Sąsiedzi z naszej kamienicy postanowili pokazać nam, kto tu naprawdę rządzi – bez żadnego powodu, ch…

polregion.pl 1 dzień temu

Sąsiedzi postanowili pokazać nam, kto tu naprawdę rządzi. I to zupełnie bez przyczyny.

Minęło już chyba pięć lat, odkąd wydarzyła się ta historia. Mieliśmy z Zygmuntem już dwie córeczki, Dagnę i Bożenkę, a wszyscy razem gnieździliśmy się w niewielkim pokoiku na Pradze. Nic dziwnego, iż temat większego mieszkania stale pojawiał się przy rodzinnych obiadach, choć długo nie wykraczało to poza marzenia.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy dowiedzieliśmy się, iż spodziewamy się trzeciego dziecka. Wtedy już nie było wyjścia musieliśmy coś zrobić, żeby pomieścić całą rodzinę. Jedynym sposobem była sprzedaż tego ciasnego mieszkania i dołożenie oszczędności wtedy moglibyśmy sobie pozwolić na trzy pokoje, przynajmniej na Mokotowie, choćby o ile nie w samym sercu Warszawy.

Tak też postąpiliśmy. Gdy tylko sprzedaliśmy stare mieszkanie, upatrzyliśmy sobie własne wymarzone M3 w starej kamienicy. Nowe lokum było świeżo po kapitalnym remoncie, idealne wystarczyło jedynie wnieść nasze meble i zacząć żyć po swojemu.

Przez pierwsze tygodnie czułam się wręcz błogo dopóki nie okazało się, iż sąsiedzi z wyższych pięter stworzyli front i próbują pokazać, kto tu ma głos decydujący.

Nie było tygodnia bez nowych pretensji czy uszczypliwości.

Dlaczego tak długo zostawiła pani otwarte drzwi na korytarzu?
Przenosiliśmy wtedy szafę, nie dało się inaczej próbowałam wyjaśnić.
A czemu parkuje pan samochód pod moimi oknami?
Bo mieszkamy na pierwszym piętrze, a pani okna są przecież nad naszymi!

Gdy przyszła kolejna skarga, byłam już bliska wybuchu:
Pani dzieci wracają z przedszkola i robią hałas, biegają po całym mieszkaniu, potem leci telewizor i moje popołudniowe drzemki szlag trafia
Ale przecież mieszka pani nad nami! odpowiedziałam, próbując nie wybuchnąć.

Cierpliwość całkiem mi się skończyła, kiedy sąsiadki zrobiły awanturę mojej ciężarnej żonie, Wandzie, na miesiąc przed porodem. Wybrały popołudnie, gdy byłam na dyżurze, a Wanda została sama w domu. Przyszły dwie kobiety i zaczęły prawie krzyczeć:
Przyszłyśmy porozmawiać!
O czym? zapytała żona.
Bo pani mąż wypuścił na klatkę obcego faceta, a ten chodził potem po mieszkaniach i oferował podrabianie kluczy do domofonu!
Ale mój mąż nie pali (naprawdę nigdy nie miałem papierosa w ustach). A one na to: No, jak dorobi te klucze, to każdy może wam tu wejść!
Gdy wróciłem i usłyszałem, co się wydarzyło, poszedłem do sąsiadów i w krótkich, dosadnych słowach wyjaśniłem, iż dość tego.

Po tej rozmowie żyliśmy już w spokoju. Chociaż sąsiedzi nie mówią nam dzień dobry, to przynajmniej dali nam spokój, i chyba na tym najwięcej zyskaliśmy. Teraz, z perspektywy lat, wspominam to z lekkim uśmiechem taka już była dawniej ta warszawska sąsiedzka codzienność.

Idź do oryginalnego materiału