Sąsiadka postanowiła, iż może prosić o wszystko! Teraz wystarczy, iż się do mnie wprowadzi.

twojacena.pl 14 godzin temu

Pamiętam, iż kiedyś w naszej kamienicy przy ulicy Żurawia w Warszawie, sąsiadka postanowiła, iż może prosić o wszystko. Teraz jedyne, czego brakowało, było jej wprowadzenie się pod moje okno.

Szukam jednak obiektywnej rady. Sprawa wyglądała tak: mój synek, Staś, miał przyjaciela z podwórka, Janka, nieco starszego od niego. Jego matka, pani Helena, była naszą sąsiadką spotykałam się z nią od czasu do czasu, ale nie nazwałabym jej przyjaciółką.

Zaczęłyśmy regularnie kontaktować się w sprawie dzieci. Spotykaliśmy się na spacerach po Łazienkach, ona przekazywała mi ubranka, które jej synowi były za małe. Oddawałam je, a w zamian przynosiłam soki i słodycze, by podziękować. W pewnym momencie postanowiła, iż nie przyjmuję już nic od niej lepiej kupić wszystko samodzielnie i nie czuć się zobowiązaną.

Z czasem spokojne przechadzki zamieniły się w dziwną relację. Pani Helena zaczęła regularnie mnie o coś prosić. Z codziennej prośby stało się: Daj mi kawę!. Kto tak lubi kawę, niech ją kupi sam, a nie błaga każdego dnia. Odwiedzała nas, choć nigdy nie zaprosiłam jej do domu. Gdy zobaczyła zabawki mojego dziecka, rozbłysła zachwytem i co rusz zabierała coś do domu. Chciała mieć wszystko. Zabrali już nam wiele rzeczy.

Nie zapraszałam jej do siebie, tłumacząc, iż moja mama jest chora choć mieszkała w osobnym pokoju. Nie wahała się też prosić o leki, gdy jej syn był chory, pytając o rzeczy, które w każdej przydomowej apteczce leżą na półce. Czasem domagała się choćby czegoś dla siebie. Nie rozumiem, jak można tak żyć. Każda mama powinna mieć pod ręką coś na gorączkę. Rozdawała prawie puste opakowania i butelki, a potem kupowała je dla mojego niemowlęcia, które już nie mogłam leczyć.

To nie koniec. Co jakiś czas pytała, czy mamy jedzenie dla jej syna. Ja nie pytam innych sąsiadów! Gotuję dla mojego malucha i na tym koniec. Korzystała nieustannie z naszego wózka zakupowego, nie pytając, czy może. Zawsze chciała to, czego nie miała. I zawsze brakowało jej czegoś.

Pewnego dnia jej śmiałość mnie przerażała. Gdy cała rodzina była chora, dostałam telefon pani Helena mówiła, iż przyjdzie na kawę, ale zostanie przy synu. Kocham dzieci, ale miałam dość, iż dzieci innych ludzi wkraczają do naszego domu niczym do sklepu, przeglądają rzeczy mojego syna i wybierają, czym się bawić. Powiedziałam jej, iż jesteśmy chorzy i możemy ją zarazić. Powinnam była jej wyjaśnić, iż nie zapraszamy.

Jej wizyty nigdy nie poprzedzało pytanie: Czy możemy wejść?. Przychodziła bez zaproszenia i wymagała: Daj mi to. Nie obchodziło ją, czy jestem zajęta, czy chcę jej coś dać. To było, jakby zajmowała mój prywatny teren.

Od tamtej pory nie dzwoniłam do niej i nie zapraszałam na spacery. Ona jednak sama dzwoniła, pisała SMS-y. Jeden z przyjaciół powiedział, iż mam dwie opcje: znosić jej bezczelność albo zerwać kontakt. Nie chcę się z nią kłócić dzieci są przyjaciółmi, mieszkamy blisko. Niedługo będziemy razem wozić je do szkoły. Nie wiem, jak radzić sobie z takimi ludźmi.

Idź do oryginalnego materiału