Skandal w szacownej polskiej rodzinie

newskey24.com 12 godzin temu

Skandal w szanowanej rodzinie

To już koniec! Lidia Janicka delikatnie dotknęła kącików oczu śnieżnobiałą chusteczką i westchnęła tak rozpaczliwie, iż jej mąż, Eliasz Janicki, aż się zaniepokoił.

Lidko, co się dzieje? Kropelki?

Daj już spokój, Ilek! Nie widzisz, co się stało? To wstyd! Hańba dla całej naszej rodziny! Zobacz na nią! choćby nie żałuje!

Jedyna dziedziczka rodu Janickich, rzeczywiście nie przypominała skruszonej grzesznicy. Nie posypywała głowy popiołem, nie lała łez i nie załamywała rąk z rozpaczy. Co to, to nie.

Łucja Janicka zajadała czereśnie. Zarzuciła na balustradę werandy swoje długie, smukłe nogi, które jak twierdziła jej matka dokładnie przypominały nogi babci Heleny, primabaleriny Opery Warszawskiej. Łucja brała kolejną czereśnię z ozdobnej misy, wrzucała ją do ust, a potem, z wprawą godną armatniego strzału, wypluwala pestkę w krzaki. Taki widok za każdym razem wzbudzał w Lidii głębokie westchnienia.

Łucjo! Przestań natychmiast! Co ty sobie wyobrażasz?! Mamy poważną rozmowę! A ty Ty

Lidia Janicka z oburzeniem złożyła dłonie i poszła wreszcie sięgnąć po swoje uspokajające kropelki.

Łucja, córciu, nie żartujesz chyba? Eliasz z nadzieją zagadnął córkę, zanim ruszył za żoną.

Nie, tato! Proszę cię, powiedz mamie, iż jej zamysły małżeńskie spaliły na panewce. Za Maksymiliana nie wyjdę. Niech choćby nie liczy.

Łamiesz jej serce!

Nie przesadzaj, tato!

Ale może się jeszcze zastanowisz?

Już podjęłam decyzję. Dzisiaj porozmawialiśmy z Maksymilianem, wszystko jest ustalone. Powiem jeszcze raz: nie, ślubu nie będzie.

O, zgrozo

Z salonu dobiegły lamenty, które kazały Eliaszowi pędzić do żony, a Łucja westchnęła i sięgnęła po kolejną czereśnię z misy.

Jak ja się w oczach rodziny pokażę?! To straszne! Restauracja zamówiona, zaproszenia rozesłane!

Mamo, nie prosiłam cię o wysyłanie zaproszeń spokojnie zaśpiewała Łucja. Sama narobiłaś, sama naprawiaj.

To okrutne, córko! Chciałam dobrze!

Jak zwykle wyszło Po swojemu. Tak, mamo? Łucja rozciągnęła się leniwie. Ja mam własne plany na życie. I co powiesz na to?

Łucja! głos Lidii złamał się i znów zapłakała. Co ty sobie wyobrażasz?!

Na razie nic wielkiego. Łucja wstała, pozbierała nieużywane filiżanki z herbatą i zbyła matkę machnięciem ręki. Wiem, co powiesz. Potrafię umyć trzy filiżanki bez stłuczenia.

Łucja zniknęła w kuchni, a Lidia odstawiła chusteczkę.

Cała twoja matka! skwitowała z goryczą do męża. choćby intonacje te same! Za jakie grzechy, Boże?!

Helenę Nowicką, legendarną matkę Eliasza i primabalerinę, Lidia na początku małżeństwa nie tolerowała. Zostawała żoną już jako dojrzała kobieta, uważała, iż ma doświadczenie i mądrość więc należy jej szacunek. Helena jednak nigdy nie przejmowała się oczekiwaniami synowej i stylu swej komunikacji nie zamierzała zmieniać.

Lidko, co za zapach? szeptała teściowa i ukradkiem zatykała nos, gdy Lidia wchodziła do pokoju.

To moje nowe perfumy! Nie podobają się pani?

