Rodzicielskie serce
Dziękuję za wsparcie, za polubienia, życzliwość oraz komentarze do moich opowiadań, za subskrypcję i OGROMNE podziękowania od mnie i mojej piątki kotków za wszelkie darowizny.
Udostępniajcie, proszę, opowiadania, które Wam się spodobały, w mediach społecznościowych to też ogromna euforia dla autora!
Czemu jesteś taka ponura od rana? choćby się nie uśmiechasz, chodź, zjedzmy śniadanie.
Mąż wszedł do kuchni, przeciągając się sennie, w końcu wolna sobota.
Na kuchence skwierczała jajecznica z boczkiem, a żona nalewała herbatę. Nałożyła mu na talerz prawie całą jajecznicę i kawałek chleba. Jedz, zabierz się za to.
Coś źle zrobiłem, Aniu? zapytał łagodnie Andrzej.
Zrobiliśmy, to my oboje, nie tak wychowaliśmy dzieci usiadła obok, też jadła bez większego apetytu.
Córka i syn już wyrośli, sami sobie wszystkiego odmawialiśmy przez lata, żeby ich wychować, takie były czasy. Wspieraliśmy ich, ale kto wesprze nas choćby dobrym słowem w końcu? Oni cały czas mają jakieś kłopoty to im się nudzi, to z pieniędzmi krucho. I u Justyny, i u Tomka to samo, narzekanie.
Skąd ci się to wzięło?
Andrzej już skończył jajecznicę i z przyjemnością smarował masłem świeży chleb, a na to domowy dżem.
Tobie dobrze, oni wszystko piszą do mnie, do matki. Tomek wczoraj z rodziną chciał pójść na kręgle, prosił o pożyczkę do wypłaty. Zdenerwowałam się i nie dałam. Obraził się, a wcześniej Justyna dzwoniła, iż z karierą wokalistki jej nie idzie, humor fatalny. To oczywiście przesada jeżeli lubi śpiewać, niech śpiewa dla przyjemności, ale pracować i tak trzeba! Ona chce zarabiać śpiewem, a nie wychodzi. Przecież to nie każdemu pisane, czas zrozumieć i podjąć normalną pracę! Jeszcze w dzieciństwie byli z Tomkiem nierozłączni, a teraz prawie w ogóle nie rozmawiają!
Anna odsunęła od siebie stygnącą jajecznicę i zaczęła pić herbatę.
Nie martw się tak, wszystko się ułoży, sami też byliśmy młodzi, przypomnij sobie próbował ją uspokoić Andrzej, ale tylko dolał oliwy do ognia.
Och, Andrzejku, to ty sobie przypomnij. Żyliśmy skromnie i ze wszystkiego się cieszyliśmy! Tomek się urodził sama radość. Wózek i łóżeczko dała mi przyjaciółka, ciocia przyniosła śpioszki i pieluszki po swoim synu. Wszystko używane, ale jak nowe, bo dzieci gwałtownie rosną. Byliśmy szczęśliwi! Jak kupiliśmy naszą malucha, byliśmy dumni. Garazyk pod blokiem postawiliśmy, czuliśmy się bogaci! A ich zdaniem jeżeli nie byli za granicą, to znaczy życie niewarte zachodu. Skąd im się to wzięło? Przecież nie od nas!
Czasy się zmieniły, Aniu, więcej pokus, a oni młodzi są, poczekaj, zrozumieją.
Ech, oby nie za późno życie mija, oni za bogactwem gonią, a przecież czas leci, Andrzeju. Patrzę w lustro, czy to naprawdę ja? Już babcia jestem. A ty przecież dziadek też
W tym momencie zadzwonił telefon, dzwonił syn, Tomek.
No i znowu coś Anna odebrała. Z każdym słowem robiła coraz większe oczy, aż wstała z krzesła.
Andrzej, ubieraj się, Tomek nasz wylądował w szpitalu, sąsiad z sali zadzwonił.
Co się stało? Andrzej zerwał się i zaczął gwałtownie się ubierać.
Nie zrozumiałam dokładnie szlifierką w rękę tarcza pękła i przecięła. Podobno próbują mu rękę zeszyć, oby tylko wszystko dobrze było, żeby nie został bez dłoni! Chodź, lecimy!
Oboje gwałtownie się ubrali już nie młodzi, ale jeszcze nie starzy, z troską w oczach.
Pognali zapominając o wszystkim, do szpitala do syna.
Biegli, gdy zadzwoniła Justyna: Mamo, przyjdę do was na obiad, dobrze?
Przyjdź, córeczko, może już wrócimy zadyszana krzyknęła Anna przez telefon i, nie czekając na odpowiedź, pobiegła za Andrzejem na przystanek.
W szpitalu niemal od razu ich uspokojono udało się uratować rękę, ale do syna na razie nie wpuszczają.
