślałem, iż potrzebuję więcej ziemi i pieniędzy, ale naprawdę potrzebowałem tego, co miałem tu, blisko miłości, rodziny, pracy razem.
Na pytanie syna: Tato, czy jesteś szczęśliwy?, Stanisław patrzył na Katarzynę, bawiącą się z Lucyną na podwórzu, na rozkwitające sady, na dom, w który włożyli tyle serca. Jestem powiedział bardziej niż szczęśliwy. Jestem spełniony.
I tak Stanisław nauczył się tego, co najważniejsze prawdziwego bogactwa nie mierzy się w złotych, nie liczy w hektarach, ale w uśmiechach, przytuleniach, wspólnie spędzonych chwilach. Tego nie kupuje się za żadne pieniądze, to buduje się dzień po dniu, miłością, zaangażowaniem, wdzięcznością za drugą szansę.
W naszej ziemi, w naszych sercach, takie opowieści zostają do dziś, bo przypominają, iż prawdziwe szczęście czeka tuż obok, w prostocie codziennego życia.