Pewnie nie są złe, ale po co cały flakon na raz? Kropelka by wystarczyła.

Lidia miała niestety słabość do przesady z perfumami, więc ściskała usta urażona i milczała.

Czemu ona mnie tak traktuje? żaliła się mężowi. Przecież nic jej nie zrobiłam!

Lidko, mama z każdym tak rozmawia. To jej styl.

Niech zmienia styl, bo nie ręczę za siebie! I nie mów do mnie kochanie syknęła Lidia. Nie znoszę tego słowa!

Oczywiście, Helena Nowicka nie zamierzała się zmieniać. Celnymi, a czasem złośliwymi uwagami potrafiła wyprowadzić synową z równowagi. Powodowało to ciągłe spięcia, a także lekkie ochłodzenie relacji Eliasza z matką, dopóki Lidia w teatrze nie usłyszała niezbyt pochlebnego komplementu:

Pani Lidio, stała się pani prawdziwą damą. To efekt kontaktów z Heleną nie człowiek, instytucja! Jaki styl, jakie wyczucie! Cieszymy się, iż doczekała się tak wdzięcznej kopii!

Zestawienie z Heleną Lidii nie odpowiadało, ale komplement bardzo. W końcu Helena uchodziła za ikonę stylu. Lidia przemyślała więc wszystko po swojemu, jak to miała w zwyczaju.

Ze swoją teściową trzymała dystans i była grzeczna. Po narodzinach Łucji zupełnie zapomniała o dawnych urazach. Helena pokochała wnuczkę i spędzała z nią każdą wolną chwilę, jeżeli tylko rodzice pozwalali.

W szlacheckiej rodzinie, gdzie wszyscy z wyjątkiem Lidii, stomatolog parają się sztuką lub kulturą, zapanował upragniony pokój. Łucja dorastała w trosce i uwielbieniu. Rozpieszczały ją babcia i ojciec, a matka, choć surowa, bardzo chciała, by córka przeżyła życie lepiej od niej samej.

Przeszłości Lidia nikomu nie zdradzała, choćby mężowi. Ten wiedział, ale nie dopytywał był mądrym człowiekiem. Gdy zauważył, iż żona nie chce wracać do przeszłości, temat został zamknięty. Za to była mu naprawdę wdzięczna. Skupiła się na nowym życiu, zrywając wszelkie kontakty ze starym.

Z matką nie rozmawiała. Powody miała poważne, ale nie zamierzała ich rozdrapywać. Wystarczyło jej, iż w małym medalionie, zdjętym nigdy z szyi, ukryte było zdjęcie pięknego, kręconego chłopczyka. Medalion ten nigdy nie otwierała, nie dawała rady Doskonale pamiętała, jak jej syn Pawełek miał zaledwie dwa lata, gdy jego babcia, powierzona mu pod opiekę, pobiegła tylko po mleko do sklepu. Upał, otwarte okno i łóżeczko tuż przy parapecie dla lepszego snu

Utrata syna prawie zniszczyła Lidię. Nie jadła, nie spała, nie myślała Nienawidziła siebie za to, iż nie wzięła urlopu dziekańskiego i nie została w domu. W ten feralny dzień zdawała egzamin wróciwszy do domu zrozumiała, iż jej życie się skończyło, choć tak naprawdę jeszcze się nie zaczęło.

Z mężem, który nie zdążył choćby wrócić z podróży, rozwiodła się szybko. Trzy lata przeżyli razem, ale Lidia zrozumiała, iż choćby dziecko nie może scementować tej relacji na i żyli długo i szczęśliwie. Rozwód był tylko kwestią czasu.

Gdy formalności załatwiono, Lidia spakowała się i na zawsze opuściła rodzinne Siedlce, gdzie przeżyła młodość. Po stracie dziecka czuła się staruszką. Wydawało jej się, iż przeszła już przez całe cierpienie, możliwe w ludzkim życiu. Że nie zostało w niej już nic prócz popiołu.

Tak jej się przynajmniej wydawało

Aż pojawił się Eliasz.