Nie wyjdę, dopóki nie pozwolicie, będę czekać Anna usiadła w holu, Andrzej obok niej.
Nagle do szpitala wbiegła Justyna i rzuciła się do nich.
Mamo, czemu tacy zmartwieni? Wszystko dobrze, Tomek na dorobek został, komuś samochód naprawiał. Nie mógł czegoś odkręcić, coś ucinał, no i się zaciął. Wszystko już zszyli, palce ruszają, mamo, wyglądacie okropnie, ale już dobrze!
Skąd wiesz? tylko tyle zdążyła wykrztusić Anna.
Cały czas piszemy z Tomkiem i z jego żoną, Kasią. Pomagamy sobie nawzajem, a co?
Bo myśleliśmy, iż w ogóle nie rozmawiacie tłumaczył Andrzej.
Tato, wy tacy porządni, silni wszystko potraficie przetrwać. Dlatego was nie martwimy niepotrzebnie uśmiechnęła się Justyna. I wyglądacie bardzo młodo. My się nie wtrącamy, żebyście w końcu trochę pożyli dla siebie.
No popatrz, a ja już myślałam, iż wcale was nie obchodzimy też się uśmiechnęła Anna.
Ależ, mamo, wasze pokolenie to jacyś twardziele. Próbowaliśmy was naśladować, nie zawsze wychodzi, tato, ale naprawdę się staramy, rozumiecie?
Rodzice uśmiechnęli się do siebie, z ich twarzy zniknęła troska.
Mamo, tato, miałam wam powiedzieć, iż pracę znalazłam. A występować też mnie zaczęli zapraszać raz do przedszkola, a wczoraj w domu seniora śpiewałam. Tak klaskali! Jedna starsza Pani choćby się rozpłakała jej córka znana śpiewaczka, cały czas w trasie, mamę oddała, aż strach
Justyna nagle przytuliła rodziców. Bardzo was kochamy z Tomkiem, nie myślcie inaczej.
Nagle pielęgniarka pozwoliła im wejść na chwilę do syna. Anna ledwo powstrzymała łzy, a Tomek spokojnie powiedział:
Mamo, już dobrze, najgorsze za mną, nie martwcie się. Tato, to jak wtedy, gdy mówiłeś, iż w naszym garażu osy gniazdo założyły i cię tak pogryzły, iż trafiłeś do szpitala, ledwo żywy byłeś różnie bywa. Jak wyjdę, odwiedzicie nas, Sylwestra razem spędzimy, bo trochę mało się widujemy, co? Justyna chce wam przedstawić swojego chłopaka, jeszcze nie zdążyła powiedzieć?
Anna i Andrzej wracają do domu pieszo, postanowili się przejść.
Już nie najstarsi, ale nie młodzi rodzice.
Ach to rodzicielskie serce, zawsze boli o dzieci. Wydaje się, iż innym dzieci się udają a tak chcielibyśmy, żeby nasze były najlepsze, żeby słuchały rodziców, żyły mądrze.
Ale one mają swoją drogę. I tak są naszymi dobrymi dziećmi bo to przecież nasze dzieciSzli powoli, ręka w rękę, czując zimne powietrze na twarzach i ciepło w sercach. Na drzewach srebrzyły się resztki pierwszego śniegu, świat wokół był cichy, jakby czekał na coś ważnego. Zwykła, sobotnia ulica wydała się nagle inna każda latarnia, każdy oddech w mroźnym powietrzu przypominały, iż życie nie musi być idealne, by było dobre.
Wiesz, Andrzejku, chyba czas polubić swoje odbicie w lustrze szepnęła Anna. Bo w oczach dzieci wyglądamy dokładnie tak, jak kiedyś patrzyliśmy na naszych rodziców.
Masz rację uśmiechnął się szeroko. Chyba nadszedł czas, by pozwolić sobie trochę odpocząć.
Przy bramie domu czekała na nich Justyna, z dwiema parującymi herbatami. Pocałowała Annę w policzek, a Andrzeja mocno uścisnęła. Światło z kuchennego okna padało na ich twarze, na zmęczenie i na uśmiechy, na bliskość, której żadna troska już nie mogła przysłonić.
Anna spojrzała na córkę, potem na Andrzeja. Jutro niedziela. Upiekę szarlotkę, usiądziemy wszyscy razem przy stole. Jak dawniej. Każdy z was przyniesie swoją historię, choćby gorzką ale to nasza rodzina, nasz dom.
Bo rodzicielskie serce boli, ale i uczy, jak kochać mimo wszystko, na zawsze.
W przedsionku, gdzie czekali koci kompani, Anna odwróciła się do męża i ścisnęła jego dłoń.
Chodźmy. Czas wrócić do domu. Naszego, wspólnego i tego, który mamy w sobie.
Za oknem opadały wolno pierwsze prawdziwe płatki śniegu.













