Tajemnica, którą znamy tylko my dwoje
Minęły lata, zanim mogłam wspominać o tym bez goryczy i mieszanki wstydu oraz wdzięczności, której w osiemnastym roku życia nie potrafiłam zrozumieć. Teraz, mając ponad trzydzieści lat, będąc mężatką i matką, życie ułożyło się po swojemu. Ale tamtą historię, tę tajemnicę, którą wciąż z nim dzielę, noszę w sercu jako przypomnienie o własnych błędach… i o tym, jak ważne jest, aby przy tobie znalazł się ktoś, kto umie cię ocalić – przed innymi, światem, a nade wszystko przed sobą samą.
Mając osiemnaście lat, byłam po uszy zakochana w Andrzeju, najlepszym przyjacielu mojego ojca. Był ode mnie starszy o niemal dwadzieścia lat, mądry, spokojny, inteligentny. Typowy mężczyzna z przeszłością: dawno rozwiedziony, pracował w urzędzie wojewódzkim w Gdańsku, zawsze pachniał drogimi perfumami i kawą.
Był dla mnie jak mężczyzna z filmu: elegancki, uważny, z cichym głosem i oczami, w których można było się zatracić. Marzyłam o nim, pisałam jego nazwisko obok swojego w dzienniku, wierząc, iż to ta sama miłość, o której piszą w książkach.
On jednak… On wiedział, co się dzieje. I, dzięki Bogu, nie odpowiedział na moje uczucie ani flirtem, ani gestem, ani choćby cieniem aluzji. Był taktowny do granic możliwości. Nigdy nie pozwolił sobie na nic zbędnego, choćby gdy ja, oszalała od młodzieńczych hormonów, robiłam wszystko, by go sprowokować.
Kiedy się wycofał, poczułam urazę. Uznałam, iż trzeba się zemścić – jak wtedy mi się wydawało. Związałam się z Kostkiem – chłopakiem, o którym wszyscy wiedzieli: rodzina pijaków, hulajdusza, plotkarz. Rodzice błagali, bym go zostawiła, matka płakała, ojciec krzyczał. choćby Andrzej próbował interweniować, tłumacząc, iż idę na zatracenie. A ja… ja byłam zgorzkniała. Myślałam, iż mnie zazdrości. Że chce mnie kontrolować. Że wszyscy chcą „zrobić ze mnie porządną dziewczynę”.
Zignorowałam wszystkich. niedługo okazało się, iż jestem w ciąży.
Kostek zniknął tego samego dnia, kiedy się dowiedział. Zostałam sama, przestraszona, zła i upokorzona. Nie mogłam powiedzieć mamie – sama była na skraju, ojciec już wtedy cierpiał na miażdżycę. Każda wiadomość mogłaby go dobić. Płakałam w poduszkę nocami, nie wiedząc, dokąd się zwrócić.
Pewnego dnia, zbierając resztki odwagi, zapukałam do drzwi Andrzeja. Otworzył, a ja się rozpłakałam na jego progu.
Nie pytał o nic. Po prostu powiedział:
— Chodźmy, rozwiążemy to.
I rozwiązaliśmy. Jego była żona, którą niegdyś osądzałam, okazała się wspaniałą kobietą – położną-ginekologiem ze złotymi rękoma. Prowadziła mnie od pierwszego USG aż, niestety, do aborcji.
Andrzej zrobił wszystko sam: umówił mnie, zapłacił, towarzyszył. Nie osądzał, nie wyrzucał, nie prawił morałów. Po prostu był przy mnie. Każdego dnia.
Wiem, iż nigdy nie powiedział rodzicom ani słowa. Uratował mnie i moją rodzinę od koszmaru, bólu, wstydu i rozpaczy. Postąpił jak człowiek honoru. Jak prawdziwy mężczyzna.
Kilka miesięcy później zabrał mnie do kawiarni, gdzie siedzieliśmy w milczeniu, a potem spokojnie powiedział:
— Z ojcem jest bardzo źle. Lekarze nie dają nadziei. choćby jeżeli znajdą dawcę – serce nie wytrzyma operacji.
Czułam, jak coś umiera wewnątrz. Tata odszedł tydzień później. Przez ten czas Andrzej nas nie opuszczał. Był przy mnie, trzymał za rękę, rozmawiał z mamą, pomagał w pogrzebie. Nie bał się mojego bólu. Płakał razem ze mną.
Minęło wiele lat. Andrzej dawno się przeprowadził, wyjechał do Sopotu, ożenił się ponownie. Nie utrzymujemy kontaktu, tylko czasem piszemy krótkie wiadomości. Ale zawsze będę pamiętała. Za jego milczenie. Za jego ochronę. Za to, iż nie poddał się mojej młodzieńczej fascynacji i nie zniszczył mi życia.
Nie wiem, czego wtedy oczekiwałam. Może szukałam w nim ojca, może bohatera. Ale nie pozwolił mi upaść twarzą w błoto. Zachował swoją godność i moje poczucie wartości.
I wciąż dzielimy tę tajemnicę. Nikt o tym nie wie. Ani mama, ani mąż, ani choćby moje najbliższe przyjaciółki. Tylko on i ja.
Czasami wydaje mi się, iż ten świat wciąż trzyma się dzięki takim ludziom jak Andrzej. Ludziom, którzy potrafią milczeć, rozumieć, wybaczać i być obok. Nie z litości – z miłości. Prawdziwej. Takiej, która nie jest w książkach. Tej, która ratuje życie.
Ta historia mogła zniszczyć mnie. A w efekcie uczyniła mnie silniejszą. Dzięki jednemu człowiekowi, który po prostu pozostał człowiekiem.