Przyszedł do niej do gabinetu, z bolącym policzkiem.

Od kiedy boli?

Już tydzień nie daje spokoju.

Czemu pan tak zwlekał? rzuciła Lidia ze zniecierpliwieniem Dorosły człowiek, a rozumu za grosz!

Racja, nic nie rozumiem Eliasz uśmiechnął się smutno mimo bólu.

W tej uśmiechniętej twarzy było coś takiego, iż Lidia zamilkła i, co dziwne, pomyliła narzędzia co jej nigdy się nie zdarzało. Rumieniec oblał ją po uszy, a Eliasz odwrócił wzrok, by jej nie peszyć.

Potem już milczeli podczas pracy, ale jej ruchy były lżejsze, jakby pierwszy raz od śmierci Pawełka nosił je duch lekkości.

Ponad rok Eliasz odprowadzał ją po pracy. Nie rozmawiali wiele, ale chyba doskonale rozumieli się bez słów. I gdy Eliasz w końcu poprosił Lidię o rękę, ona się zawahała.

Jest mi z tobą naprawdę dobrze Ale nie wiem, czy będę umiała cię uszczęśliwić.

Czemu się boisz?

Nie chcę dzieci.

Dlaczego?

Opowiem ci, ale bez szczegółów. była poważna i skupiona. Gdy skończę, sam przemyśl i zdecyduj. jeżeli jutro mnie nie znajdziesz zrozumiem. Zapytaj mamę o radę, jeżeli chcesz ty ją kochasz, więc może ci doradzi

Oczywiście Eliasz nie pytał matki. Był już dorosły, a Helena nie należała do tych mam, które wtrącają się w decyzje dorosłych dzieci. Wyjątkiem stała się Lidia, ale dopiero później. Zresztą, Helena, jak każda baletnica, przeszła na emeryturę wcześnie jeszcze zanim Eliasz oświadczył, już dwa razy zdążyła się ożenić i rozwieść.

Eliasz opowiedział matce całą historię. Helena słuchała cicho, zaciągając się papierosem, a jej twarz ciemniała z każdym słowem syna. Gdy skończył, westchnęła ciężko i spytała:

Kochasz ją?

Tak.

To po co się zastanawiasz? Miłość, synu, to skarb rzadki. A ile by za niego nie żądali i tak to mało. Skarb prawdziwy ma swój ciężar. Nieraz wydaje się zbyt wielki do uniesienia. Ale poradzisz sobie, jeżeli tylko będziesz wiedział, czym on jest.

Myślisz tak?

Jestem pewna.

Po tej rozmowie Eliasz przyprowadził Lidię do matki, ta przyjęła przyszłą synową jak swoją, odwiozła do swojej krawcowej i wyjęła z babcinego kredensu małą szkatułkę.

Tu są rodzinne klejnoty Janickich.

O nie, nie trzeba, pani Heleno!

Trzeba. Jesteś już nasza. Sama wybierz, co zechcesz, ale pamiętaj to nie błyskotki do afiszowania się.

Co pani ma na myśli?

Moja babcia mówiła, iż chodzić na targ w diamentach to obciach. Chyba iż w Krakowie, tam to choćby odpowiednie żeby przekupki zazdrościły i dały rabat takiej damie.

Lidia ze zdumieniem odkrywała, iż choćby umie się śmiać, choć sądziła, iż już dawno to straciła.

Helena uczyła ją, Lidia się złościła, ale w sercu była wdzięczna za wszystko, co dostaje. A gdy Lidia dowiedziała się, iż jest w ciąży, jako pierwszej powiedziała o tym Helenie.

Wyglądasz blado, Lidko. Co się dzieje? Helena wpadała do nich po kolejnej podróży z nowym mężem, chcąc dowiedzieć się, co u syna.

Eliasza nie było, więc Helena zaczęła gęsto dopytywać, aż Lidia wybiegła do łazienki. Długo jej nie było, ale Helena już się domyśliła.

