Dziś znowu wróciły do mnie wspomnienia sprzed pięciu lat. To był czas olbrzymich zmian i nadziei, ale też irytujących problemów, które przyszły razem z nową codziennością. Mieliśmy już wtedy z Marcinem dwójkę dzieci Anię i Zuzię. Gnieździliśmy się wszyscy w jednym, naprawdę malutkim pokoju na Woli, bardziej klitka niż mieszkanie. Czułam się wtedy jak sardynka w puszce, a dzieci coraz częściej pytały, kiedy będą miały własny kącik.
Rozważaliśmy wiele opcji, ale żadne z nich nie przeradzały się w konkretne działania. Dopiero radosna, choć nieco stresująca wiadomość, iż spodziewamy się trzeciego dziecka, zmusiła nas do działania. adekwatnie nie mieliśmy wyboru musieliśmy znaleźć większe mieszkanie, bo w naszym starym to już choćby powietrze robiło się za ciasne.
Po przeliczeniu oszczędności i rozmowie z rodzicami, zdecydowaliśmy się sprzedać tę naszą klitkę i dorzucając zgromadzone złotówki, kupić coś większego, najlepiej trzy pokoje, choćby na Targówku, bo w centrum Warszawy ceny były kompletnie poza naszym zasięgiem.
W końcu udało nam się znaleźć idealne, odnowione już mieszkanie w starej kamienicy na Pradze. Piękna, gruba cegła, wysokie sufity, a wnętrze świeżo po remoncie wystarczyło tylko przywieźć szafę, parę regałów i mogliśmy zaczynać nowy rozdział.
Przez kilka tygodni byłam w euforii. Dzieci odkrywały każdy zakamarek, a ja rozstawiałam pachnące świeżością firanki. Jednak nasze szczęście dość gwałtownie zostało przykryte cieniem dziwnych relacji z sąsiadami z wyższych pięter. Czułam, jakby zawiązali nieformalny sojusz, żeby pokazać, iż to oni tutaj rządzą.
Co chwilę ktoś miał do nas jakąś pretensję. Najpierw Pani Jadwiga z trzeciego piętra skarżyła się, iż za długo trzymaliśmy drzwi wejściowe otwarte. Tłumaczyłam, iż przynosiliśmy wózek i pudła z rzeczami, ale nie trafiało to do niej. Potem Pan Stanisław nie mógł znieść, iż stawiam auto pod jego oknami, choć przecież parkuję dokładnie pod swoimi, bo mieszkamy piętro niżej! Nie była to jednak dla niego żadna argumentacja.
Sytuacja się zaostrzyła, kiedy przyszła kolejna skarga tym razem od Pani Danuty, która stwierdziła, iż nasze dziewczynki za głośno biegają po powrocie z przedszkola, a bajki, które im puszczam, przeszkadzają jej w popołudniowej drzemce. Przyznam, iż zrobiło mi się przykro przecież mieszka bezpośrednio NAD nami, a te dzieci przecież nie bawią się na suficie…
Cierpliwość skończyła mi się jednak po tym, jak pewnego popołudnia, gdy byłam już w ósmym miesiącu ciąży, sąsiadki urządziły mi jazdę bez trzymanki. Przyszły, kiedy Marcin był w pracy, a ja ledwo żyłam ze zmęczenia. Wprosiły się do mieszkania i zaczęły podniesionym tonem zarzucać, iż rzekomo mój mąż wypuszcza na klatkę obcych ludzi podobno ostatnio wpuścił jakiegoś faceta od dorabiania kluczy do domofonu, który chodził po piętrach i proponował swoje usługi.
Czułam się totalnie osaczona, bo Marcin przecież nie pali i nigdy nie palił a cała awantura zaczęła się od rzekomego wyjścia na papierosa! Kobiety stwierdziły jeszcze, iż teraz każdy taki „kluczowy” pan może sobie wchodzić kiedy chce, a to już przesada.
Wieczorem opowiedziałam Marcinowi, co się stało. Widziałam, jak aż gotuje się w środku. Poszedł do sąsiadów i choć nie przepadam za awanturami w dosadnych słowach zaznaczył, iż mają się od nas odczepić.
Od tamtej pory sytuacja się unormowała sąsiedzi nie odzywają się do nas, choćby „dzień dobry” czasem rzucają przez zęby, ale przynajmniej dali nam spokój. Odetchnęłam z ulgą, bo nie przyszłam tu po to, by prowadzić wojny chciałam tylko, żeby dzieci miały gdzie się bawić, a ja żebym mogła spokojnie czekać na kolejne rodzinne szczęście.





