Burmistrzowa naszej kamienicy postanowiła, iż może prosić o wszystko! Teraz jedyne, co jej brakuje, to wprowadzić się pod mój dach.
Potrzebuję spojrzenia kogoś spoza tej sytuacji. Otóż mój syn, Staś, przyjaźni się z chłopcem z sąsiedztwa, który jest nieco starszy. Matkę tego chłopca, naszą sąsiadkę Barbarę, spotykam od czasu do czasu, ale nie określiłabym jej jako przyjaciółkę.
Zaczęłyśmy regularnie kontaktować się ze względu na nasze pociechy. Spotykaliśmy się na spacerach po Łazienkowskim parku, ona oddawała mi ubranka, które były za małe dla jej syna i nie nadawały się do noszenia. Zawsze zwracałam je i przywożę ze sobą soki oraz drobne przysmaki dla dziecka jako wyraz wdzięczności. W końcu postanowiłam już nic od niej nie przyjmować, wolałam kupować wszystko sama, by nie czuć się zobowiązana.
Z czasem nasze zwykłe, spokojne spacery przerodziły się w dziwną relację. Sąsiadka zaczęła regularnie prosić mnie o różne rzeczy. Z codziennej prośby przeszło to w: Daj mi kawę!. Kto tak lubi kawę, niech ją kupi sam, a nie będzie ją codziennie błagać. Odwiedzała nas, choć nigdy nie zaprosiłam jej do domu. Gdy zobaczyła zabawki mojego dziecka, wpadała w zachwyt i co chwila zabierała coś do domu. Chciała mieć wszystko. Odebrała nam już wiele rzeczy.
Do siebie nie zapraszała nas, tłumacząc to chorą matką, choć matka mieszkała w oddzielnym pokoju. Nie wahała się też prosić o lekarstwa, gdy jej syn zachorował, i pytała o rzeczy, które znajdziesz w każdej domowej apteczce. Czasem domagała się choćby czegoś dla siebie. Nie rozumiem, jak ktoś może tak żyć. Proste przeciwgorączkowe leki powinna mieć każda matka pod ręką. Rozdaje prawie puste opakowania i butelki, a to już kupiła dla mojego malucha, którego już nie mogę leczyć.
To nie koniec. Regularnie pytała, czy mamy jedzenie dla jej syna, choć ja nigdy nie pytałam ani sąsiadów, ani jej. Gotuję dla dziecka i na tym koniec. Nieustannie używała naszego wózka sklepowego, nie pytając, czy może. Zawsze chce rzeczy, których nie ma, i zawsze czegoś jej brakuje.
Pewnego dnia jej bezczelność mnie szokowała. Gdy cała rodzina była chora, odebrałam telefon, w którym Barbara mówiła, iż przyjdzie na kawę, ale zostanie przy synu. Kocham dzieci, ale mam dość, iż cudze dzieci wchodzą do naszego domu niczym do sklepu, przeszukują rzeczy mojego syna i wybierają, czym chcą się bawić. Powiedziałam jej, iż jesteśmy chorzy i możemy ją zarazić. Powinnam była jasno zaznaczyć, iż nie zapraszamy jej.
Jej wizyty nigdy nie poprzedzało pytanie Czy możemy wejść?. Przychodziła bez zaproszenia i żądała: Daj mi to. Nie obchodziło ją, czy jestem zajęta czy nie mam ochoty coś dawać. Było to, jakby zajmowała mój prywatny obszar.
Od jakiegoś czasu nie dzwonię do niej i nie zapraszam na spacery, a ona sama dzwoni i pisze SMSy. Jeden z przyjaciół powiedział, iż mam dwie opcje: dalej tolerować jej bezczelność lub zerwać kontakt. Nie chcę się z nią kłócić dzieci są przyjaciółmi, mieszkamy blisko i niedługo będziemy razem odwozić je do szkoły. Nie wiem, jak radzić sobie z ludźmi, którzy nie szanują granic.
W tej sytuacji najważniejsze jest postawić jasne granice i nie pozwolić, by inni wykorzystywali naszą dobroć. Tylko wtedy zachowamy spokój i szacunek zarówno dla siebie, jak i dla sąsiadów.