Rodzić będziesz u Zosi Rzepickiej. Najlepsza lekarz w Warszawie. Zaufam jej, ciebie nie zawiedzie oznajmiła natychmiast. Czego się boisz?

Nie wiem, czy dam radę

Lidia, nie będę się rozczulać. Powiedz dziękuj Bogu, losowi, komu chcesz i działaj! Ja będę blisko i nie spuszczę z was oka! Dopóki starczy mi sił, pomogę. Zrozumiałaś?

Tak Dziękuję

Dziękujesz mi? Odłóż ten gest na później. Gdy będę zgorzkniałą staruchą marudzącą co dzień wtedy przypomnij to dziękuję. Dobrze?

Tak.

No to dobrze!

Łucja Janicka urodziła się zdrowa i bardzo krzykliwa. Helena wzięła ją na ręce jeszcze w szpitalu, odwinęła róg kocyka i zaśmiała się:

Robota jak spod igły! Lidia, jesteś wielka!

I słowa dotrzymała nie było lepszej pomocnicy dla Lidii. Ta sama sławna primabalerina, po zdjęciu drogiego futra, schylała się, by prać pieluchy szarym mydłem, bo ponoć lepsze od detergentu. Potem kąpała Łucję i całowała jej stópki, jak każda babcia:

Moje ty szczęście! Moja perełko! Bądź zawsze zdrowa!

Zapomniane były kłótnie i żale.

Lidia w końcu doczekała się tego, o czym od lat marzyła domu, rodziny i spokoju.

Pawła oczywiście nie zapomniała. Eliasz zabierał ją do rodzinnych Siedlec dwa razy w roku, ale do miasta Lidia nie wchodziła, a z matką się nie widywała. Zatrzymywali się w małym pensjonacie pod miastem, a Lidia odliczała minuty do wyjazdu.

Tak trwało latami, aż Łucja skończyła dziesięć lat, a Lidia dostała list od swej matki.

Co w nim było, wiedziała tylko Helena Lidia pokazała jej tę krótką wiadomość, prosząc o radę.

Jedź. Zapomnieć się nie da. Wybaczyć pewnie też nie. Ale ona jest twoją matką. Przypomnij sobie dobre chwile, które miałaś z tą kobietą, zanim cię zraniła. Każdy popełnia błędy, czasem tragiczne. Ja, ty jeżeli nie porozmawiasz z nią teraz całe życie będziesz siebie obwiniać. A to nie będzie dobre ani dla ciebie, ani dla Łucji. Bez względu na to, co postanowisz, pamiętaj, iż zawsze cię poprę.

Następnego dnia Lidia pożegnała męża, odwiozła Łucję do Heleny i ruszyła do Siedlec.

Rozmowa z matką była bardzo krótka. Ta odzyskała przytomność na chwilę, zdołała tylko ścisnąć dłoń córki i wyszeptać: Wybacz!.

Lidia wróciła po kilku dniach, a Helena, oddając jej dziecko, skinęła głową:

Dobrze zrobiłaś.

Wydawało się, iż nastąpił spokój. Wszyscy razem, wszystko na swoim miejscu. A jednak Lidia nie umiała go poczuć. To, o czym mówiła Helena, jednak ją dopadło, dusząc lękiem.

Strach Niezrozumiały, przemożny. choćby Eliasz zauważył, iż żona stała się nadopiekuńcza.

Za bardzo troszczysz się o Łucję, Lidko. To już dorosła dziewczynka, potrzebuje własnego życia i znajomych. Rodzina to nie wszystko.

Nie rozumiem, czego ode mnie chcesz.

Proszę cię, przestań kontrolować każdy jej krok. Daj jej trochę swobody.

Ty mi to mówisz?! W ogóle cię nie obchodzi, co się z nią stanie?!

Oczywiście, iż obchodzi! Ale nie przesadzaj!

Nie rozumiesz, iż z dziewczynką wszystko może się zdarzyć?! Nie zniosę kolejnej straty!

Dlaczego miałabyś ją stracić?! Eliasz podniósł głos.

Bo może się zdarzyć wszystko! I co wtedy? Zwariuję! Komu to coś pomoże?!

Eliasz rozkładał ręce. Kochał żonę, ale jej lęki truły życie całej rodzinie.

Nic nie pomagało, aż w końcu Helena znalazła rozwiązanie.

Zaprowadź Łucję na tańce.

Po co, mamo? Już chodzi na tysiąc zajęć.

Giń z tym! Tylko tańce. Z partnerem.

To takie ważne?

Bardzo!

Dobrze, spróbujemy!

Zaczęły się więc tańce i pojawił się Maksymilian.

Trochę niezdarny, pulchny chłopak, którego na zajęcia przyprowadziła babcia, został sparowany z Łucją.

Niech ćwiczą. Trochę za duzi, ale coś może z tego będzie stwierdzili instruktorzy, nie wiedząc jeszcze, z jakiego materiału zrobiona jest dziewczyna.

Po trzech latach Maksymilian i Łucja zdobyli swój pierwszy puchar, a po kolejnych dwóch występowali niemal na wszystkich turniejach w kraju.

Maksymilian już nie przypominał safanduły, tylko wyrośniętego, pewnego siebie chłopaka, a choćby jury były przekonane, iż tworzą parę nie tylko na parkiecie.

Łucja zaś tylko się uśmiechała tajemniczo, trochę myląc tropy, nie wiedząc jeszcze, iż Lidia już zaplanowała jej całe życie.

Dowiedziała się po maturze.

W końcu się zdecydowałam wybieram medycynę.

Łucja, dobra uczennica, długo się wahała, rozważając różne opcje.

Córeczko, myśleliśmy, iż masz inne plany Lidia uśmiechała się dziwnie i Łucja aż się wzdrygnęła.

Jakie plany? Nic nie mówiłam.

Ale rozmawiałam z Maksymilianem i jego rodzicami.

I?

Mamy trzy miesiące na przygotowania. Jesienią ślub. Porozmawiam jeszcze z babcią Heleną. Dzięki jej znajomościom zorganizujemy ślub w pięknym miejscu.

Ślub? Łucja zmrużyła oczy. Kto wychodzi za mąż? Maksymilian?

Ty, głuptasie! Będziecie cudowną parą i w życiu, i na parkiecie! To nie cudowne?

Czy ciebie nie interesuje, czego ja chcę?! Łucja prawie wywróciła oczami.

Myślałam, iż wszystko dawno ustalone, kociaku.

Nie nazywaj mnie kociakiem! syknęła Łucja.

Wybiegła z domu, nie oglądając się choćby na matkę. Dopiero wieczorem Lidia dowiedziała się, iż córka przeniosła się do babci.

Helena była lakoniczna:

A czego się spodziewałaś? Łucja to nie lalka. Nie można nią sterować. Ubierzesz ją w suknię, w welon i odstawisz do ołtarza? Lidia, byłaś zawsze mądrą kobietą! Nie poznaję cię.

To moja córka! Chcę jej szczęścia! Maksymilian ją kocha!

A ona jego? Helena uniosła brew. Czy opinia córki nie ma tu znaczenia?

Ja lepiej wiem, co dla niej dobre! Ona jeszcze sama siebie nie rozumie!

Przeciwnie. Wie, iż chce być chirurgiem. Piękne marzenie! Dlaczego ci to przeszkadza?

Wszystko mi przeszkadza! Niech się uczy, ale najpierw niech bierze ślub! Wtedy będę spać spokojnie!

Skąd ten spokój? Czym ci to da?

Będzie miała męża. Oparcie. Wiem, iż Maksymilian jej nie skrzywdzi. Odkąd tańczą razem, śpię lepiej.

Rozumiem twoją troskę o dziecko, skinęła Helena ale nie łapię, czemu chcesz zamknąć ją w złotej klatce. Bo to nie jej wybór, tylko twój. I wiesz o tym.

Ten spór nie ma sensu. Ślub się odbędzie.

No, zobaczymy! Helena wyszczerzyła zęby. Ty chyba wcale nie znasz swojej córki.

Łucja pokazała, na co ją stać. Po tym jak matka ostatecznie próbowała nią sterować, spakowała się i przeprowadziła do babci. Lidia poczuła się głęboko urażona: przestała odbierać telefony, nie odwiedzała córki, choćby o tym, iż Łucja dostała się na wymarzoną uczelnię dowiedziała się od męża.

Lidko, czas już skończyć złościć się na dziecko. Wolisz płakać w noc po jej poduszce czy przytulić swoją zdrową, żywą córkę? Byłem u nich wczoraj; pytała o ciebie, też się martwi.

Tak, jasne! Jeszcze powiedz, iż jej to robi różnicę!

Lidio! pierwszy raz od ślubu, Eliasz podniósł głos. To już przesada! To twoje dziecko kawałek ciebie! Tak się o nią starałaś! Oddałabyś wszystko, żeby ją tulić, a teraz odpychasz bez zastanowienia. Chyba wiesz, iż cię to boli! Po co to sobie robisz?! Tłumacz się!

Sama nie wiem, co robić! wybuchła Lidia. Tak nawarstwiłam wszystko, iż nie umiem odwinąć. Ilek, masz rację nie potrafię oddychać bez niej… To boli Jak wtedy, gdy straciłam Pawła…

Lidia, dość! Eliasz mocno chwycił ją za ramiona. Łucja żyje! I czeka na ciebie! Ubieraj się!

Gdzie?

Zawieźć cię do niej. A przestań już wierzyć, iż tylko od ciebie w tej rodzinie wszystko zależy! Daj dziecku żyć, a nie tkwić pod kloszem!

Może gniew męża, może jego słowa ale Lidia w końcu poszła za radą Eliasza.

Nadszedł czas pojednania. Co rozmawiały ze sobą w zamkniętym pokoju Helena i Łucja tego nikt nie wiedział. Ale po zapłakanych nosach i zaróżowionych policzkach Eliasz miał pewność, iż doszły do porozumienia.

Los jednak uznał, iż samo szczęście to za mało. Pozwolił przecież, by Łucja odważnie realizowała marzenia, aż pewnego dnia los spłatał taki figiel, iż choćby Helena nie mogła ukryć zaskoczenia.

Doktor Łucjo Eliaszówna! Przyjechali z ostrym wyrostkiem!

Dobrze. Aj! No jasne nic dobrego! Zaraz jestem!

Łucja dopiła kawę, przeciągnęła się i ruszyła na oddział ratunkowy. Dyżur się kończył, ale operacji nie zamierzała odpuszczać. Liczyło się doświadczenie!

Ty?!

Ja Maksymilian uśmiechnął się, chociaż zaraz zgiął się z bólu.

To się porobiło! Zaufasz mi?

Tobie? Zawsze!

Bez lęku, dramatów i testamentu?

Łucjo, jesteś szalona!

Nie pierwszy raz

Po trzech latach Łucja popchnie furtkę domu rodzinnego, postawi na ścieżce małego synka.

No, pokaż babci, jak biegasz! Mamo, łap go!

Mały Pawełek pisnął z euforii i pobiegł wprost w jej ramiona.

Moje złotko! Jak ja się za tobą stęskniłam!

Mamo, cześć! Babcia w domu?

A, tak! Lidia przytuli wnuka i zaśmieje się. Pojechała do Sopotu! Znów romansuje.

Oho, babcia! Z kim tym razem?

Podobno malarz albo rzeźbiarz. choćby nie pytaj, sama opowie! A Maksymilian?

Parkuje.

Cudownie! Mięso już prawie gotowe, tata wyjmuje szarlotkę z pieca. Umyjcie ręce i do stołu! A ja Pawełka położę i zaraz przyjdę!

Znając cię, będziesz z nim śpiewać do późna!

To źle? Lidia uśmiecha się, całując wnuka.

To najpiękniejsze na świecie, mamo!

Idź do oryginalnego materiału